Konturówka do brwi w żelu z Inglot- rewolucja u Higheels!

5 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Historia moich brwi jest długa i zdecydowanie nie jest usłana różami :P. Pożądany efekt osiągnęłam dopiero dzięki jednej z odżywek, o której zrobię Wam osobny post już wkrótce. Mimo tego, że dzięki niej mam w końcu takie brwi, jakie sobie wymarzyłam wymagają one regularnej henny i codziennego podkreślenia w makijażu. Dotychczas najczęściej sięgałam po kredki do brwi z Catrice. Bardzo dobrze się u mnie sprawdzały i nadal mam je w mojej kosmetyczce. Jednak jakoś w lato moja kumpela (dzięki Ela!) poleciła mi pomadę do brwi z Inglota. Była nią tak zachwycona, że postanowiłam spróbować, mimo tego, że wcale nie byłam przekonana. Myślałam, że podkreślenie brwi pędzelkiem zajmie mi więcej czasu i że wcale nie będzie to takie proste do zrobienia. Czy mogłam mylić się bardziej? Chyba nie…

img_5321

Produkt, o którym mowa został nazwany dokładnie jako konturówka do brwi w żelu. W ofercie dostępna jest szeroka gama kolorystyczna i jeśli nie jesteście pewne, w jakim kolorze jest Wam najlepiej, Pani z obsługi na pewno dobrze Wam doradzi. Po konsultacji stwierdziłyśmy z jedną z Pań, że idealny dla mnie kolor to numer 16. Kolor można stopniować, to znaczy że w zależności od upodobań lub makijażu można wykonać mocniejszy lub jaśniejszy makijaż brwi. W słoiczku znajdują się 2 g produktu, za które płacimy 37 zł. Ważne jest to, że kosmetyk jest bardzo wydajny. Ja używam swojego od 3/4 miesięcy i co prawda widać już spore zużycie, ale produktu starczy na pewno na jeszcze trzy razy tyle. Żeby idealnie nałożyć pomadę wspomagam się dwoma pędzelkami. Najpierw przeczesuję brwi szczoteczką z Maestro, która służy mi też do wyczesania nadmiaru produktu i rozprowadzenia go równomiernie. Następnie sam kosmetyk nakładam moim Ulubieńcem z Zoeva, czyli skośnym pędzelkiem do brwi nr 322

img_5320

Aplikacja jest bajecznie prosta. Myślę, że to dzięki konsystencji samego kosmetyku, która jest na tyle aksamitna i lekka, że pędzelek dosłownie sunie po włoskach. Jedyne na co trzeba uważać to na nacisk pędzelka na brwi. Musimy robić to z wyczuciem i lekką ręką, żeby nie zrobić sobie plam i rozprowadzić produkt równomiernie. Ja po paru aplikacjach bez problemu opanowałam tę technikę. Pomada jest mocno napigmentowana, więc wystarczy jedno czy dwa maźnięcia na brwiach i jedno lub maksymalnie dwa dosłownie dotknięcia produktu w słoiczku. Na wszelki wypadek, żeby uniknąć grudki i równomiernie rozprowadzić produkt, najpierw nakładam go na dłoń, żeby pokryć nim całą powierzchnię pędzla. Później od razu nakładam na brwi. Efekt zwala z nóg! Brwi są mega naturalne, wyraziste i od razu nadają twarzy charakter. Podkreślanie brwi pędzelkiem pozwala precyzyjniej wyrysować ich kształt i łatwiej zrobić cienkie końce brwi. Ten efekt o wiele bardziej mnie zadowala niż brwi podkreślone za pomocą kredki. 

img_5322
(Po lewej dwie warstwy, a po prawej tylko jedna)

Jeśli chodzi o trwałość nie mam absolutnie nic do zarzucenia marce Inglot. Pomada jest wodoodporna i trzyma się na brwiach cały dzień. Zostawiam ją sobie, kiedy idę na siłownię lub biegam i po efektywnym treningu (czyli takim, po którym wychodzę zlana potem) brwi nadal są na swoim miejscu! Mało tego przeżywają także szybki prysznic! Oczywiście z pominięciem dokładnego mycia twarzy. Ten aspekt, nie ukrywam, jest dla mnie najważniejszy więc tutaj Inglot spisał się na medal. Nie ma opcji, że brwi zmyją się w ciągu dnia na przykład na deszczu. Taka sytuacja nie wchodzi w grę. Oczywiście kolor delikatnie ściera się w ciągu dnia, jeśli dotykamy często twarzy, w czasie drzemki lub we wszystkich sytuacjach, w których brwi są z czymś stykane. Ale warto podkreślić, że nawet wtedy kolor ściera się równomiernie. Nie zostaniemy w ciągu dnia z jedną brwią. O nie! Pomimo niesamowitej trwałości produkt błyskawicznie zmywa się podczas demakijażu płynem micelarnym. 

Muszę przyznać, że obecnie ten kosmetyk z Inglota jest jedynym jaki stosuję do brwi. Nie utrwalam go żadnym żelem, bo włoski trzyma w ryzach sama pomada. Pomada idealnie wypełnia brwi, poprawia ich kształt i ujarzmia włoski i z powodzeniem wpisuje się na listę najlepszych produktów do brwi, jakie kiedykolwiek stosowałam. Na pewno długo z niej nie zrezygnuję, co z pewnością zasmuci moje kredki z Catrice. Polecam gorąco, bo produkt z Inglota jest genialny!

Buziaki:*

HIGHEELS

Ulubieńcy września i października!

6 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Ale zimno! Dzisiaj czekając na autobus trzęsłam się jak galareta! U Was też? Dzisiaj mam dla Was Ulubieńców! Wiem, wiem.. trochę się spóźniłam, ale spokojnie już są ULUBIEŃCY ostatnich dwóch (no dobra dwóch i pół) miesięcy! Długo zastanawiałam się, które produkty powinny się tu znaleźć, ale w końcu wybrałam PIĄTKĘ najlepszych! Możecie mi wierzyć na słowo, że te oto rzeczy ułatwiły i zdecydowanie umiliły mi ostatnio życie. 

img_5265

  1. Evree- różany tonik do twarzy.
    Rozważając to co powinnam Wam o nim napisać wpadłam na jedno zdanie, które idealnie wyrazi to co o nim myślę. Mianowicie: jestem w stanie dla niego porzucić wszelkie hydrolaty! Tak, dobrze wiecie jak kocham hydrolaty: różany, oczarowy, aloesowy, z kwiatów gorzkiej pomarańczy, ale ten tonik spokojnie zastąpi je na dłuższy czas w mojej pielęgnacji. Jest rewelacyjny! Odświeża skórę, zmniejsza zaczerwienienia, lekko nawilża. Stosuję go po umyciu twarzy, przed nałożeniem kremu rano i wieczorem, po zmyciu maseczki… Używam go cały czas! Jest wydajny, stosunkowo tani. Skład ma krótki i nie ma w nim nic co mogłoby zaszkodzić mi i mojej skórze. Pachnie różą i to co mnie jeszcze zachwyca to opakowanie z atomizerem! W ten sposób kosmetyk się nie marnuje, aplikacja jest higieniczna, prosta i przyjemna. Jestem zachwycona tym produktem i z pewnością przetestuję drugi tonik, który marka Evree posiada w swojej ofercie. 
  2. Idea Toscana- Crema Viso Idratante, czyli nawilżający krem do twarzy.
    Jest to krem, który zawiera w sobie Biologiczną Toskańską Oliwę z Oliwek IPG i jest memu sercu szczególnie bliski ze względu na fakt, że został wyprodukowany niedaleko Florencji, w której mieszkałam przez pół roku. TUTAJ możecie przeczytać, co tam robiłam :). Produkty marki Idea Toscana są ekologiczne i nie zawierają w składach parabenów, silikonów, olejów mineralnych, sztucznych barwników, czy syntetycznych substancji zapachowych. Skład jest faktycznie bardzo w porządku według mnie. Ten krem stosuję na noc i przyznam szczerze, że jest genialny! Z założenia ma nawilżać (oleje roślinne), odżywiać, zmiękczać (skwalen warzywny) i wzmacniać skórę. Nie mam podstaw nie zgodzić się z tymi założeniemi. Krem ma lekką konsystencję, która szybko się wchłania i nie pozostawia na twarzy nieprzyjemnego filmu. Z powodzeniem można stosować go też na dzień. Uwielbiam szklane, solidne opakowanie z pompką! Wydobywamy odpowiednią ilośc produktu nie brudząc przy tym palców. I nic nie wchodzi pod paznokcie (Was też to tak wkurza?!). Genialnie nawilża i zmiękcza skórę! Rano budzę się zawsze z mięciutką, przyjemną w dotyku skórą. Nie mam problemu z przesuszeniem nawet teraz, gdy jest zimno. Genialny produkt! Ma dość specyficzny zapach lekko lawendowy. Nie jest moim ulubionym, ale przyzwyczaiłam się już do niego i nie przeszkadza mi ani trochę. Jeśli będziecie mieć okazję, koniecznie go wypróbujcie! Cudo!

    img_5266

  3. Wibo- Growing Lahes Stimulator Mascara.
    Kupiłam ją jak tylko sama zdjęłam sobie przedłużane rzęsy, bo szukałam czegoś taniego, nowego a jednocześnie dobrego. No i znalazłam, a co! Genialna szczoteczka- mała, silikonowa, dociera wszędzie. Nie brudzi powieki. Pomalowanie dolnych rzęs nie sprawia mi żadnego problemu, a niestety nie zawsze tak bywało. Ładnie wydłuża i pogrubia rzęsy nie pozostawiając na nich grudek. Trzyma się cały dzień! Przy pierwszej aplikacji po paru godzinach zaczął się kruszyć. Nie wiem dlaczego, bo później już tego problemu nie zauważyłam. Nie rozmazuje się w ciągu dnia, nawet jak lekko kropi lub jest mżawka. Łatwo się zmywa. Kupiłam go w Rossmannie za 11,90 zł bez promocji, więc jak na to, jak działa cena jak najbardziej odpowiednia. Dorównuje nawet mojemu absolutnemu hitowi, czyli Lovely Pump Up Mascara. Lovely może jest troszkę lepsza, bo podkręca lepiej rzęsy i szybciej je rozdziela. Tak czy siak jestem bardzo zadowolona. Koniecznie wypróbujcie! Aha i nie spodziewałabym się, że będzie stymulować wzrost rzęs :P.
     
  4. Urban Decay- paletka cieni Naked Basics.
    Jest to obecnie jedyna paletka, z której korzystam i nie mam na razie zamiaru wracać do innych lub szukać czegoś nowego. Nie dość, że sam produkt cieszy oko, posiada solidne opakowanie z lusterkiem, to cienie są naprawdę dobrej jakości. Najbardziej cieszy mnie to, że jest to pierwsza paletka w mojej kolekcji, z której wszystkie cienie mi się podobają i ze wszystkich korzystam. W pudełku znajduje się 5 matowych cieni i jeden perłowy, delikatnie świecący, który idealnie nadaje się pod łuk brwiowy lub w wewnętrznym kąciku oka (Venus). Są to najbardziej uniwersalne kolory na świecie! Wykonacie nimi każdy makijaż: ten dzienny i ten mocniejszy wieczorowy. U mnie nawet bez bazy, a z kamuflażem Catrice na powiecie, makijaż oka trzyma się praktycznie cały dzień. Korzystam z każdego koloru, żaden się marnuję, co uspokaja moje sumienie po wydaniu dość sporej kwoty na tę paletkę- 145 zł. Pamiętam, że skorzystałam z dużej zniżki i finalnie zapłaciłam ok 100 zł, ale jak powszechnie wiadomo, jest to całkiem sporo jak na paletkę. Niemniej jednak nie żałuję. Na początku musiałam się nauczyć z nimi pracować, bo delikatnie się osypują, ale teraz już wiem, jak je poprawnie nałożyć, żeby nie marnować kosmetyku. Jestem niesamowicie zadowolona z tej paletki. Korzystam z niej codziennie, a produktu jakby nie ubywa. Gorąco ją wszystkim polecam! Szczególnie na promocjach oczywiście!
  5. Zoeva- Brow Line pędzelek do brwi (322).
    Nie mogę nie wspomnieć o moim ulubionym pędzelku, który odpowiada za codzienny makijaż moich brwi. W połączeniu z rewelacyjnym produktem, o którym wkrótce Wam opowiem, tworzy efekt, który pożądałam od zawsze. Jest idealnie miękki i idealnie ścięty. Pomalowanie brwi zajmuje dosłownie minutkę i jest przyjemne jak nigdy. Według mnie ma doskonałą szerokość i grubość. Nie zamieniłabym go na żaden inny. Moim zdaniem jest to najlepszy pędzelek do brwi, jaki możecie znaleźć i mój faworyt jeśli chodzi o pędzle marki Zoeva. Łatwo się domywa, nie zmienia swojego kształtu po wielu, wielu myciach i wciąż jest super miękki. Zdecydowanie polecam!

Moim Drodzy, tak się prezentują moi Ulubieńcy ostatnich miesięcy. Mam nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie. Jestem też ciekawa, jakie produkty sprawdziły się u Was w ostatnim czasie! Piszcie koniecznie, a ja jem banana i lecę pobiegać!

Buziaki:*

HIGHEELS

Serum i krem na dzień z YASE- recenzja by Higheels!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przyszedł czas na porządną recenzję kosmetyków do twarzy firmy YASE! Od trzech miesięcy stosuję serum z czynnym ekstraktem z rodochrozytu i krem na dzień z czynnym ekstraktem z hematytu każdego dnia, więc najwyższy czas, aby wypowiedzieć się w kwestii ich działania. Najpierw jednak chciałabym Wam przedstawić tę mało znaną (jeszcze!) firmę i przybliżyć Wam ich filozofię.

Firma YASE to polska firma, która przez ostatnie 7 lat zajmowała się wnikliwymi badaniami nad swoimi kosmetykami, aby w końcu stworzyć produkty całkowicie naturalne! Tak, wiem, wszędzie obecnie stykamy się ze słowem „naturalne” jeśli chodzi o kosmetyki. Tylko, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jest to słowo w dużej mierze nadużywane i często mijające się z prawdą. Marka YASE udowodniła jednak, że „naturalne” może faktycznie oznaczać wolne od silikonów, sztucznych barwników, sztucznych konserwantów itp. Każdy składnik ich kosmetyków jest starannie przemyślany i dlatego też w ich ofercie znajdziemy raptem 3 kosmetyki dla kobiet 2 dla mężczyzn. Oznacza to, że firma nie stawia na masową produkcję, tylko przede wszystkim na jakość. Z racji braku konserwantów kosmetyki YASE ważne są 3 miesiące od otwarcia i należy je trzymać w lodówce.

Dzięki uprzejmości YASE, miałam okazję przetestować serum z ekstraktem z rodochrozytu i krem na dzień z ekstraktem z hematytu. Tak, mi też te nazwy absolutnie nic nie mówiły, ale oznacza to że składniki są nieszablonowe i oryginalne. Warto dodać, że kosmetyki YASE są robione na świeżo, także 3 miesiące ważności odmierzamy dokładnie od momentu otrzymania paczki. Obydwa produkty są zamknięte w szczelnym, solidnym opakowaniu z pompką. Czyli dokładnie takie, jakie lubię najbardziej. Możemy wycisnąć taką ilość produktu jaką chcemy, nic się nie zmarnuje, a do środka nie dostają się bakterie. 

img_5257

Serum do twarzy przede wszystkim odświeżać, pobudzać i regenerować skórę. I tak faktycznie jest! Ma lekką żelową konsystencję, która wyciągnięta z lodówki daje niezłego kopa skórze. Spisuje się zarówno jako serum na dzień po krem, jak i na noc, bo wchłania się błyskawicznie i współpracuje z każdym następnym kremem jaki nakładamy. Jest to kosmetyk pochodzenia roślinno-minearalnego. Ekstrakt z rodochrozytu stymuluje syntezę kolagenu odżywia skórę, która staję się bardziej napięta i wygładzona. Dodatkowo rodochrozyt, dzięki zawartości managnu działa antystresowo! Tak więc coś dla wszystkich bardzo zestresowanych!  Nie mogę nie zgodzić się z opisem producenta. Serum faktycznie działa rewelacyjnie! Odświeżenie i napięcie można poczuć błyskawicznie po jego aplikacji! Dzięki zawartości antyoksydantów zapobiegamy powstawaniu zmarszczek. Jeśli chodzi o minerały, to w składzie znajdziemy na przykład miedź, która wykazuje działanie detoksykacyjne. Serum też doskonale chroni skórę przed działaniem zewnętrznych czynników utleniających. Jestem niesamowicie zadowolona z tego produktu. Jest to jedno z lepszych serum jakie kiedykolwiek miałam. Kondycja mojej skóry faktycznie znacznie się poprawiła. Kiedy jeszcze było ciepło na dworze lekka konsystencja i delikatny miętowy zapach spisywały się idealnie! Rzeczywiście skóra bardziej się wygładziła i uelastyczniła. Jak dla mnie wielki Ulubieniec! I to przyjemne odświeżenie na twarzy… mmmm <3!

Skład serum: Aqua, Glycerin, Rhodochrosite Extract, Panthenol, Cyamopsis, Tetragonoloba (guar) Gum, Tocopheryl Acetate, Ginkgo Bbiloba Leaf Extract, Coffea Arabica Seed Extract, Gluconolactone, Mentha Viridis (Spearmint) Leaf Oil, Limonene.

Krem do twarzy to również mieszanka cennych minerałów i starannie wyselekcjonowanych składników botanicznych. Krem zawiera w składzie ciekłe kryształy, dzięki którym minerały, witaminy i reszta dobroci zawarta w składzie dociera nawet do najgłębszych warstw skóry. Zawartość olejków między innymi arganowego i jojoba dostarcza skórze niezbędnych witamin: A, E, F, B5, H, K, PP. Krem zapobiega utracie wody z organizmu, dzięki czemu znacznie wzrasta nawilżenie skóry. Ja dzięki niemu pożegnałam suche skórki i suchą skórę na czole! Producent obiecuję wzrost elastyczności i napięcia skóry. Takie działanie również zauważyłam, ale nie jestem pewna czy to sprawka kremu, czy też raczej serum. W każdym razie któreś z tych dwóch :P. Hematyt to kompleks minerałów z dużą zawartością żelaza, który wykazuję działanie przeciwstarzeniowe. Krem tworzy delikatną barierę chroniącą skórę przed czynnikami zewnętrznymi. Dodatkowo zawiera naturalny filtr przeciwsłoneczny, który chroni skórę przed szkodliwym promieniowaniem UVA i UVB. To co zauważyłam od razu to faktyczny wzrost poziomu nawilżenia skóry i poprawa jej kolorytu. Krem ma również lekką konsystencję, która szybko się wchłania. Ma dość delikatny, ale dziwny zapach, który z niczym mi się nie kojarzy. Spokojnie, można się przyzwyczaić, a fakt że nie pachnie sztucznie oznacza brak w składzie sztucznych składników zapachowych. Powiem szczerze, że jestem z niego bardzo zadowolona, chociaż nie powalił mnie na kolana tak jak serum. Nie mniej jednak z czystym sumieniem mogę Wam go polecić. 

Skład kremu: Aqua, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Simmondisa (Chinensis) Jojoba Seed Oil, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Hematite Extract, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Gluconolactone, Sodium Benzoate. 

Obydwa produkty są ukryte w buteleczce o zawartości 30 ml. Są niesamowicie wydajne! Spokojnie starczą na te 3 miesiące, nie ma się co martwić. Obydwa produkty kosztują po 249 zł. Zdaję sobie sprawę, że jest to sporo i nie każdy może sobie pozwolić na taki wydatek. Jednak za takie unikalne składniki trzeba niestety odpowiednio zapłacić. Pamiętajmy, że w tym przypadku cena idzie w parze również z jakością i działaniem. Z czystym sercem mogę Wam polecić kosmetyki tej marki. Żaden z nich mnie nie zapchał, ani nie podrażnił. Działają genialnie! Jestem pewna, że do serum na pewno kiedyś wrócę, bo jest to absolutna rewelacja! Jestem niesamowicie dumna, że takie genialne kosmetyki są produkowane w Polsce! Obydwa produkty możecie dostać TUTAJ. 

Czy ktoś z Was już je testował?

Buziaki:*

HIGHEELS

Przedłużanie rzęs- wady i zalety. Odczucia po zdjęciu.

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wiecie, że dzięki współpracy z Lush Barem w Poznaniu byłam szczęśliwą posiadaczką pięknych, naturalnie wyglądających, przedłużonych rzęs metodą objętościową. W porównaniu z moimi  był to istny kosmos! Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Co zresztą mogliście podziwiać w postaci pierwszego ever selfie na moim blogu! 😀 Teraz już rzęs nie mam i postanowiłam podzielić się z Wami moją refleksją na ten temat.

Jak wyglądał sam zabieg, jakie to były rzęsy i jakie uczucie… wszystko opisałam Wam w osobnym poście TUTAJ. Moje naturalne rzęsy może nie były jakieś mega tragiczne, ale i tak bardzo chciałam cieszyć się długimi i gęstymi. Efekt zabiegu mnie po prostu zwalił z nóg! Niesamowicie mi się podobał! Do rzęs przyzwyczaiłam się niemal od razu i nosiło mi się je bardzo dobrze. Nie było osoby, która mnie znała wcześniej i nie zauważyłaby zmiany. Niewątpliwą zaletą było to, że praktycznie się nie malowałam. Przedłużone rzęsy robiły robotę. Eyeliner, cienie, kredki… wszystko odłożyłam w kąt. Mój makijaż oka ograniczał się do wytuszowania dolnych rzęs. Niesamowita wygoda i niesamowity komfort. Uwielbiałam moje przedłużane rzęsy pod każdym względem.

image
(Przypominam moje zdjęcie PRZED zabiegiem)

image
(I moje rzęsy PO przedłużaniu)

Jak wszystko na tym świecie, nawet przedłużanie rzęs na swoje wady i zalety. Obok oczywistych i niekwestionowanych zalet, plasują się także niedogodności natury finansowej i praktycznej. Po pierwsze u mnie pierwsze kępki rzęs zaczynały zawsze wypadać po około tygodniu. Po dwóch i pół tygodnia zawsze należało je uzupełnić. To był taki optymalny czas, po którym dało się w godzinę/półtorej doprowadzić rzęsy do ładu. Tu parę zdjąć, a tu przykleić nowe. Niestety dla mnie jest to dość krótki odstęp czasu. Jestem osobą z natury dość zajętą i dwa tygodnie mijają mi jak z bicza strzelił. Tak więc wydawało mi się, że co chwilę muszę jechać na uzupełnianie. Minusem jest także odległość od salonu. Niestety mieszkam w ścisłym centrum, więc podróż w dwie strony do Lush Baru, który znajduje się na poznańskim Chartowie zajmowała mi średnio godzinkę. Niby nie dużo, ale jak dodać do tego na przykład 2,5 godziny nakładania rzęs, to praktycznie wieczór zmarnowany. 

Drugą ważną kwestią jest aspekt finansowy. Nie oszukujmy się… trzeba mieć odpowiedni budżet, żeby bawić się w przedłużanie rzęs dobrej jakości. Oczywiście, że możecie znaleźć salony, w których robi się rzęsy za nieprzyzwoicie małe pieniądze. Zgadzam się, ale pamiętajcie o tym, że liczy się przede wszystkim jakość i efekt końcowy. Mi zależało na naturalnie wyglądających rzęsach, które nie będą się błyszczały, nie będą wchodziły przede mną do pomieszczenia i będą założone w sterylnych i higienicznych warunkach. Nawet nie wiecie ilu chorób można się nabawić przez nieodpowiednie warunki sanitarne w salonach! Lush Bar jest miejscem, w którym o takie rzeczy nie musicie się martwić. Dziewczyny stawiają czystość i jakość na pierwszym miejscu. Jak wiadomo właśnie za takie rzeczy trzeba płacić. Powiem szczerze, że jak na razie moja sytuacja finansowa nie pozwala mi na takie szaleństwa, więc z ponownym nałożeniem rzęs na razie muszę się wstrzymać. Niestety…

Wspomnę Wam jeszcze o zdejmowaniu takich rzęs. A więc… zrobiłam to sama. Tak, jestem głupia. Niestety potrzebowałam bardzo pilnie, aby moje oczy wyglądały dobrze, a zapomniałam o tym, że są święta i salon będzie zamknięty. Ze względu na brak czasu, postanowiłam zaryzykować i zrobić to sama. Poczytałam trochę i stwierdziłam, że dam radę. Generalnie dałam radę, ale ucierpiały na tym trochę moje rzęsy. Muszę zaznaczyć, że gdy samoistnie wypadały mi kępki praktycznie zawsze wypadały wraz z moją naturalną rzęsą. Stworzyłam domową mieszankę, dzięki której zdjęłam rzęsy sama. Płyn micelarny, olej kokosowy, olej jojoba i olej marula. Taką mieszankę na płatek kosmetyczny i trzymałam przyciśnięte przez jakiś czas. Niektóre rzęsy zeszły od razu, sukces! Ale reszta wymagała delikatnego, a czasem mniej delikatnego tarcia. Koniec końców udało się, ale po przebudzeniu rano moje powieki były mega spuchnięte i podrażnione. Okład z lodu i korektor pomogły co prawda, ale nie polecam. Następnego dnia przy linii rzęs miałam wręcz mini strupki. Bardzo nieodpowiedzialnie, wiem. Nie zrobię tego więcej. I Wam również polecam jednak udać się do salonu, żeby ktoś kompetentny Wam to zrobił. Samo odczucie po zdjęciu… tragedia. Miałam wrażenie, że w ogóle nie mam rzęs, że oko jest małe, że spojrzenie bez wyrazu… Na szczęście po dwóch dniach zaczęłam na nowo się przywyczajać. Wróciłam też do tuszu i eyelinera!

Jak wyglądają moje rzęsy po przedłużaniu? Otóż nie najlepiej. Całkiem sporo ich wyleciało wraz z kępkami. Pewnie moje beznadziejne ściąganie się do tego również przyczyniło. Oprócz tego rzęsy są też krótsze. Mam wrażenie, że te sztuczne trochę je obciążyły i przez to te normalne nie urosły tak jak powinny. Koniec końców na razie robię przerwę od przedłużonych rzęs. Wracam do odżywki 4 Long Lashes i mam zamiar je trochę zregenerować. Ale jak tylko zdobędę odpowiednie środki i podleczę rzęsy z pewnością przedłużę je sobie nie raz, nie dwa. Generalnie polecam Wam bardzo przedłużanie rzęs, w szczególności w Lush Barze! Bądźcie pewni, że nie raz mnie tam jeszcze zobaczycie. Pamiętajcie jednak, że na taką zabawę z rzęsami potrzeba dużo czasu, cierpliwości i pieniążków!

img_5246
(Inwestycje: odżywka i nowy tusz) 

Jakie są Wasze doświadczenia w temacie przedłużania rzęs?

Buziaki:*

HIGHEELS

Sposób na piękniejsze włosy? Peeling skóry głowy!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć temat, z którym zaznajomiłam się stosunkowo niedawno. Na samym początku nie byłam zbytnio przekonana, ale z czasem okazało się, że jest to absolutni genialna sprawa. Mowa oczywiście o peelingu skóry głowy! Peelingi twarzy, ciała to dla nas chleb powszedni, ale pomyślał z Was ktoś o ścieraniu martwego naskórka ze skalpu? Ja szczerze powiedziawszy nie słyszałam o tym wcześniej i lekko mnie ten temat zaskoczył. Jakie zalety przyniesie nam REGULARNE (powtarzam REGULARNE) stosowanie peelingu głowy?

img_5236

Po pierwsze o wiele dokładniej doczyszczamy wtedy skórę głowy z martwego naskórka i oczywiście z brudu i resztek kosmetyków. Pamiętajmy o tym, że ich nadmiar prowadzi do tego, że wszystkie dobrodziejstwa zawarte w maskach, które tak skrupulatnie nakładamy, nie wchłaniają się tak dobrze jak powinny. Dlatego też warto zadbać o to, żeby wszystkie składniki odżywcze zostały prawidłowo przyswojone. Może się zdarzyć tak, że maska, która nam się wcześniej nie sprawdzała, nagle zacznie rewelacyjnie działać. Po drugie peeling pozwoli wyregulować pracę gruczołów łojowych przez co włosy będą się mniej przetłuszczać. Regularny peeling pomaga również w walce z łupieżem. Masując skórę głowy, tak jak w przypadku peelingów ciała i twarzy, zwiększamy ukrwienie skóry i poprawiamy krążenie, a co za tym idzie? Oczywiście lepsza kondycja włosów, prawdopodobny wysyp baby hair i zmniejszenie ilości wypadających włosów. Jak widzicie, same korzyści! Ja zostałam przekonana i od tej pory wprowadziłam ten zabieg do mojej pielęgnacji włosów.

Jak domowym sposobem wykonać taki peeling? Nic prostszego. Otóż wylewając szampon na dłoń dosypcie do niego odpowiednią ilość cukru. Odpowiednia ilość to taka, która pozwoli bez problemu umyć włosy, a jednocześnie ilość drobinek będzie wystarczająca. Same z czasem wyczujecie, jaka ilość najbardziej się Wam sprawdzi. Na zmoczone, jeszcze brudne włosy nakładacie szampon i delikatnie masujecie skórę. Od razu mówię, że nie jest to proste. Przy długich włosach to już tym bardziej. Trzeba nieźle się napracować, żeby dosięgnąć skóry. Pamiętajcie, że naprawdę warto! 🙂 Zauważycie od razu, że ilość piany zwiększyła się jakieś pięć/sześć razy. Cukier po jakimś czasie się rozpuści. Następnie wystarczy po prostu dokładnie spłukać wszystko wodą. Włosy po zabiegu nie są zlepione. Cukier cały się wypłukuje i włosy są takie jak po każdym innym myciu. Radziłabym nałożyć po myciu jakąś maskę do włosów. 

img_5235

Pamiętajcie, że efekty zauważycie dopiero po dłuższym czasie. Zrobienie takiego peelingu jeden lub dwa razy absolutnie nic nie da. Ja zauważyłam poprawę tak mniej więcej po dwóch miesiącach stosowania. Takiego peelingu nie można też robić za często, bo można sobie nieźle podrażnić skórę głowy. Pomimo tego, że cukier sam w sobie wykazuje działanie nawilżające dla skóry. Radziłabym wykonywanie zabiegu raz na tydzień, a nawet jeszcze rzadziej. Nie chcemy przecież osłabić cebulek i spowodować, że efekt będzie wręcz przeciwny do zamierzonego! 

Jakie efekty zauważyłam u siebie? Zdecydowana poprawa kondycji włosów. Mam też pełno baby hair! Jeśli chodzi o wypadanie… Na zimę zawsze wypada mi ich sporo. Możliwe, że peelingi przyczyniły się do zmniejszenia ich ilości, ale wcale nie jestem tego taka pewna. Koniec końców jestem bardzo zadowolona, bo faktycznie widać różnicę i czuję, że to że doczyszczam bardziej skórę głowy owocuje w nowe baby hair! 🙂 Wiem, że na rynku kosmetycznym pojawiają się gotowe produkty do peelingu skóry głowy, ale ja jednak stawiam na tańsze i bardziej domowe sposoby. Poza tym, nie mam już miejsca na kolejną tubkę w mojej kosmetyczce. Wystarczy iść do kuchni, wziąć cukier i jazda! Można też sięgnąć po peeling kawowy, ale szczerze powiedziawszy nie wyobrażam sobie wypłukiwania kawy z długich włosów! 

Podsumowując, zachęcam Was serdecznie do rozpoczęcia przygody z peelingami głowy! Gwarantuję, że zauważycie efekty, a Wasze włosy będą wyglądały po prostu lepiej! Dajcie znać koniecznie, czy wykonujcie taki zabieg i czy widzicie już poprawę!

Buziaki:*

HIGHEELS