Przedłużanie rzęs metodą objętościową- moje wrażenia!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dobrze wiecie, że moje naturalne rzęsy nie należą do najdłuższych i najgęstszych. Zawsze chciałam móc pochwalić się pięknym, zalotnym spojrzeniem znad firanki rzęs. Niestety nigdy mi się to nie udało. Ok raz czy dwa przykleiłam sobie sztuczne, ale nie bardzo mi się to podobało :P. Od dłuższego czasu myślałam nad przedłużeniem rzęs metodą wolumetryczną. Bałam się jednak komukolwiek zaufać. Niedoświadczone dziewczyny bez kursów, ciężkie rzęsy złej jakości, nieestetyczne salony, brak zachowania odpowiednich warunków higienicznych- to wszystko oddalało mnie od zrobienia sobie rzęs. W końcu, zupełnym przypadkiem, podjęłam współpracę z salonem LUSH BAR w Poznaniu i… nie mogłam trafić lepiej! Zapytana o to, jaki zabieg mnie interesuje, od razu powiedziałam, że rzęsy! No i tak dosłownie po paru dniach mogę cieszyć się efektem dokładnie takim, jaki sobie wymarzyłam. Ale może najpierw od początku.

Co to jest ten Lush Bar? A więc jest to bardzo schludny i przyjemny salon urody, który znajduję się w Poznaniu na ulicy Chartowej 27 (swoją drogą ciche, spokojne miejsce, idealne, żeby się zrelaksować!). Prowadzą go bardzo kompetentne, przemiłe dziewczyny, które ukończyły odpowiednie kursy i są w 100% przygotowane, żeby zrobić nam paznokcie, rzęsy, brwi, woskowanie, a nawet… nitkowanie (o którym opowiem Wam w osobnym poście). Salon jest bardzo przytulny i pięknie urządzony. Dziewczyny zrobiły go dosłowne własnymi rękoma! Jest bardzo schludny, czyściutki, estetyczny, trafia każdym szczegółem w mój styl. Zostałam umówiona na poniedziałek na godzinę 17. Weszłam do salonu i zostałam przywitana przez przemiłą Edytę, która to właśnie wykonywała mi zabieg przedłużania rzęs. Jako że kompletnie się na tym nie znałam, Edyta wytłumaczyła mi co i jak, co mogę robić, czego nie mogę robić z nowymi rzęsami, że istnieje ryzyko wystąpienia uczulenia i co najważniejsze dobrała mi ich odpowiednią długość. Będąc kompletnym laikiem w tej kwestii, nie potrafiłam powiedzieć nic. Tylko to, że zależy mi na naturalnym efekcie. Chcę wydłużyć i zagęścić rzęsy, ale nie daj Boże nie mogą wyglądać sztucznie i nie mogą być zbyt ciężkie i rzucające się w oczy. Edyta dokładnie wiedziała, co będzie dla mnie najlepsze.

Wybrałyśmy metodę objętościową (Russian Lash), która polega na przyklejeniu kępek rzęs składających się z 2 d- 8 włosków do pojedynczej, naturalnej rzęsy. Kępki są stworzone z delikatnych, cieniutkich rzęs (wiem, bo mogłam je pomacać przed nałożeniem :P), którą są wykonane z włosia syntetycznego zmieszanego z jedwabiem i jakościowo są petardami! Edyta wybrała dla mnie rzęsy o długości 11. Nie za długie i nie za krótkie. Nie ukrywam, że bardzo obawiałam się efektu. Bałam się, że rzęsy będą mi przeszkadzać, że mnie uczulą, że będą wyglądały nienaturalnie… ale na szczęście nic z tych rzeczy się nie stało!

image
(Moje beznadziejne rzęsy PRZED)

Zostałam ułożona na całkiem wygodnym fotelu i poinformowana, że zabieg może trwać nawet do 3 godzin. W razie czucia dyskomfortu w kręgosłupie w pogotowiu czekał wałek pod głowę, kocyk do przykrycia itp. W Lush Barze używają sterylnych narzędzi, więc jeśli chodzi o zachowanie zasad higieny, zupełnie nie ma się o co martwić. Edyta przygotowała mnie do zabiegu, używając przyjemnych w dotyku płatków pod oczy i zabezpieczając wszystko, żeby się nie ruszyło, delikatnym plasterkiem i przystąpiła do pracy. Na szczęście okazało się, że mówiąc nie ruszam za bardzo gałką oczną, więc w ciągu trwania zabiegu mogłam swobodnie rozmawiać sobie z Edytą. Całe szczęście, bo dzięki temu zabieg minął mi bardzo szybko. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało. Okazało się, że moje rzęsy rosną w jednym rzędzie (oprócz paru wyjątków) i założenie rzęs było łatwiejsze. Po 2 godzinach z hakiem Edyta powiedziała, że kończymy! Edyta jako profesjonalistka, która kocha to co robi, pięćset razy sprawdzała czy wszystko jest okej. W momencie, w którym jedna rzęsa, jej zdaniem, dziwnie się układała, nie odpuściła, tylko postanowiła ją zdjąć i założyć od nowa, aby było perfekcyjnie! Po skończonym zabiegu Edytka zrobiła mi zdjęcia (bardzo dziękuję, wyszły super!) i dała do ręki lusterko. No nie uwierzycie, jak bardzo byłam (i jestem nadal) zachwycona! Przepiękny, naturalny efekt. Dokładnie taki, o jaki mi chodziło! Dostałam specjalny grzebyk, którym mogę rozczesywać włoski, gdyby się skleiły, więc nie mam czym się martwić. 

image
(Moje piękne rzęsy PO)

Pamiętajcie, że nie można założyć takich rzęs profesjonalnie w godzinę! Nie dajcie się nabrać na takie hasła reklamowe. Jeżeli rzęsy mają być zrobione porządnie, potrzeba do tego sporo czasu! Jeśli chodzi o cenę… nie jest to zabieg najtańszy na świecie. Kosztuje 210 zł. Co jakieś 3 tygodnie należy uzupełniać rzęsy. Koszt takiego uzupełniania to 130 zł. Same rzęsy trzymają się do 15 tygodni. Aż 3 miesiące bez malowania się tuszem i wychodzenia z domu bez makijażu! Powiem Wam, że efekt, który otrzymałam jest wart każdej, naprawdę każdej złotówki. Pamiętajcie też, że płacicie przede wszystkim za JAKOŚĆ i KOMFORT. Możecie być pewni, że dziewczyny pracują na materiałach najwyżej jakości. Nie ufajcie salonom, które oferują rzęsy za grosze. Mogą to być rzęsy kupione na bazarze. Grube i twarde, które tylko mogą Wam zaszkodzić. Jak na razie jestem 2 dni po zabiegu i odpadła mi tylko jedna rzęsa. Nie wystąpiło żadne uczulenie i wszystko wygląda tak, jak po wyjściu z salonu. Będę Was informować na bieżąco zresztą.

image
Ja cenię sobie bardzo jakość usług kosmetycznych. Przyznam się, że nie chodzę prawie nigdzie na zabiegi. Przyznaję rację Edycie, która nazwała mnie „urodową Zosią Samosią”. Po prostu boję się zaufać danemu salonowi i uważam egoistycznie, że jestem w stanie zrobić sobie sama lepiej. Cieszę się niezmiernie, że odważyłam się poddać zabiegowi w Lush Barze. Urzekło mnie w nim wszystko! Obsługa, wystrój, atmosfera, jakość usługi i sam efekt! Jestem zakochana i już teraz wiem, że wpadłam w pułapkę przedłużanych rzęs i szybko się z niej nie wydostanę. Nigdy nie miałam tak pięknego spojrzenia i takich wielkich oczu! Rzęsy w ogóle mi nie przeszkadzają. Nie czuję ich wcale na oczach! Edyta, dziękuję raz jeszcze! Przytuliłabym Cię jeszcze z milion razy za to co wyczarowałaś na moich oczach! 

image
(A tak właśnie wygląda Higheels w całej okazałości!)

Dziewczyny z Poznania i okolic, jeśli szukacie godnego polecenia i zaufania salonu, to wiecie gdzie się udać. Polecam Wam z całego serca Lush Bar! Ja na pewno zagoszczę tam nie raz nie dwa! Kuszą mnie też hybrydy <3! A Wy jakie macie doświadczenia z przedłużaniem rzęs?

Buziaki:*

HIGHEELS

Nowość! Golden Rose LONGSTAY LIQUID MATTE LIPSTICK- matowe pomadki w płynie!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Na wstępie przepraszam, że tak późno pojawia się ten post. Od kiedy zaczęłam pracować tak na poważnie ciężko mi wygenerować w ciągu dnia czas na bloga. Postaram się dla Was z całych sił, żeby posty były publikowane co najmniej dwa razy w tygodniu! Nie mogę w końcu zawieźć moich Czytelników :D.

Tak jak zapowiadałam dziś czas na wpis o pomadkach, czyli zdecydowanie jeden z moich ulubionych tematów. Zadałam Wam zagadkę na Instagramie i Facebooku związaną z firmą pomadki, o którą mi chodzi. Większość z Was odpowiedziała poprawie. Chodzi oczywiście o nowe, a już osławione płynne matowe pomadki z Golden Rose, czyli Longstay Liquid Matte Lipstick!

image

Dobrze wiecie, że Golden Rose to zdecydowanie moja ulubiona marka, jeśli chodzi o produkty do ust ( i nie tylko!),dlatego nie mogłam przejść obojętnie obok takiej nowości. Wiem, że ta pomadka została wprowadzona na rynek już jakiś czas temu, ale czekałam z postem aż zakupię i przetestuję kolor, na którym mi najbardziej zależało, a który był po prostu wyprzedany. Wcześniej zaopatrzyłam się w nr 5, czyli pierwszą w mojej pomadkowej kolekcji wiśnię. Nie super ciemną, ale jednak najciemniejsza jaką mam. Kolor, za którym czekałam, to oczywiście 3, czyli brudny róż nude- tak, myślę, że to właściwy opis :P. W świetle słonecznym widać, że 3 ma malutkie drobinki, ale na ustach absolutnie ich nie widać. Na wszelki wypadek od razu pokazuję Wam swatche!

image
(5 po lewek, 3 po prawej)

Kolory bardzo przypadły mi do gustu! Obydwa kolory bardzo ładnie wybielają mi zęby. Szczególnie piątka, której z początku się trochę bałam, a okazała się po prostu hitem! Przepięknie prezentuje się na ustach. Na wieczór na imprezę jest idealna! Kolor nr 3 z kolei z powodzeniem można nosić na co dzień. Pokażę Wam też jak prezentują się na ustach. Najpierw 5, później 3.

image
(Niestety na zdjęciu kolor nie wyszedł idealnie taki jak w rzeczywistości. Sugerujcie się raczej swatchem na ręce ze zdjęcia powyżej)

image

Opakowanie pomadek jest bardzo solidnie wykonane, co mnie szczególnie cieszy, bo zdążyły pospadać mi na ziemię już z milion razy. Fajnie, że już patrząc na opakowanie wiemy, jaki to kolor. Nie trzeba otwierać, żeby sprawdzić. Bardzo podoba mi się aplikator! Jest giętki i bardzo precyzyjny, ale jednocześnie miękki i milutki w dotyku. Aplikacja jest łatwa i przyjemna. W prosty sposób możemy obrysować kontur ust. Moja rada nr 1: nakładajcie na usta naprawdę minimalną warstwę produktu! Pomadki są bardzo dobrze napigmentowane, więc wystarczy dosłownie odrobina, żeby pokryć całe usta. Nie zrobi nam się przy tym skorupa, która jest typowa przy nadmiarze matowych produktów na ustach. Taki produkt nałożony w małej ilości wygląda po prostu lepiej. I moja  rada nr 2: nie dokładajcie jej! Jeśli pomadka zejdzie w połowie warto zmyć ją całą i nałożyć jeszcze raz, a nie dokładać kolejną warstwę. Ponownie unikniemy efektu skorupki.

image

Przejdźmy do trwałości. A więc pomadki są naprawdę, naprawdę meeeeega trwałe. Porównując je do matowych kredek z Golden Rose są trwalsze o dobrych parę godzin więcej. Trójka ściera się bardzo równomiernie, więc nie ma co się martwić. Piątka z kolei, jako że jest zdecydowanie ciemniejsza, gorzej wygląda gdy się ściera. Widać ciemniejszy kontur przy krawędziach ust, gdy zjada się od środka, ale z drugiej strony trzyma się dłużej w nienaruszonym stanie niż trójeczka. Obydwie plusują u mnie swoją trwałością. Formuła jest idealnie zbilansowana. Nie jest zbyt wodnista, ani zbyt kremowa, więc naprawdę dobrze się ją rozprowadza. 

Ważne, że pomadki nie wysuszają ust i nie podkreślają suchych skórek. Moje usta są bardzo podatne na wysuszenia, także taka informacja cieszy mnie podwójnie. Pomadka po aplikacji zastyga bardzo szybko, dosłownie w jakieś 45 sekund. Są tak trwałe, że czasem muszę się pobawić płynem micelarnym, żeby do końca je zmyć z ust! 

Podsumowując, muszę przyznać, że są to najlepsze matowe pomadki w płynie jakie miałam. Zmiotły z podium nawet Rouge Edition Velvet z Bourjois! I to nie tylko za sprawą formuły i działania, ale też za sprawą ceny. Pomadka z Golden Rose kosztuje 19,90 zł! Porównując również zapach kosmetyku, pomadki Bourjois bardzo intensywnie i nieprzyjemnie pachną. Te z kolei również mają mocny zapach, ale jakoś bardziej mi on odpowiada.

Jako maniaczka produktów do ust z wieloletnim stażem mówię Wam, musicie je mieć! Jestem przekonana, że będziecie zadowolone! Cena, krycie, konsystencja, aplikator, trwałość- wszystko na plus. Zdecydowanie mój hit ostatnich miesięcy! Tym miłym akcentem żegnam się z Wami, życząc Wam miłej niedzieli! 

Buziaki:*

HIGHEELS

L’Oréal Volume Million Lashes Extra-Black mascara- co myśli Higheels?

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Najwyższy czas, żeby napisać kilka słów o tuszu do rzęs, który dostałam jakiś czas temu od firmy L’Oréal. Mowa oczywiście o jednej z licznych maskar z serii Volume Million Lashes. Jako że dostałam do przetestowania aż dwie z nich, najpierw postanowiłam wypróbować wersję Extra Black. Kiedyś bardzo dawno temu używałam wersji pogrubiającej w złotym opakowaniu i byłam z niej umiarkowanie zadowolona, więc z przyjemnością sięgnęłam po jej czarne wydanie. 

12750192_995895573829452_1554211477_n

image

Tusz pięknie wydłuża i rozdziela rzęsy. Do tego stopnia, że mój narzeczony zauważył, że mam coś innego na oczach niż zazwyczaj i spytał, o co chodzi :P. Faktycznie efekt jest inny niż daje mój ulubiony tusz z Lovely. Bardzo podoba mi się to, że nie skleja rzęs. Oczy wydają się optycznie większe i bardziej otwarte. Po aplikacji tworzy się przepiękna, delikatna firanka rzęs. Jest to efekt dość subtelny i powiedziałabym ‚lekki’. Nie ma uczucia ciężkich, obciążonych włosków. Kolor jest faktycznie Extra Black. Pierwsza warstwa bez problemu sprawia, że możemy cieszyć się pełnią koloru. Dzięki kształtowi szczoteczki rzęsy można też ładnie podkręcić. Jeśli chodzi o działanie to jedyny czego można by się czepiać, to brak efektu pogrubienia. Ale może to i dobrze, bo dzięki temu osiągamy właśnie pożądany (przynajmniej ostatnio przeze mnie) efekt lekkości. 

image

Tusz utrzymuje się na rzęsach przez cały dzień. Nie kruszy się, nie osypuje. Wygląda ładnie wieczorem tak samo jak i rano zaraz po aplikacji. 

Opakowanie bardzo schludne, estetyczne i porządnie wykonane. Jak wszystkie tusze z serii Volume Million Lashes. Szczoteczka silikonowa. Rzęsy maluje się szybko, bo tusz szybko pokrywa dokładnie każdy włosek i całe szczęście, bo nienawidzę, jak na przykład rzęsy u nasady nie są do końca pomalowane. Jedyną wadą szczoteczki jest to, że jest zbyt duża w stosunku do mojego oka. Musiałam nauczyć się z nią pracować, tak aby nie ubrudzić sobie powiek. Z górną powieką jako tako nie ma problemu, ale jeśli chodzi o rzęsy na dolnej powiece jest gorzej. Moje są po prostu zbyt krótkie i zawsze gdzieś tam się ubrudzę. Niestety wolę trochę mniejsze szczoteczki. 

Tusz jest też wydajny. Na pewno bardziej niż ten z Lovely, który po dwóch/trzech miesiącach jest już do wywalenia. Moje opakowanie otworzyłam pod koniec lutego i jak na razie wszystko jest tak jak na początku. 

Niewątpliwym minusem jest jego cena. W Rossmannie widziałam go za ok. 60 zł (!). Na szczęście są też drogerie internetowe, gdzie tusz ten można dostać w rozsądniejszych cenach. No chyba, że skusicie się na promocje -49%, która nadchodzi wielkimi krokami! Słyszałyście? 

Podsumowując, uważam że jest to naprawdę przyzwoity produkt. Bardzo przyjemnie mi się z niego korzysta. Podoba mi się ten efekt, którego już bardzo dawno na swoich rzęsach nie widziałam. Niesamowicie kobiecy i zmysłowy. Rzęsy wydłużone do maksimum, ale jednocześnie pięknie rozdzielone i podkręcone. Dziękuję L’Oréal za możliwość przetestowania Waszych produktów!

Buziaki:*

HIGHEELS

Lancôme Poudre Majeur Excellence Libre- recenzja Higheels

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

05Cześć wszystkim!

Dzisiaj biorę na tapetę kosmetyk z wyższej półki. Rzadko się to zdarza, także tym bardziej warto poczytać :P. Mowa o pudrze sypkim marki Lancôme (Poudre Majeur Excellence Libre). Dostałam go już jakiś czas temu na prezent. Czekał sobie cierpliwie na swoja kolejkę w szufladzie. W końcu po skończeniu Stay Matte z Rimmel, sięgnęłam po niego. I powiem szczerze, że żałuję że tak późno, bo ten puder jest genialny!

image

W całkiem sporym, schludnym (tak się pozornie wydaje, ale dojdę do tego za chwileczkę) i stylowym opakowaniu kryje się aż 20 g produktu. Ilość naprawdę spora, a biorąc pod uwagę jego wydajność, nie jestem pewna czy kiedykolwiek będę w stanie zużyć go do końca. Stosuję go już od dobrych czterech miesięcy i ledwo widzę jakikolwiek ubytek. Jak to bywa w przypadku marek selektywnych cena niestety jest wysoka. Taka przyjemność kosztuje nas sporo, bo aż 180 zł. Oczywiście najkorzystniej jest poczekać na różnego rodzaje akcje promocyjne i rabaty. Od kiedy Sephora i Douglas mają swoje sklepy internetowe zniżki pojawiają się dość często. Przejdźmy jednak do działania. 

image

Po pierwsze puder ma genialną konsystencję! Jest bardzo drobno zmielony i taaaaaki aksamitny. Po nałożeniu w ogóle nie czuć go na twarzy, co mnie bardzo cieszy, bo nienawidzę uczucia, że mam coś ciężkiego na twarzy. Ten produkt jest bardzo lekki, a jednocześnie delikatnie kryje. Mój odcień to 03 Sable i często stosuję go zamiast podkładu. Kolor nie ciemnieje na buzi, ani nie robi żadnych plam. W ogóle ostatnio praktycznie nie używam podkładów. Jakoś zaczęły mnie denerwować na twarzy. Czuję się, jakby moja skóra była brudna :P. Nie pytajcie dlaczego, bo nie mam pojęcia. Uwierzcie mi na słowo, że skóra wygląda genialnie po nałożeniu tego pudru solo. Koloryt jest delikatnie wyrównany, skóra zmatowiona, ale jednocześnie promienna. A to wszystko sprawka pięknego, satynowego wykończenia produktu. Idealne rozwiązanie na wiosnę i lato. Jednocześnie warto wspomnieć, że skóra jest ładnie zmatowiona przez dobre 4/5 godzin, a kosmetyk trzyma się na twarzy przez cały dzień. Nie będę owijać w bawełnę. Uwielbiam go i to jak wygląda na twarzy! Robi 100 razy więcej niż przeciętny puder matujący. 

Jego niekwestionowaną zaletą jest to, że nie podkreśla suchych skórek, ani nie wysusza skóry bardziej. Nie wiem dlaczego, ale mam ostatnio problem z odstającymi, wkurzającymi skórkami na nosie. No nie mogę dojść do ładu z moją skórą, ale to już temat na kolejny post :P. W każdym razie ten puder idealnie wpasowuje się w moje obecne potrzeby. Nie ważne jak bardzo mam suchą skórę, nie widać tego. Całe szczęście. Skóra jest przepięknie wygładzona i ujednolicona. Przymiotnikiem, który zdecydowanie najtrafniej określa ten produkt jest AKSAMITNY. W nim zamykają się wszystkie jego cechy. 

Oprócz oczywistej wady, czyli ceny, muszę niestety wspomnieć o jeszcze jednej. Opakowanie. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jakim cudem kosmetyk za 180 zł może mieć tak beznadziejne opakowanie. Wieczko nie posiada zatrzasku, tak więc wystarczy je podnieść, aby dostać się do środka. W środku jest jeszcze nakładka na puder, w której włożony był puszek, niby zakręcana. Niestety utyka ona często w wieczku. Także od sypkiego pudru, który w każdej chwili może wylecieć dzieli nas tylko lekkie wieczko, które uwierzcie mi, może spaść przy każdej okazji. Nie ma mowy o podróżowaniu z tym pudrem! Gdy przewoziłam go z Florencji musiałam okleić do taśmą (Serio? Puder za taką cenę oklejony taśmą?!). A i tak po otwarciu puder porozsypywał się po całym opakowaniu i wszedł w każdą możliwą szparę, co wymagało wyczyszczenia, bo wyglądało po prostu nieestetycznie. Także można bez wahania powiedzieć, że jest to kosmetyk stacjonarny. Całe szczęście do opakowania dołączone jest jeszcze sitko, które nakładamy na puder, w celu ułatwienia nałożenia produktu na pędzel lub puszek.  

image

Jeśli chodzi o aplikację. Na początku posiłkowałam się dołączonym puszkiem, ale teraz wolę zdecydowanie pędzel typu Flat Top. Z nałożeniem nie ma żadnego problemu. Ładnie i gładko rozprowadza się po skórze. Kosmetyk ten nie tworzy efektu maski. Wątpię w to, że można zrobić sobie nim krzywdę. 

Podsumowując, jest to najlepszy puder jaki kiedykolwiek miałam! Tylko dlaczego opakowanie nie jest bardziej stabilne i lepiej wykonane?! No i nie powiem, bo chętnie kupowałabym go w korzystniejszej cenie :P. Pomimo tego jestem pewna, że jeśli kiedykolwiek mi się skończy, kupię go ponownie. Jest genialny! Da się przeżyć tę wysoką cenę, mając w głowie, że będziemy go używać przez parę lat. Ma swoje wady, ale polecam go całym sercem!

Dziewczyny, mam do Was pytanie. Potrzebuję kremu na noc dobrze nawilżającego, ale żeby z kolei nie był bardzo tłusty i nie zostawiał na twarzy lepkiego filmu. Nie mam w ogóle pomysłu… Polećcie mi coś! 

Buziaki:*

HIGHEELS

Babyliss 8438E- podświetlane lusterko do makijażu- HIT czy KIT?

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Moim jednym z większych „problemów” w moim malutkim mieszkaniu był brak toaletki i miejsca, gdzie mogę wykonać codzienny, poranny makijaż. Może nawet nie miejsce sprawiało problem, ale brak odpowiedniego oświetlenia. Szczególnie denerwowało mnie to zimą, kiedy na dworze było zawsze ciemno, kiedy szykowałam się do wyjścia. Z pomocą przyszła mi marka Babyliss, a dokładniej mój narzeczony, który postanowił skrócić moje cierpienia i zrobić mi prezent :P.

image

Podświetlane, porządne lusterko Babyliss 8438E to świetny gadżet do makijażu! Po pierwsze jest bardzo dobrze solidnie wykonane. Nie ma szans, że spadnie nam na ziemię i się potrzaska. Tak, właśnie zaoszczędzamy 7 lat nieszczęścia :P. Po drugie lusterko jest dwustronne. Z jednej strony normalne, a z drugiej mamy do dyspozycji aż ośmiokrotne powiększenie obrazu (!). Nie przeraźcie się, jak zobaczycie swoją skórę w takim powiększeniu. Nie jest to najpiękniejszy widok, ale pamiętajcie, że nikt tego normalnie nie widzi! Powiększony obraz nie służy mi jednak do makijażu. Wolę używać tej strony lusterka na przykład do regulacji brwi. Do tego zadania spisuję się znakomicie. Widać z nim dosłownie wszystko- każdy najmniejszy włosek. Myślę, że dobrze się też sprawdzi do przyklejania sztucznych rzęs lub innych bardziej precyzyjnych operacji. Zawiasy działają bardzo płynnie, także nie ma problemu z zamienianiem stron. Nic nie skrzypi, nic nie trzeszczy, nie nie piszczy. 

W ogóle jeśli chodzi o wizualną stronę tego sprzętu, to jestem jak najbardziej na tak. Bardzo schludnie wygląda i pięknie prezentuje się na szafce (lub toaletce, którą z pewnością będę kiedyś miała!). Fakt faktem jest dość duże (średnica to 20,5 cm), ale czy to komuś przeszkadza? 

Zajmijmy się teraz najważniejszym, czyli oświetleniem. Mamy do dyspozycji aż trzy różne oświetlenia halogenowe regulowane przełącznikiem. Po pierwsze światło ciepłe, po drugie zimne no i neutralne. Bardzo dobrze mi się maluje szczególnie przy imitacji światła dziennego. Jest najmocniejsze z wszystkich trzech. Jak dla mnie jest wystarczająco mocne i bez problemu maluję się, gdy w pokoju zapalona jest tylko mała lampka. Reszta świateł przydaje mi się, żeby zobaczyć, jak dany makijaż prezentuje się w danym oświetleniu. Fajna sprawa powiem Wam. Znacznie ułatwia sprawę. Na zdjęciach po kolei: światło ciepłe, zimne i neutralne.

image

image

image

Jeśli chodzi o minusy. Wymieniłabym to, że lusterko się dość mocno nagrzewa. Nie aż tak, żeby się poparzyć oczywiście, ale zawsze coś. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, ale warto o tym wspomnieć. Dość szybko się brudzi, ale też łatwo się myje. Nie mam z tym żadnego problemu. Oczywiście na srebrnej obudowie zostają odciski palców, no ale to chyba oczywiste i nie można było spodziewać się czegoś innego. Największym minusem jest cena, bo lusterko kosztuję od 200-290 zł, w zależności gdzie je zakupicie. Tak, jest to sporo, ale pamiętajmy, że jest to inwestycja na lata. Jeśli miałabym je kupić sama, z pewnością bym to zrobiła.

Uważam, że jest to świetny gadżet! Oczywiście nie jest on niezbędny i można się obyć równie dobrze i bez niego. Ja jednak bardzo sobie je cenię. Mój komfort malowania się z rana, kiedy za oknem jest szaro-buro i słońca brak, znacznie się zwiększył. Lusterko też pięknie zdobi pomieszczenie. Powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie teraz makijażu bez niego. A tym bardziej regulowania brwi! Muszę mu przyznać, że stał się moim HITEM. Jeśli miałabym mu dać ocenę w skali 1-5, to z pewnością byłoby to 4,5/5. Pół punkt odjęte za cenę i nagrzewanie. Także jeśli również zmagacie się z problemem złego oświetlenia do makijażu uśmiechnijcie się do swoich facetów, krewnych, znajomych, może akurat szukają dla Was prezentu!

image
(tak lusterko prezentuje się na mojej prowizorycznej toaletce)

Uciekam teraz i mam zamiar wziąć się w końcu za moją pracę magisterską… Czy ktoś jeszcze cierpi na brak motywacji do pisania? Skąd ja czerpać?!

Buziaki:*

HIGHEELS