Ulubieńcy września i października!

7 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Ale zimno! Dzisiaj czekając na autobus trzęsłam się jak galareta! U Was też? Dzisiaj mam dla Was Ulubieńców! Wiem, wiem.. trochę się spóźniłam, ale spokojnie już są ULUBIEŃCY ostatnich dwóch (no dobra dwóch i pół) miesięcy! Długo zastanawiałam się, które produkty powinny się tu znaleźć, ale w końcu wybrałam PIĄTKĘ najlepszych! Możecie mi wierzyć na słowo, że te oto rzeczy ułatwiły i zdecydowanie umiliły mi ostatnio życie. 

img_5265

  1. Evree- różany tonik do twarzy.
    Rozważając to co powinnam Wam o nim napisać wpadłam na jedno zdanie, które idealnie wyrazi to co o nim myślę. Mianowicie: jestem w stanie dla niego porzucić wszelkie hydrolaty! Tak, dobrze wiecie jak kocham hydrolaty: różany, oczarowy, aloesowy, z kwiatów gorzkiej pomarańczy, ale ten tonik spokojnie zastąpi je na dłuższy czas w mojej pielęgnacji. Jest rewelacyjny! Odświeża skórę, zmniejsza zaczerwienienia, lekko nawilża. Stosuję go po umyciu twarzy, przed nałożeniem kremu rano i wieczorem, po zmyciu maseczki… Używam go cały czas! Jest wydajny, stosunkowo tani. Skład ma krótki i nie ma w nim nic co mogłoby zaszkodzić mi i mojej skórze. Pachnie różą i to co mnie jeszcze zachwyca to opakowanie z atomizerem! W ten sposób kosmetyk się nie marnuje, aplikacja jest higieniczna, prosta i przyjemna. Jestem zachwycona tym produktem i z pewnością przetestuję drugi tonik, który marka Evree posiada w swojej ofercie. 
  2. Idea Toscana- Crema Viso Idratante, czyli nawilżający krem do twarzy.
    Jest to krem, który zawiera w sobie Biologiczną Toskańską Oliwę z Oliwek IPG i jest memu sercu szczególnie bliski ze względu na fakt, że został wyprodukowany niedaleko Florencji, w której mieszkałam przez pół roku. TUTAJ możecie przeczytać, co tam robiłam :). Produkty marki Idea Toscana są ekologiczne i nie zawierają w składach parabenów, silikonów, olejów mineralnych, sztucznych barwników, czy syntetycznych substancji zapachowych. Skład jest faktycznie bardzo w porządku według mnie. Ten krem stosuję na noc i przyznam szczerze, że jest genialny! Z założenia ma nawilżać (oleje roślinne), odżywiać, zmiękczać (skwalen warzywny) i wzmacniać skórę. Nie mam podstaw nie zgodzić się z tymi założeniemi. Krem ma lekką konsystencję, która szybko się wchłania i nie pozostawia na twarzy nieprzyjemnego filmu. Z powodzeniem można stosować go też na dzień. Uwielbiam szklane, solidne opakowanie z pompką! Wydobywamy odpowiednią ilośc produktu nie brudząc przy tym palców. I nic nie wchodzi pod paznokcie (Was też to tak wkurza?!). Genialnie nawilża i zmiękcza skórę! Rano budzę się zawsze z mięciutką, przyjemną w dotyku skórą. Nie mam problemu z przesuszeniem nawet teraz, gdy jest zimno. Genialny produkt! Ma dość specyficzny zapach lekko lawendowy. Nie jest moim ulubionym, ale przyzwyczaiłam się już do niego i nie przeszkadza mi ani trochę. Jeśli będziecie mieć okazję, koniecznie go wypróbujcie! Cudo!

    img_5266

  3. Wibo- Growing Lahes Stimulator Mascara.
    Kupiłam ją jak tylko sama zdjęłam sobie przedłużane rzęsy, bo szukałam czegoś taniego, nowego a jednocześnie dobrego. No i znalazłam, a co! Genialna szczoteczka- mała, silikonowa, dociera wszędzie. Nie brudzi powieki. Pomalowanie dolnych rzęs nie sprawia mi żadnego problemu, a niestety nie zawsze tak bywało. Ładnie wydłuża i pogrubia rzęsy nie pozostawiając na nich grudek. Trzyma się cały dzień! Przy pierwszej aplikacji po paru godzinach zaczął się kruszyć. Nie wiem dlaczego, bo później już tego problemu nie zauważyłam. Nie rozmazuje się w ciągu dnia, nawet jak lekko kropi lub jest mżawka. Łatwo się zmywa. Kupiłam go w Rossmannie za 11,90 zł bez promocji, więc jak na to, jak działa cena jak najbardziej odpowiednia. Dorównuje nawet mojemu absolutnemu hitowi, czyli Lovely Pump Up Mascara. Lovely może jest troszkę lepsza, bo podkręca lepiej rzęsy i szybciej je rozdziela. Tak czy siak jestem bardzo zadowolona. Koniecznie wypróbujcie! Aha i nie spodziewałabym się, że będzie stymulować wzrost rzęs :P.
     
  4. Urban Decay- paletka cieni Naked Basics.
    Jest to obecnie jedyna paletka, z której korzystam i nie mam na razie zamiaru wracać do innych lub szukać czegoś nowego. Nie dość, że sam produkt cieszy oko, posiada solidne opakowanie z lusterkiem, to cienie są naprawdę dobrej jakości. Najbardziej cieszy mnie to, że jest to pierwsza paletka w mojej kolekcji, z której wszystkie cienie mi się podobają i ze wszystkich korzystam. W pudełku znajduje się 5 matowych cieni i jeden perłowy, delikatnie świecący, który idealnie nadaje się pod łuk brwiowy lub w wewnętrznym kąciku oka (Venus). Są to najbardziej uniwersalne kolory na świecie! Wykonacie nimi każdy makijaż: ten dzienny i ten mocniejszy wieczorowy. U mnie nawet bez bazy, a z kamuflażem Catrice na powiecie, makijaż oka trzyma się praktycznie cały dzień. Korzystam z każdego koloru, żaden się marnuję, co uspokaja moje sumienie po wydaniu dość sporej kwoty na tę paletkę- 145 zł. Pamiętam, że skorzystałam z dużej zniżki i finalnie zapłaciłam ok 100 zł, ale jak powszechnie wiadomo, jest to całkiem sporo jak na paletkę. Niemniej jednak nie żałuję. Na początku musiałam się nauczyć z nimi pracować, bo delikatnie się osypują, ale teraz już wiem, jak je poprawnie nałożyć, żeby nie marnować kosmetyku. Jestem niesamowicie zadowolona z tej paletki. Korzystam z niej codziennie, a produktu jakby nie ubywa. Gorąco ją wszystkim polecam! Szczególnie na promocjach oczywiście!
  5. Zoeva- Brow Line pędzelek do brwi (322).
    Nie mogę nie wspomnieć o moim ulubionym pędzelku, który odpowiada za codzienny makijaż moich brwi. W połączeniu z rewelacyjnym produktem, o którym wkrótce Wam opowiem, tworzy efekt, który pożądałam od zawsze. Jest idealnie miękki i idealnie ścięty. Pomalowanie brwi zajmuje dosłownie minutkę i jest przyjemne jak nigdy. Według mnie ma doskonałą szerokość i grubość. Nie zamieniłabym go na żaden inny. Moim zdaniem jest to najlepszy pędzelek do brwi, jaki możecie znaleźć i mój faworyt jeśli chodzi o pędzle marki Zoeva. Łatwo się domywa, nie zmienia swojego kształtu po wielu, wielu myciach i wciąż jest super miękki. Zdecydowanie polecam!

Moim Drodzy, tak się prezentują moi Ulubieńcy ostatnich miesięcy. Mam nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie. Jestem też ciekawa, jakie produkty sprawdziły się u Was w ostatnim czasie! Piszcie koniecznie, a ja jem banana i lecę pobiegać!

Buziaki:*

HIGHEELS

Serum i krem na dzień z YASE- recenzja by Higheels!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przyszedł czas na porządną recenzję kosmetyków do twarzy firmy YASE! Od trzech miesięcy stosuję serum z czynnym ekstraktem z rodochrozytu i krem na dzień z czynnym ekstraktem z hematytu każdego dnia, więc najwyższy czas, aby wypowiedzieć się w kwestii ich działania. Najpierw jednak chciałabym Wam przedstawić tę mało znaną (jeszcze!) firmę i przybliżyć Wam ich filozofię.

Firma YASE to polska firma, która przez ostatnie 7 lat zajmowała się wnikliwymi badaniami nad swoimi kosmetykami, aby w końcu stworzyć produkty całkowicie naturalne! Tak, wiem, wszędzie obecnie stykamy się ze słowem „naturalne” jeśli chodzi o kosmetyki. Tylko, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jest to słowo w dużej mierze nadużywane i często mijające się z prawdą. Marka YASE udowodniła jednak, że „naturalne” może faktycznie oznaczać wolne od silikonów, sztucznych barwników, sztucznych konserwantów itp. Każdy składnik ich kosmetyków jest starannie przemyślany i dlatego też w ich ofercie znajdziemy raptem 3 kosmetyki dla kobiet 2 dla mężczyzn. Oznacza to, że firma nie stawia na masową produkcję, tylko przede wszystkim na jakość. Z racji braku konserwantów kosmetyki YASE ważne są 3 miesiące od otwarcia i należy je trzymać w lodówce.

Dzięki uprzejmości YASE, miałam okazję przetestować serum z ekstraktem z rodochrozytu i krem na dzień z ekstraktem z hematytu. Tak, mi też te nazwy absolutnie nic nie mówiły, ale oznacza to że składniki są nieszablonowe i oryginalne. Warto dodać, że kosmetyki YASE są robione na świeżo, także 3 miesiące ważności odmierzamy dokładnie od momentu otrzymania paczki. Obydwa produkty są zamknięte w szczelnym, solidnym opakowaniu z pompką. Czyli dokładnie takie, jakie lubię najbardziej. Możemy wycisnąć taką ilość produktu jaką chcemy, nic się nie zmarnuje, a do środka nie dostają się bakterie. 

img_5257

Serum do twarzy przede wszystkim odświeżać, pobudzać i regenerować skórę. I tak faktycznie jest! Ma lekką żelową konsystencję, która wyciągnięta z lodówki daje niezłego kopa skórze. Spisuje się zarówno jako serum na dzień po krem, jak i na noc, bo wchłania się błyskawicznie i współpracuje z każdym następnym kremem jaki nakładamy. Jest to kosmetyk pochodzenia roślinno-minearalnego. Ekstrakt z rodochrozytu stymuluje syntezę kolagenu odżywia skórę, która staję się bardziej napięta i wygładzona. Dodatkowo rodochrozyt, dzięki zawartości managnu działa antystresowo! Tak więc coś dla wszystkich bardzo zestresowanych!  Nie mogę nie zgodzić się z opisem producenta. Serum faktycznie działa rewelacyjnie! Odświeżenie i napięcie można poczuć błyskawicznie po jego aplikacji! Dzięki zawartości antyoksydantów zapobiegamy powstawaniu zmarszczek. Jeśli chodzi o minerały, to w składzie znajdziemy na przykład miedź, która wykazuje działanie detoksykacyjne. Serum też doskonale chroni skórę przed działaniem zewnętrznych czynników utleniających. Jestem niesamowicie zadowolona z tego produktu. Jest to jedno z lepszych serum jakie kiedykolwiek miałam. Kondycja mojej skóry faktycznie znacznie się poprawiła. Kiedy jeszcze było ciepło na dworze lekka konsystencja i delikatny miętowy zapach spisywały się idealnie! Rzeczywiście skóra bardziej się wygładziła i uelastyczniła. Jak dla mnie wielki Ulubieniec! I to przyjemne odświeżenie na twarzy… mmmm <3!

Skład serum: Aqua, Glycerin, Rhodochrosite Extract, Panthenol, Cyamopsis, Tetragonoloba (guar) Gum, Tocopheryl Acetate, Ginkgo Bbiloba Leaf Extract, Coffea Arabica Seed Extract, Gluconolactone, Mentha Viridis (Spearmint) Leaf Oil, Limonene.

Krem do twarzy to również mieszanka cennych minerałów i starannie wyselekcjonowanych składników botanicznych. Krem zawiera w składzie ciekłe kryształy, dzięki którym minerały, witaminy i reszta dobroci zawarta w składzie dociera nawet do najgłębszych warstw skóry. Zawartość olejków między innymi arganowego i jojoba dostarcza skórze niezbędnych witamin: A, E, F, B5, H, K, PP. Krem zapobiega utracie wody z organizmu, dzięki czemu znacznie wzrasta nawilżenie skóry. Ja dzięki niemu pożegnałam suche skórki i suchą skórę na czole! Producent obiecuję wzrost elastyczności i napięcia skóry. Takie działanie również zauważyłam, ale nie jestem pewna czy to sprawka kremu, czy też raczej serum. W każdym razie któreś z tych dwóch :P. Hematyt to kompleks minerałów z dużą zawartością żelaza, który wykazuję działanie przeciwstarzeniowe. Krem tworzy delikatną barierę chroniącą skórę przed czynnikami zewnętrznymi. Dodatkowo zawiera naturalny filtr przeciwsłoneczny, który chroni skórę przed szkodliwym promieniowaniem UVA i UVB. To co zauważyłam od razu to faktyczny wzrost poziomu nawilżenia skóry i poprawa jej kolorytu. Krem ma również lekką konsystencję, która szybko się wchłania. Ma dość delikatny, ale dziwny zapach, który z niczym mi się nie kojarzy. Spokojnie, można się przyzwyczaić, a fakt że nie pachnie sztucznie oznacza brak w składzie sztucznych składników zapachowych. Powiem szczerze, że jestem z niego bardzo zadowolona, chociaż nie powalił mnie na kolana tak jak serum. Nie mniej jednak z czystym sumieniem mogę Wam go polecić. 

Skład kremu: Aqua, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Simmondisa (Chinensis) Jojoba Seed Oil, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Hematite Extract, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Gluconolactone, Sodium Benzoate. 

Obydwa produkty są ukryte w buteleczce o zawartości 30 ml. Są niesamowicie wydajne! Spokojnie starczą na te 3 miesiące, nie ma się co martwić. Obydwa produkty kosztują po 249 zł. Zdaję sobie sprawę, że jest to sporo i nie każdy może sobie pozwolić na taki wydatek. Jednak za takie unikalne składniki trzeba niestety odpowiednio zapłacić. Pamiętajmy, że w tym przypadku cena idzie w parze również z jakością i działaniem. Z czystym sercem mogę Wam polecić kosmetyki tej marki. Żaden z nich mnie nie zapchał, ani nie podrażnił. Działają genialnie! Jestem pewna, że do serum na pewno kiedyś wrócę, bo jest to absolutna rewelacja! Jestem niesamowicie dumna, że takie genialne kosmetyki są produkowane w Polsce! Obydwa produkty możecie dostać TUTAJ. 

Czy ktoś z Was już je testował?

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol. 11!

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dziękuję, że ze mną jesteście i tu zaglądacie! Co u mnie? A no zostałam w końcu panią Magister 😀 Stąd też niestety były opóźnienia w postach, bo praca sama się skończyć nie chciała. Teraz już studia za mną i wracam do Was ze zdwojonymi siłami i obiecuję być już pilną i sumienną blogerką! Dziś rano dorzucając kolejne pudełko do papierowej siaty, która pęka w szwach, stwierdziłam, że to najwyższy czas na DENKO. Też tak macie, że wszystkie kosmetyki kończą się Wam w jednym czasie?! Nie rozumiem, jakim cudem, ale u mnie jest tak zawsze. Tak więc najwyższy czas zaprosić Was na nowe Denko!

img_5117

img_5118

  1. Garnier- płyn micelarny 3w1.
    Sama nie wiem, które to już moje opakowanie. Wiecie dobrze z porównania płynów micelarnych, że jest to najlepszy płyn, jaki kiedykolwiek miałam. Nie podrażnia, zmywa najlepiej na świecie i cenę ma również przyzwoitą. Co tu dużo mówić… no polecam i to bardzo. Spróbujcie koniecznie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście!
  2. Resibo- olejek do demakijażu.
    Wiele razy pojawiał się w Ulubieńcach i dopiero teraz udało mi się do zdenkować. Oznacza to tylko jedno- produkt jest niesamowicie wydajny. Szczerze powiedziawszy nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Sprawdza się idealnie i spełnia wszystkie założenia, który opisuje na stronie producent. Doskonale oczyszcza skórę, odżywia i pozostawia ją miękką i przyjemną w dotyku po demakijażu. Rozpuszcza nawet wodoodporny makijaż. Nawilża i niweluje uczucie ściągnięcia. A na dodatek skład to mieszanka naturalnych olei, o których pisałam Wam szczerzej TUTAJ. Jest serio świetny i podpisuję się pod nim pełnym imieniem i nazwiskiem. Koniecznie wypróbujcie!
  3. Evree Hand Care Max Repair- regenerujący krem do rąk.
    Nie zachwycił mnie. Na początku wydawało mi się, że całkiem dobrze sobie radzi, ale nawilżenie było tylko chwilowe. Glicerynka, moi Drodzi. Stosowałam go na noc, a rano budziłam się ze skórą już lekko ściągniętą. W lato jeszcze jako tako się dogadywaliśmy, bo moje dłonie w lato wiele do szczęścia nie potrzebują. W zimę za to permanentnie są wysuszone i potrzebuję czegoś mocniejszego. To, że ten krem się u mnie nie sprawdził, nie spowodował jednak tego, że odwróciłam się od marki Evree. Wręcz przeciwnie! Postanowiłam wypróbować odżywczy krem do rąk w różowym opakowaniu. Jak na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że widać różnicę i ten krem zdecydowanie lepiej nawilża. Na jego bardziej szczegółową recenzję musicie jeszcze trochę poczekać.
  4. Organic Shop- żelowa maseczka nawilżająca z aloesem i bambusem.
    Muszę przyznać, że bardzo miło mi się z niej korzystało. Lekka, żelowa konsystencja idealnie sprawdzała się wtedy, kiedy bardzo chciałam zrobić coś więcej dla skóry, ale nie miałam na to zbyt dużo czasu. Przemawia do mnie też poręczna, higieniczna tubka. Nie trzeba grzebać w niej paluchami i wyciskamy dokładnie tyle produktu, ile chcemy. O dziwo, była też mega wydajna. Baaaardzo długo z niej korzystałam. Skład mnie satysfakcjonuje: aloes na pierwszym miejscu, gliceryna, bambus, pantenol, trochę alkoholu, puder z korzenia dziwidła, olejek ylangowy, cynk. Jak najbardziej można zaliczyć go do szerokiej kategorii „dobrych składów”. Maska fajnie nawilża skórę. Daję uczucie rozluźnienia i działa jak chłodzący kompres, dzięki czemu zmniejsza opuchliznę i wszelkie obrzęki. Skóra po aplikacji jest fajnie napięta i ukojona. Muszę przyznać, że jak na swoją niezwykle niską cenę, jest to produkt zdecydowanie wart uwagi. Mimo swojej konsystencji, nie spływa z twarzy i po paru minutach staje się lepka. Przepiękny zapach, którego nie umiem Wam ani troszkę opisać. Ale gwarantuję, że jest świeży, lekki i przyjemny! Polecam bardzo!

    img_5119

  5. Woda termalna Uriage.
    Znamy się nie od dziś, a najlepiej dogadujemy się właśnie w lato. Stąd też ta oto pusta butelka w mojej siatce. Uwielbiam po zmyciu makijażu spsikać sobie buzię wodą termalną. Ta z Uriage pięknie koi i nawilża skórę. Fakt, że dostarcza mojej skórze niezbędnych minerałów przekonuje mnie tym bardziej, że jest to produkt, który warto wprowadzić do codziennej pielęgnacji. W lato świetnie chłodzi i przynosi ukojenie skórze. W zimę fajnie się sprawdzi jako nawilżacz przy pracujących cały dzień grzejnikach. Krótko mówiąc bardzo polecam!
  6. Make Me Bio Garden Roses- nawilżający krem do twarzy.
    Jest to już drugie moje opakowanie, a sam krem wylądował już raz w Ulubieńcach. W jego składzie nie znajdziecie siarczanów, parabenów, czy konserwantów, ale dużo naturalnych olejków (makadamia, jojoba, mango, róża). Przez to jego termin ważności co prawda się skraca, ale jeśli kupujemy go z zamiarem używania codziennie, nie będzie żadnego problemu z zużyciem go w terminie. Ja stosowałam go jako krem na noc i, jak domyślacie się już po pierwszym zdaniu, bardzo dobrze się u mnie sprawdza. Róża, w postaci hydrolatu, olejku, działa na mojej skórze cuda. Krem świetnie nawilżał skórę, nawet przy okazji kuracji kwasami. Ładnie ją regenerował i zdecydowanie zmniejszył ilość niedoskonałości, które czasem się pojawiały. Naprawdę jestem z niego zadowolona i mam zamiar sięgać po niego od czasu do czasu. Jedyny jego minus to słoiczek, z którego wygrzebywanie końcówki kremu z długimi pazurami graniczy z cudem. Wybaczam mu jednak za działanie!
  7. Idea Toscana- krem do rąk. 
    Dzięki współpracy z firmą Idea Toscana miałam możliwość przetestowania parę ich produktów. Między innymi wpadł mi w ręce właśnie ten krem. Niestety mimo tego, że większość kosmetyków tej marki się u mnie sprawdza, ten krem jakoś niespecjalnie spełnił swoje zadanie. Nie zauważyłam tak naprawdę jego działania. Nie nawilżał, nie pielęgnował i nie regenerował skóry. Niestety nie polubiliśmy się za bardzo. Zużyłam go co prawda do końca (Tak, tak, mieszkam w Poznaniu i nigdy nie wyrzucam, zanim nie zużyję :P), ale koniec końców nie polecam.
  8. Joanna z apteczki babuni- serum wygładzająco-regenerujące do końcówek włosów.
    Kupiłam kiedyś na próbę, bo kosztowało naprawdę grosze. Jest to typowe silikonowe serum do zabezpieczania końcówek. Szczerze powiedziawszy nie widzę, żeby jakoś specjalnie poprawiło kondycję moich końcówek, a wręcz mam wrażenie, że szybciej się przesuszyły. No cóż, nie kupię ponownie i szukam czegoś lepszego do pielęgnacji końcówek. Może możecie mi coś polecić? img_5120

  9.  Lactacyd- emulsja do higieny intymnej sensitive.
    Temat może dla niektórych tabu, trochę krępujący, ale dla mnie najnormalniejszy na świecie. Jeśli Cię to krępuję, przejdź od razu do kolejnego kosmetyku :). Naprawdę długo nie mogłam znaleźć dobrego żelu do higieny intymnej, który nie podrażniał by tych wrażliwych okolic i zawierałby mydła. Ten spełnia moje oczekiwania! W składzie ma kwas mlekowy, dzięki czemu nie podrażnia i bardzo delikatnie dba o okolice intymne. Bardzo polecam!
  10. Avebio- hydolat aloesowy.
    Kolejny hydrolat w mojej kolekcji, który bardzo dobrze się sprawdził. Nie mam mu nic do zarzucenia. Po demakijażu, przed nałożeniem kremu rano i wieczorem, po maseczce, zawsze dobrze się u mnie sprawdzał. Miałam nawet wrażenie, że delikatnie nawilżał moją skórę. Tani, wydajny, o bardzo subtelnym aloesowym zapachu. Czego chcieć więcej? Proszę sobie koniecznie wpisać ten hydrolat, jako kolejny w kolejce do wypróbowania! Zaraz po różanym i oczarowym. Tak właśnie radzi Higheels!
  11. Stara Mydlarnia Eco Receptura- wybielająca maseczka z witaminą C.
    Ostatni produkt na dziś! Myślałam, że nigdy się nie skończy. Używałam i używałam, a tu nic nie schodziło. No ale w końcu się udało. Bardzo podoba mi się opakowanie z pompką. Znów nie musimy brudzić paluchów w kosmetyku i dostajemy zawsze taką ilość, jaką chcemy. Maseczka ma dość mocny charakterystyczny zapach. Jakby cytrynowy, ale taki bardziej sztuczny. Generalnie jestem z niej całkiem zadowolona. Jeśli chodzi o efekt wybielający, rozjaśniający przebarwienia, to nie bardzo zauważyłam takie działanie. Natomiast jeśli chodzi o ogóle rozświetlenie, to jak najbardziej się zgadzam. Po zabiegu, skóra była super rozświetlona, jakby bardziej wypoczęta i jakby zdrowsza. Tak przynajmniej mi się wydawało! Dodatkowo zdecydowanie można było poczuć nawilżenie i ukojenie. W końcowym rozrachunku dałabym jej 3,5/5. Nie planuję ponownego zakupu, ale może kiedyś skuszę się na inny produkt  z tej serii. 

To już koniec na dziś! Mam nadzieję, że zachęciłam Wam do niektórych produktów, a przed niektórymi przestrzegłam. Przepraszam raz jeszcze na swoją nieobecność i jeszcze raz zapewniam, że nadrobię zaległości! Teraz czas umyć pędzle i uciekać załatwić milion spraw. Miłego dnia, moi Drodzy! 

Buziaki:*

HIGHEELS

Floslek masło do ciała= tani zamiennik dla The Body Shop?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dobrze wiecie, że masło z The Body Shop o zapachu mango to mój niekwestionowany Ulubieniec wszech czasów. Jak dla mnie nie ma piękniejszego zapachu i mogłabym za każdym wejściem do łazienki otwierać i wąchać właśnie to masło. No nie ma ładniejszego zapachu! Dlaczego zatem ten produkt nie gościu u mnie na półce przez cały czas? Z 3 powodów. Po pierwsze, nie chcę, żeby mi się znudził. Po drugi,e niestety mój portfel nie jest w stanie udźwignąć regularnej ceny tych maseł (65 zł za 200 ml ). A trzeci powód to dostępność kosmetyków The Body Shop. Niestety stacjonarnie trudno jest znaleźć w Polsce oryginalny sklep TBS. U mnie w Poznaniu jest jeden sklep, który oferuje ich kosmetyki, jednak nie robi on takich promocji jak właśnie TBS. Jak żyć?! Kiedyś jak byłam w Warszawie trafiłam na czas wyprzedażowy (zupełnym przypadkiem oczywiście :P) i udało mi się dostać aż 400 mililitrową pojemność tego cudeńka za jakieś 69 zł! Boże, ale byłam szczęśliwa. Niestety było to tylko raz.

Trafiłam ostatnio na masło do ciała marki Floslek właśnie o zapachu mango. Jego cena na ezebra.pl bardzo mnie zachęciła. Kosztowało coś ponad 20 zł. Pamiętam, że kiedyś miałam to masło w wersji czekoladowej i bardzo dobrze mi się sprawdzało, więc postanowiłam zaryzykować. Cena w końcu kilkukrotnie niższa niż TBS. Jak tylko kurier Mateusz dotarł z moją paczką, pierwsze co zrobiłam to je rozerwałam papier i powąchałam produkt. Niestety zawiodłam się. To nie ten zapach :(. TBS pachnie mango z lekką nutką brzoskwini. Floslek niestety pachnie też marakują. Oczywiście nie wywaliłam go za to do śmieci. Lekko zawiedziona zaczęłam używać.

img_4851

Skład może nie jest najbardziej naturalny i eko na świecie, ale naturalne oleje tam znajdziemy, na przykład: słonecznikowy, babassu, oliwa z oliwek, masło Shea. Porównując to masło do TBS na pewno różni je konsystencja. To ma zdecydowanie mniej „maślaną” konsystencję. Nie znaczy to nic innego jak to, że troszkę ciężej się rozsmarowuje. Masło z Body Shop sunie po ciele i doskonale się rozprowadza. Przy bardziej zbitej konsystencji masła z Floslek, trzeba się bardziej napracować, aczkolwiek nie nazwałabym tej czynności męczącą.

Przechodząc do kwestii ważnej, o ile nie najważniejszej, czyli do działania, na wstępie zaznaczę, że masło z The Body Shopu postawiło poprzeczkę bardzo wysoko. Nic tak nie nawilżało mojej skóry, jak właśnie ono! Tak więc do jego floslekowego odpowiednika podeszłam z rezerwą. Przyznam bez bicia, że przesadziłam, bo Floslek poradził sobie całkiem dobrze. Niestety do pięt TBS nie dorasta. Faktycznie nawilżał skórę, ale nie na długo. Stosowałam go zawsze przed pójściem spać i rano skóra była jako tako nawilżona. Niestety pod koniec dnia ewidentnie była już lekko przesuszona. W przypadku TBS nie było o czymś takim mowy. Zapach niestety też nie utrzymywał się tak długo jak w przypadku mojego Ulubieńca. Także niestety produkt nie spełnił do końca moich oczekiwań. Jako lekkie masło nawilżające dla skóry raczej normalnej, bez specjalnych skłonności do przesuszania mógłby się sprawdzić. Tym bardziej, że jego cena jest zachęcająca.

Jeśli chodzi o wydajność, Floslek znowu przegrywa. Masła z TBS starczają na baaaaardzo długo. Dzięki konsystencji, nie trzeba ich nakładać dużo i kosmetyk wystarcza na dobrych parę miesięcy. Masło z Floslek zużyłam o wiele szybciej. Nie tylko ze względu na konsystencję, ale też na to że aż tak dobrze nie działało.

Podsumowując, Moi Drodzy, pozostaję wierna masłom z The Body Shop. Może i cena masła z Floslek jest niska, może i jest bardziej dostępne, ale nie zachwyciło mnie na tyle, żeby kupić je ponownie. Niestety jak na razie nic ne zbliżyło się nawet w połowie do zapachu brzoskwini z TBS. Może Wy znacie jakiś tańszy zamiennik? Jeśli tak, koniecznie się ze mną podzielcie tą wiedzą. Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na promocję w TBS i liczyć na to, że w końcu otworzą swój sklep w Poznaniu :P.

Buziaki:*

HIGHEELS

Golden Rose BB Cream- RECENZJA!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

W mojej kosmetycznej karierze krem BB pojawił się tylko raz i był to krem BB z Garnier. Na szczęście kiedy tylko moja świadomość odnośnie składów i działania niektórych substancji dodawanych do kosmetyków wzrosła, pozbyłam się go jak najszybciej. Okropnie wysuszał mi skórę! Od tamtego czasu porzuciłam BB kremy i jeśli już, to stosowałam podkłady. Jednak będąc wielką fanką firmy Golden Rose, nie mogłam przejść obojętnie obok kremu, który cieszy się świetnymi recenzjami i jest tak często polecany. Mowa oczywiście o Golden Rose BB Cream Beauty Balm No Light

image

Jeśli chodzi o skład, to cudów nie można się tu spodziewać. Pełno silikonów i składników, których nie możemy zakwalifikować do tych „naturalnych”. Jednak aż tak mi to nie przeszkadza, bo stosuję go raz na jakiś czas, a poza tym bardziej zadziwia mnie to, jak dobrze wygląda na skórze!

Produkt ma bardzo przyjemną, lekką, aksamitną konsystencję. Rozprowadzam go zawsze palcami, bo lepiej się wtedy stapia ze skórą. Gdy robię to gąbeczką lub pędzlem (o nie!) mam wrażenie, że krem nie tworzy ze skórą integralnej całości. Mam kolor nr 02 i na początku wydawało mi się, że będzie dla mnie zbyt ciemny, ale już w momencie nakładania krem idealnie dopasowuje się do koloru mojej skóry. Jest to kolor idealny dla karnacji, która szybko się opala i z natury jest dość ciemna. Na twarzy wygląda super naturalnie! Wydaję mi się niemożliwe zrobić sobie nim krzywdę. Jest delikatny, ale jednak widać jego działanie na skórze. 

image

Co przede wszystkim mi się podoba to to, że jest to bardzo subtelny efekt. Nienawidzę efektu maski i poczucia, że mam coś ciężkiego na twarzy, co zdarza się często w przypadku niektórych podkładów. Wtedy mam ochotę zaraz po przyjściu do domu zmyć wszystko co mam na twarzy, bo czuję się po prostu brudna. W przypadku kremu z Golden Rose nie ma mowy o czymś takim. Jedna warstwa spokojnie wystarcza mi na cały dzień. Fakt, że trochę się ściera w ciągu dnia, ale moim zdaniem jest to naturalne. Krem daje mi poczucie zachowanej naturalności, co jest dla mnie naprawdę najważniejsze. Buzia zyskuje fajny młodzieńczy, promienny wygląd. Wydaję mi się, że można zauważyć delikatny blask na niej, który bardzo ładnie rozświetla zmęczoną skórę. Zawsze po nałożeniu przypudrowuję go, aby go utrwalić i zapobiec nadmiernemu świeceniu w ciągu dnia. Jedno cienka warstwa pudru starcza mi na cały dzień. Jedyne co robię, to ewentualnie zbieram w ciągu dnia nadmiar sebum chusteczką. 

image

Nie będę oszukiwać, że po pierwszym użyciu nie bardzo się polubiłam z tym kremem. Po nałożeniu jakoś za bardzo się lepił, a skóra bardzo świeciła. Nie pomógł nawet puder i twarz wyglądała po prostu źle. Okazało się, że był to efekt mojej zbyt przesuszonej skóry, która z braku wody uzupełniała braki sebum. Normalna reakcja. Szybko temu zaradziłam i od tamtej pory już takich problemów nie miałam. 

Krem w ogóle mnie nie zapchał, nie spowodował uczulenia ani wysypu pryszczy, pomimo silikonów w składzie. Cieszy mnie to niezmiernie, bo naprawdę bardzo przyjemnie mi się z niego korzysta. Kolejnym jedno niezaprzeczalnym plusem jest SPF 20 (UVA/UVB). Jeśli nie wystawiam skóry nadmiernie na słońce w ciągu dnia stosuję tylko ten krem. Jeśli jednak mam zamiar dłużej siedzieć na słońcu to ograniczam się do samego kremu z filtrem. 

Jeśli chodzi o jego krycie. Nie można porównywać go z Color Stay z Revlon lub Double Wear z Estee Lauder. Krycie jest, ale bardzo subtelne. Na cienie pod oczami i niedoskonałości radziłabym jednak korektor. Za to mogę go bardzo pochwalić za wyrównywanie kolorytu skóry. Z zaczerwieniami i przebarwieniami radzi sobie jak nikt inny. Podoba mi się też to, że nie wysusza skóry, a wręcz utrzymuje jej stałe nawilżenie w ciągu dnia. Zawsze pod niego stosuję krem nawilżający z YASE i nigdy nic się nie zważyło, ani nic z tych rzeczy. 

Krem znajdziecie na każdym stoisku Golden Rose. Z pewnością Panie pomogą Wam dobrać odpowiedni kolor. Ja się wahałam i całe szczęście, że posłuchałam rad Pani, która przekonywała mnie, że to właśnie kolor nr 02 będzie dla mnie dobry. No i strzał w dziesiątkę! Jego cena też jak najbardziej mi się podoba. 29.90 zł to według mnie cena idealna za produkt z takim a nie innym składem. Wspomnę jeszcze tylko o opakowaniu, które moim zdaniem jest świetne. Płaska, plastikowa buteleczka, z której możemy wydobyć taką ilość produktu, jaką właśnie potrzebujemy. Jest bardzo higieniczne i schludne. 

Krótko mówiąc, polecam go bardzo serdecznie! Nie sądziłam, że kiedykolwiek przekonam się do takich kremów. Stawiałam raczej na te oryginalne koreańskie z lepszymi składami, ale zawsze szkoda mi było na nie pieniędzy. Ten jak najbardziej spełnia moje wymagania. Jeśli szukacie czegoś taniego, a zarazem naprawdę dobrej jakości, to zapraszam do Golden Rose!

Buziaki:*

HIGHEELS