Resibo- krem pod oczy i jego recenzja by HIGHEELS!

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Powiem Wam, że kolejny krem pod oczy przetestowany i kolejny nie zrobił stał się moim Ulubieńcem. Czy ja w końcu trafię na taki krem? Może najpierw powiem Wam, czego oczekuję od idealnego kremu pod oczy. Przede wszystkim redukcji opuchlizny i rozjaśnienia ciemnych cieni pod oczami. Nie pogardzę też nawilżeniem. Wiem, wiem… są to duże wymagania. Tym bardziej, że rozjaśnienie worów pod oczami to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, że w dużej mierze ich kolor zależy od tego, czy dobrze sypiamy, czy dobrze się odżywiamy i od ogólnego stanu naszego zdrowia. Nadal jednak uparcie wierzę, że istnieje krem, który zaspokoi moje potrzeby. A co do kremu z Resibo

Jeśli czytacie mnie regularnie, wiecie że olejek do demakijażu polskiej marki Resibo jest moim absolutnym faworytem! Kosmetyki Resibo są w ponad 90% stworzone z naturalnych, wegańskich składników, także myślę, że spełnią wymagania wielu osób. Bardzo podoba mi się to, że gama produktów Resibo jest bardzo ograniczona. Producent oferuje raptem 7 kosmetyków, co oznacza że zdecydowanie stawiają na jakość, a nie na ilość. Ostatnio wprowadzili też na rynek nowe serum wygładzające, które po prostu muszę mieć!

Krem pod oczy ma za zadanie nawilżyć skórę, wypchnąć zmarszczki od środka, zniwelować cienie i obrzęki, rozświetlić spojrzenie i przywrócić komfort skórze. Bardzo, bardzo obiecujący opis. Oczywiście tak jak przy większości kremów pod oczy. Ważny jest skład:

Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Propanediol, Crambe Abyssinica Seed Oil, Coco Caprylate/Caprate, Glycerin, Cetearyl Olivate, Argania Spinosa Kernel Oil, Sorbitan Olivate, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopherol, Cetearyl Alcohol, Sodium Hyaluronate, Rheum Rhaponticum Root Extract, Commiphora Mukul Resin Extract, Leptospermum Scoparium Branch/Leaf Oil, Caffeine, Cucurbita Pepo Seed Extract, Ruscus Aculeatus Root Extract, Solidago Virgaurea Extract, Citrus Limon Peel Extract, Zea Mays Oil, Sesamum Indicum Seed Oil, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Hydrogenated Olive Oil, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Sucrose Palmitate, Microcrystalline Cellulose, Cellulose Gum, Xanthan Gum, Glyceryl Linoleate, Sodium Phytate, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum.

image

Dużo olejków, kofeina, troszkę gliceryna, konserwantów mało. Według mnie skład na plus. Na plus również opakowanie z pompką z jednym zastrzeżeniem. Uwielbiam takie opakowania za to, że są takie higieniczne. To z kolei ma jedną podstawową wadę- pompkę, którą trudno wymierzyć odpowiednią ilość produktu. Na początku zawsze wyciskałam go za dużo, co niestety przekładało się na jego wydajność. Później nauczyłam się dopiero z nim pracować. Jak każdy produkt Resibo, krem przychodzi do nas w papierowej, solidnej tubie. Jako 100% kobieta zawsze zwracam uwagę na opakowania i łatwo mnie nimi kupić:P (Też tak macie?). Bez ogródek mogę powiedzieć, że Resibo kupuje mnie zawsze swoimi opakowaniami.

Konsystencja kremu jest idealna, jeśli chodzi o kremy pod oczy. Nie lejąca, niezbyt zbita. Bardzo ładnie i szybko się rozprowadza i szybko wchłania. Zostawia delikatny film  na skórze, ale nie przeszkadza to, aby stosować krem też rano pod makijaż. Korektor i puder trzymają się dobrze i nie rolują w ciągu dnia. Jeśli chodzi o działanie… Przyznaję rację producentowi w kwestii nawilżenia. Osoby z suchą skórą pod oczami będą na pewno super zadowolone! Ja ma nadmierne przesuszenie nie narzekam, ale różnicę dało się odczuć już od pierwszego użycia. Nie mogę mu zarzucić, że nie redukował opuchlizny. Akurat to zadanie spełniał bardzo dobrze. Nawet po nieprzespanej nocy tragedii nie było! Oczy wyglądały na całkiem wypoczęte. Oczywiście, jeśli faktycznie nie spałam bardzo długo, nie miałam co liczyć na cud, ale tak czy siak, faktycznie pomagał. Warto dodać, że odświeżał spojrzenie. Nie wiem, jak Wam to opisać, ale przy regularnym używaniu, spojrzenie faktycznie było pełne życia. Niestety nie pomógł mi z moimi zasinieniami, dlatego też nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że produkt mnie zachwycił. Zapach miał delikatny, ale wyczuwalny. Według mnie nie był jakiś super przyjemny, ale też nie był zły. Polecam trzymać go w lodówce! Dzięki temu po pierwsze aplikacja jest przyjemniejsza, ale też działanie niwelujące opuchliznę jest mocniejsze. Takie łatwe rozwiązanie, a dopiero niedawno na to wpadłam :P.

Krem jest wydajny! Nawet biorąc pod uwagę to, że na początku nie do końca sobie z nim radziłam. Starczył mi na dobre pół roku stosowania dzień w dzień. Całe szczęście, bo jego cena jest dość wysoka (aż 89 zł). Alee.. biorąc pod uwagę skład pełny naturalnych olejków, cena nie powinna dziwić. Kupicie go w wielu drogeriach internetowych, np. w mintishop.pl.

Jeśli miałabym mu dać konkretną ocenę, dałabym 3,5/5. Odejmuję punkt za brak rozjaśnienia sińców i pół za felerną pompkę. Jest to naprawdę dość dobry krem. Chyba jeden z najlepszych jakie kiedykolwiek miałam. Na pewno rewelacyjny dla suchej skóry. Osobom borykającym się z przesuszoną skórą pod oczami serdecznie go polecam. Moich potrzeb do końca nie zaspokoił, ale też nie do końca takie było jego przeznaczenie.

No cóż, będę próbować dalej. Teraz postawiłam na tanie rozwiązanie, zobaczymy jak się sprawdzi. Planuję też znacznie poszerzyć moją kosmetyczkę o produkty Resibo. W planie mam oczywiście nowe serum i krem ultranawilżający. A Wy jakie produkty Resibo polecacie?

Buziaki:*

HIGHEELS

Odpowiednie nawilżenie skóry przy kuracji La Roche Posay Effaclar DUO!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Muszę podzielić się z Wami tymi dwoma produktami! No muszę po prostu, bo inaczej nie wytrzymam! Tak, dobrze widzicie w tytule. Jest czerwiec, a ja używam kremu z kwasem, dokładniej La Roche Posay Effaclar Duo +. Dlaczego? A no dlatego, że jeszcze jakiś miesiąc, półtora temu moja skóra się strasznie zbuntowała. Nie mam pojęcia dlaczego. Wysypało mnie na całej twarzy. Kompletnie nie mogłam sobie z tym poradzić. Zdesperowana sięgnęłam po ten krem, który już od dawna czekał na przetestowanie. Na razie nie powiem Wam o nim zbyt wiele, ale jedno mogę powiedzieć bez wahania- moja skóra się uspokoiła i zaczęła wyglądać normalnie. Wszystko Wam opiszę za jakiś czas w osobnym poście z recenzją Effaclara. Oczywiście codziennie używam kremu z filtrem i nie wystawiam się na słońce. Wszystko aby uniknąć przebarwień. Nie martwcie się :P.

Chciałam Wam jednak dzisiaj powiedzieć o dwóch produktach, które uratowały moją skórę przed nadmiernym wysuszeniem. Przy kuracji kremem z kwasem należy szczególnie zwracać na to uwagę, bo jak wiadomo kwasy wysuszają skórę. Ja postawiłam na jeden sprawdzony produkt i jeden zupełnie nowy, o którym nie wiedziałam zupełnie nic. Z obydwóch jestem mega zadowolona! Ale do rzeczy!

image

Mowa tu o kremie Garden Rose z Make Me Bio i aktywnym serum nawilżającym z Bielendy

Krem z Make Me Bio miałam już kiedyś i jako że bardzo dobrze się u mnie sprawdził postanowiłam skorzystać z niego ponownie. Po pierwsze uwielbiam jego skład. Pierwsze miejsca w nim to woda, woda różana, woda z pelargonii, olej migdałowy, olej jojoba, olej mango i olej makadamia, czyli doskonała dawka nawilżająco-regenerująca dla skóry! Dalej znajdziemy emulgatory, czyli składniki umożliwiające powstanie emulsji (Glyceryl Monostearate, Cetyl Alcohol, Cetearyl Glucoside), trochę gliceryny, Benzyl Alcohol (składnik który hamuje proces powstawania drobnoustrojów, co w przypadku kremu w słoiczku, pozbawionego parabenów, który trzeba nakładać palcem, jest plusem), kwas dehydrooctowy (konserwant, który jest dopuszczony do użytku przez instytucje certyfikujące kosmetyki naturalne, jako że jest identyczny z naturalnym) i w końcu ekstrakt z róży. Uważam, że skład można jak najbardziej ocenić, jako dobry. Ok, zgadzam się, że obecność Benzyl Alcohol, uważanego jako potencjalny alergen, nie jest najbardziej naturalnym rozwiązaniem, ale pamiętajmy, że jakoś trzeba zabezpieczyć krem przed rozwojem bakterii! Nie dajmy się zwariować! 

Jeśli chodzi o działanie to przyznaję z ręką na sercu, że krem jest rewelacyjny! Mimo obecności wielu olejków szybko się wchłania (nawet bardzo szybko), a więc jest idealny pod makijaż. Jest bardzo wydajny! A ze względu ma brak sztucznych konserwantów trzeba go zużyć w 3 miesiące, także trzeba go używać regularnie. Świetnie nawilża i koi skórę, co w przypadku kuracji kwasami jest bardzo ważne! Zapach. Pachnie dość kwiatowo. Nie jest to mój ulubiony zapach, ale przyzwyczaiłam się. Ładnie regeneruje skórę, zmniejsza zaczerwienienia i sprawia, że skóra się odpręża. Nie pozostawia na buzi wkurzającego filmu, także makijaż trzyma się bez problemu tyle co zawsze. Krem przychodzi do nas w porządnym, wykonanym z brązowego szkła słoiczku, a więc prawidłowo! Nie mogę mu zarzucić absolutnie nic!

image

Aby wzmocnić działanie kremu i jeszcze bardziej nawilżyć skórę, zdecydowałam się na zakup serum z Bielendy, czyli Super Power Mezo Serum- aktywne serum nawilżające Anti-Age. Nie czytałam o nim nic wcześniej, nie widziałam żadnej recenzji, nikt mi go nawet nie polecał. Po prostu spodobało mi się opakowanie, gdy byłam kiedyś w Hebe na zakupach. Serum znajduję się w solidnym szklanym opakowaniu z pipetkę, którą łatwo odmierzyć odpowiednią ilość produktu. Konsystencja jest raczej żelowa. Ni to płynna, ni to zbita. Serum ma przepiękny, świeży zapach. Bardzo mi przypasował. Nakładam zawsze parę kropel na cała buzię i szyję. Kosmetyk wchłania się błyskawicznie i nie pozostawia żadnego, powtarzam żadnego filmu! Tak więc mogę spokojnie nałożyć na niego wcześniej opisany krem i nic mi się na twarzy nie zważy. Jeśli chodzi o skład znajdziemy z nim przede wszystkim sporą zawartość mocno nawilżającego kwasu hialuronowego,peptydy, które pobudzają produkcje kolagenu i kwas mlekowy, który ma również zadanie nawilżyć skórę. 

Mam wrażenie, że serum niesamowicie rozświetliło moją skórę. Oczywiście poziom nawilżenia w połączeniu z kremem zmienił się diametralnie, pomimo regularnego używania kremów z kwasem. Czuć w dotyku, że skóra jest bardziej nawodniona i jędrna. Dodatkowo jest wygładzona i ukojona. Moim zdaniem to serum sprawdzi się przy każdym zabiegu z udziałem kwasów. Pozbyłam się aktualnie suchych skórek na nosie. Obydwa produkty stosuję rano i właśnie to serum szczególnie dobrze spisuje się o 7 rano. Orzeźwia skórę i daje jej energetycznego kopa. Marka Bielenda naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Jakoś wcześniej nie zwracałam na nią uwagi. Teraz zdecydowanie to się zmieni!

Podsumowując, polecam Wam serdecznie te dwa produkty. Stosowane razem działają cuda! Jeśli znacie jakieś dobre kremy nawilżające, koniecznie mi o nich napiszcie! Bardzo chętnie przetestuję coś nowego! A teraz uciekam się pouczyć, bo jutro egzamin z włoskiego.

Buziaki:*

HIGHEELS 

Sephora- maseczki do UST- czy to działa?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj na tapetę bierzemy maseczki do ust marki Sephora, o których jest ostatnio głośno w kosmetycznym świecie. Tak, tak… dobrze przeczytaliście. Maseczka do UST! 

12424912_1677344889184040_1238716733_n

Chodzi o dwa warianty innowacyjnego produktu w pielęgnacji ust. Masque levres karite i rose, czyli wersja w kolorze brzoskwiniowym z masłem shea i różowa- z olejkiem różanym. Każda z nich kosztuje 9 zł i znajdziecie w każdym sklepie stacjonarnym Sephora. Jakiś czas temu widziałam je w sklepie internetowym Sephory, ale niestety były już wyprzedane.

Jak to działa? W opakowaniu znajduje się mała płachta, kawałek materiału nasączony płynem. Dokładnie tak jak w przypadku maseczek do twarzy w płachtach. Należy ostrożnie ją wyjąć i zdjąć delikatnie folię z obydwóch stron maski. Materiał jest w kształcie ust z otworem, przez który można oddychać, a nawet mówić. Także bez obaw, Dziewczyny! 🙂 Przy zdzieraniu folii trzeba uważać, żeby nie przedrzeć materiału, bo jest on niestety bardzo delikatny. Dopasowujemy kształt maseczki do kształtu naszych ust, przyklejamy i zostawiamy na 15 minut.

image
Tak to wygląda już na ustach.

Wersja różowa z olejkiem różanym ma za zadanie nawilżyć i zmiękczyć nasze usta. Niestety ani jedno ani drugie po zabiegu się nie wydarzyło. Fakt faktem, moje usta były naprawdę dość mocno wysuszone, ale spodziewałam się chociaż minimalnego nawilżenia. Niestety zawiodłam się. Miałam wrażenie wręcz, że usta były jeszcze bardziej podrażnione. Klapa kompletna i najgorzej wydane 9 zł w życiu. Dość sceptycznie, więc, podeszłam do drugiej wersji.

Maseczka z masłem shea z kolei ma w teorii naprawić i zregenerować usta w złym stanie i dodatkowo je chronić. Jak jest w praktyce? Tutaj faktycznie poczułam, że usta w jakimś tam stopniu są nawilżone, ale niestety nie było to spektakularne nawilżenie warte 9 zł za 15 minut zabiegu. Także krótko mówiąc nie jestem zadowolona.

image

Niestety muszę przyznać, że maseczki te nie sprawdziły się u mnie i muszę przylepić im łatkę z napisem „KIT”. Nie warto według mnie wydawać tyle pieniędzy na kawałek materiału, który nie robi absolutnie nic. Szkoda pieniędzy. Za taką sumę możemy mieć co najmniej dwa produkty drogeryjne, które działają i wystarczą nam na bardzo długi okres czasu. Liczyłam chociaż na to, że maski nawilżą mi wysuszone ostatnio miejsca wokół ust, ale to też się niestety nie wydarzyło.

Podsumowując, Higheels bardzo nie poleca. Poleca za to masełka do ust Nivea, oryginalny Carmex w słoiczku lub błyszczyk powiększający usta z Dior, o którym opowiem Wam więcej w najbliższym czasie :). Dzięki, że wpadliście i miłego dnia!

Buziaki:*

HIGHEELS

Isana- kakaowe masło do ciała nie tylko do ciała!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj czas na pięknie pachnące masło do ciała (a właściwie balsam w masłowym opakowaniu) marki Isana (Body Creme Sheabutter & Kakao). Jeśli lubicie czekoladowo-kakaowy wywołujący ślinotok aromat, ten zapach jest dla Was!  Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczu- olbrzymia pojemność, bo aż 500 ml i teraz najważniejsze CENA. Otóż za tak olbrzymie opakowanie zapłaciłam… uwaga… 7 zł! Tak, to nie żart. Masło było akurat na promocji, ale w regularnej cenie tak czy siak kosztuje ok. 8,50 zł. Dostaniecie go w każdym Rossmannie i co więcej bardzo często ląduje na promocji.

image

Kolejna rzecz to naprawdę zaskakująco dobry skład jak na tak tani kosmetyk. Nie znajdziemy w nim parafiny, czy silikonów. Jest gliceryna, ale jest też masło shea na ósmym miejscu, olej kokosowy na piątym, panthenol, masło kakaowe. Jestem w szoku, bo jest na taki balsam skład jest rewelacyjny! Bardzo podoba mi się opakowanie, bo zazwyczaj w przypadku balsamów, jeśli nie rozetniemy na końcu opakowania, jakaś część produktu się marnuje. Tutaj zużywamy go do samego końca, dozując sobie taką ilość produktu jaką tylko chcemy. 

Konsystencja nie jest treściwa, ale nie jest też zbyt rzadka. Nie spływa ze skóry. Szybko się wchłania i co najważniejsze nie zostawia lepiącego filmu. Nie ma gorszego uczucia niż lepiące nogi w pościeli. No nienawidzę tego! 

image

Jeśli chodzi o działanie na skórze. Na pewno wygładza i zmiękcza skórę. Delikatnie nawilża, ale nie jest to niestety głębokie, mocne nawilżenie. Dla kogoś z bardzo suchą skórą nie wystarczy. Jednak do codziennej, rutynowej pielęgnacji spisuje się całkiem nieźle. W przypadku kiedy moja skóra była bardziej przesuszona sięgałam po inne balsamy na przykład TEN z Evree. Bardzo ładnie łagodzi podrażnienia po depilacji. Szybko koi skórę i przywraca jej równowagę. Dzięki delikatnej konsystencji bez problemu się rozprowadza. Jako balsam do ciała daję mu solidne 4/5! No i ten zapach, który utrzymuje się na skórze do rana <3!

Jednak bardziej zachwyciło się jego inne zastosowanie. Odkryłam je dzięki dziewczynom na Instagramie, za co Wam bardzo, bardzo dziękuję. A mianowicie kremuję nim włosy! Co to jest kremowanie włosów? Dokładnie to co olejowanie, tylko zamiast oleju nakładamy krem. Nie byle jaki krem, tylko taki który w swoim składzie ma właśnie oleje i nawilżające masła. Dla moich nieskoporowatych włosów olej kokosowy, masło kakaowe i shea to idealny zestaw. Nakładam krem na suche włosy i rozprowadzam grzebieniem na całej ich długości. Nakładam folię i tak sobie chodzę przez około godzinkę. Później myję włosy i… cieszę się miękkimi, nawilżonymi, gładkimi i lejącymi włosami! Powiedziałabym, że efekt jest lepszy niż po olejowaniu. A to za sprawą mixu dobroci, który znajdujemy w składzie. Włosy się nie puszą i mówię Wam- są tak niesamowicie miękkie!

Powiem szczerze, że nie spodziewałam się, że będzie to tak wielofunkcyjny produkt. Zużywam go do kremowania całego ciała i włosów, a w opakowaniu ledwo co ubywa. Dostać za taką cenę tak dobry i wydajny produkt, to naprawdę niespotykana rzecz. Polecam Wam spróbować go szczególnie na włosy! Jeśli macie takie jak ja, to na pewno się nie zawiedziecie. 
 image

Koniecznie dorwijcie go na promocji i przetestujcie! Jak nie do włosów, to jako balsam :).

Miłej soboty, Kochani!

Buziaki:*

HIGHEELS

Higheels radzi: Jak zmienić kształt paznokci na migdałki?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Całe życie piłowałam paznokcie na płasko. Myślałam, że tak moje palce wyglądają najkorzystniej. No i w ogóle nie ma wielkiej filozofii w piłowaniu paznokci w ten sposób, także było mi to na rękę (dosłownie :P). Jakiś czas temu, będąc jeszcze we Włoszech, zupełnie spontanicznie wpadłam na pomysł, żeby zmienić ich kształt. A że ostatnio wpadły mi w oko właśnie migdały, wybór padł właśnie na nie. Jak to zrobić?

Po pierwsze potrzeba czasu. Paznokcie i skórki wokół muszą się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Myślę, że musimy sobie dać na to jakieś 7/8 tygodni. Wiem, dość sporo, ale uwierzcie mi, że nawet po 2/3 tygodniach już będą zaczynały wyglądać dobrze. Poza tym WARTO! Te 7/8 tygodni to jest już taki naprawdę maksymalny czas. Daję dwutygodniową nadwyżkę, bo nie wiem przecież, jak szybko rosną Wam pazury. Mi na przykład wkurzająco baaardzo szybko, także efekty było widać naprawdę szybko. Alee spokojnie, cierpliwości!

Jak się za to zabrać? Piłować, piłować i jeszcze raz piłować. Pierwszy raz był najgorszy. Zapuściłam dość długie paznokcie w starym kształcie i zaczęłam spiłowywać po obu stronach paznokcia tak, aby otrzymać kształt taki jaki sobie wymarzyłam. Piękny, lekko zaokrąglony migdałek. Oczywiście nie wyszło mi to idealnie, a zajęło strasznie dużo czasu. Niektóre były bardziej szpiczaste, inne mniej. Postanowiłam się jednak tym nie przejmować. Zostawiłam je i po ponad tygodniu znów wróciłam do piłowania. I tak powtarzałam tę czynność przez bite 6/7 tygodni co około tydzień. Nie obcinałam paznokci nożyczkami. Tylko leciutko je skracałam pilnikiem. Najważniejsze jednak było piłowanie po bokach. Cały czas cierpliwie je zaokrąglałam, aż w końcu zaczęły wyglądać tak jakbym tego chciała. Po tym czasie nauczyłam się też równo je piłować. Już nie jest tak, że jeden albo dwa nie pasują do reszty :P. 

Powiem szczerze, że nie rozumiem dlaczego przez całe życie wybierałam paznokcie obcięte na prosto. Migdały są najlepsze na świecie! Palce wydają się dłuższe i smuklejsze. W ogóle dłonie wyglądają o wiele bardziej kobieco, wręcz seksownie, tak mi się przynajmniej wydaje. Niesamowicie mi się teraz podobają. Fakt faktem, trzeba mieć dość mocne i wytrzymałe paznokcie, bo jednak są one dłuższe niż nosiłam kiedyś. Na początku było dziwnie, ale przyzwyczaiłam się. A! I uważajcie, żeby kogoś nie podrapać, bo właśnie teraz jesteście w posiadaniu swoistej broni :P. Jeśli chodzi o to, jak wzmacniam paznokcie, to przede wszystkim muszę Wam powiedzieć niestety, że to jak się odżywiacie, ma jednak największy na nie wpływ. Także, powtórzę to, co słyszycie w każdych możliwych mass media- owoce, warzywa! Fast foodom mówimy nie ble ble ble… Resztę znacie :).

Jeśli jednak wolicie zabezpieczyć się jakimś kosmetykiem (ja na wszelki wypadek zawsze to robię), to polecam gorąco odżywkę z Golden Rose Black Diamond Hardener. Jest genialna! Nie zawiera w swoim składzie szkodliwego formaldehydu, który można często znaleźć w tego typu produktach. Jeśli nie wiecie, co to jest formaldehyd i jak wpływa on na nasze zdrowie, zapraszam na POST, który pisałam dla Was już jakiś czas temu. Tam wszystkiego się dowiecie :). Produkt z Golden Rose sprawia, że pazury są naprawdę twardsze i mocniejsze. Nie łamią się i wytrzymują znacznie więcej niż normalnie.

higheels

 A tak obecnie (no może już mniej, bo muszę na nowo je pomalować :P) wyglądają moje paznokcie. Lakier to Golden Rose Rich Color nr 106.

image

Jestem z nich niesamowicie zadowolona! O wiele bardziej mi się podobają i też ja się w nich lepiej czuję. Polecam! Teraz tylko jak zmieniam lakier delikatnie skracam je pilnikiem. Pod lakier zawsze nakładam wspomnianą odżywkę i tak wygląda moja cała pielęgnacja. Nie denerwujcie się, jeśli nie będzie Wam na początku wychodziło piłowanie. Spokojnie, nauczycie się. Ja aż miałam ciarki od tego odgłosu :P. Dajcie znać, jaki kształt Wy nosicie.

Buziaki:*

HIGHEELS