Przedłużanie rzęs- wady i zalety. Odczucia po zdjęciu.

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wiecie, że dzięki współpracy z Lush Barem w Poznaniu byłam szczęśliwą posiadaczką pięknych, naturalnie wyglądających, przedłużonych rzęs metodą objętościową. W porównaniu z moimi  był to istny kosmos! Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Co zresztą mogliście podziwiać w postaci pierwszego ever selfie na moim blogu! 😀 Teraz już rzęs nie mam i postanowiłam podzielić się z Wami moją refleksją na ten temat.

Jak wyglądał sam zabieg, jakie to były rzęsy i jakie uczucie… wszystko opisałam Wam w osobnym poście TUTAJ. Moje naturalne rzęsy może nie były jakieś mega tragiczne, ale i tak bardzo chciałam cieszyć się długimi i gęstymi. Efekt zabiegu mnie po prostu zwalił z nóg! Niesamowicie mi się podobał! Do rzęs przyzwyczaiłam się niemal od razu i nosiło mi się je bardzo dobrze. Nie było osoby, która mnie znała wcześniej i nie zauważyłaby zmiany. Niewątpliwą zaletą było to, że praktycznie się nie malowałam. Przedłużone rzęsy robiły robotę. Eyeliner, cienie, kredki… wszystko odłożyłam w kąt. Mój makijaż oka ograniczał się do wytuszowania dolnych rzęs. Niesamowita wygoda i niesamowity komfort. Uwielbiałam moje przedłużane rzęsy pod każdym względem.

image
(Przypominam moje zdjęcie PRZED zabiegiem)

image
(I moje rzęsy PO przedłużaniu)

Jak wszystko na tym świecie, nawet przedłużanie rzęs na swoje wady i zalety. Obok oczywistych i niekwestionowanych zalet, plasują się także niedogodności natury finansowej i praktycznej. Po pierwsze u mnie pierwsze kępki rzęs zaczynały zawsze wypadać po około tygodniu. Po dwóch i pół tygodnia zawsze należało je uzupełnić. To był taki optymalny czas, po którym dało się w godzinę/półtorej doprowadzić rzęsy do ładu. Tu parę zdjąć, a tu przykleić nowe. Niestety dla mnie jest to dość krótki odstęp czasu. Jestem osobą z natury dość zajętą i dwa tygodnie mijają mi jak z bicza strzelił. Tak więc wydawało mi się, że co chwilę muszę jechać na uzupełnianie. Minusem jest także odległość od salonu. Niestety mieszkam w ścisłym centrum, więc podróż w dwie strony do Lush Baru, który znajduje się na poznańskim Chartowie zajmowała mi średnio godzinkę. Niby nie dużo, ale jak dodać do tego na przykład 2,5 godziny nakładania rzęs, to praktycznie wieczór zmarnowany. 

Drugą ważną kwestią jest aspekt finansowy. Nie oszukujmy się… trzeba mieć odpowiedni budżet, żeby bawić się w przedłużanie rzęs dobrej jakości. Oczywiście, że możecie znaleźć salony, w których robi się rzęsy za nieprzyzwoicie małe pieniądze. Zgadzam się, ale pamiętajcie o tym, że liczy się przede wszystkim jakość i efekt końcowy. Mi zależało na naturalnie wyglądających rzęsach, które nie będą się błyszczały, nie będą wchodziły przede mną do pomieszczenia i będą założone w sterylnych i higienicznych warunkach. Nawet nie wiecie ilu chorób można się nabawić przez nieodpowiednie warunki sanitarne w salonach! Lush Bar jest miejscem, w którym o takie rzeczy nie musicie się martwić. Dziewczyny stawiają czystość i jakość na pierwszym miejscu. Jak wiadomo właśnie za takie rzeczy trzeba płacić. Powiem szczerze, że jak na razie moja sytuacja finansowa nie pozwala mi na takie szaleństwa, więc z ponownym nałożeniem rzęs na razie muszę się wstrzymać. Niestety…

Wspomnę Wam jeszcze o zdejmowaniu takich rzęs. A więc… zrobiłam to sama. Tak, jestem głupia. Niestety potrzebowałam bardzo pilnie, aby moje oczy wyglądały dobrze, a zapomniałam o tym, że są święta i salon będzie zamknięty. Ze względu na brak czasu, postanowiłam zaryzykować i zrobić to sama. Poczytałam trochę i stwierdziłam, że dam radę. Generalnie dałam radę, ale ucierpiały na tym trochę moje rzęsy. Muszę zaznaczyć, że gdy samoistnie wypadały mi kępki praktycznie zawsze wypadały wraz z moją naturalną rzęsą. Stworzyłam domową mieszankę, dzięki której zdjęłam rzęsy sama. Płyn micelarny, olej kokosowy, olej jojoba i olej marula. Taką mieszankę na płatek kosmetyczny i trzymałam przyciśnięte przez jakiś czas. Niektóre rzęsy zeszły od razu, sukces! Ale reszta wymagała delikatnego, a czasem mniej delikatnego tarcia. Koniec końców udało się, ale po przebudzeniu rano moje powieki były mega spuchnięte i podrażnione. Okład z lodu i korektor pomogły co prawda, ale nie polecam. Następnego dnia przy linii rzęs miałam wręcz mini strupki. Bardzo nieodpowiedzialnie, wiem. Nie zrobię tego więcej. I Wam również polecam jednak udać się do salonu, żeby ktoś kompetentny Wam to zrobił. Samo odczucie po zdjęciu… tragedia. Miałam wrażenie, że w ogóle nie mam rzęs, że oko jest małe, że spojrzenie bez wyrazu… Na szczęście po dwóch dniach zaczęłam na nowo się przywyczajać. Wróciłam też do tuszu i eyelinera!

Jak wyglądają moje rzęsy po przedłużaniu? Otóż nie najlepiej. Całkiem sporo ich wyleciało wraz z kępkami. Pewnie moje beznadziejne ściąganie się do tego również przyczyniło. Oprócz tego rzęsy są też krótsze. Mam wrażenie, że te sztuczne trochę je obciążyły i przez to te normalne nie urosły tak jak powinny. Koniec końców na razie robię przerwę od przedłużonych rzęs. Wracam do odżywki 4 Long Lashes i mam zamiar je trochę zregenerować. Ale jak tylko zdobędę odpowiednie środki i podleczę rzęsy z pewnością przedłużę je sobie nie raz, nie dwa. Generalnie polecam Wam bardzo przedłużanie rzęs, w szczególności w Lush Barze! Bądźcie pewni, że nie raz mnie tam jeszcze zobaczycie. Pamiętajcie jednak, że na taką zabawę z rzęsami potrzeba dużo czasu, cierpliwości i pieniążków!

img_5246
(Inwestycje: odżywka i nowy tusz) 

Jakie są Wasze doświadczenia w temacie przedłużania rzęs?

Buziaki:*

HIGHEELS

Przedłużanie rzęs metodą objętościową- moje wrażenia!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dobrze wiecie, że moje naturalne rzęsy nie należą do najdłuższych i najgęstszych. Zawsze chciałam móc pochwalić się pięknym, zalotnym spojrzeniem znad firanki rzęs. Niestety nigdy mi się to nie udało. Ok raz czy dwa przykleiłam sobie sztuczne, ale nie bardzo mi się to podobało :P. Od dłuższego czasu myślałam nad przedłużeniem rzęs metodą wolumetryczną. Bałam się jednak komukolwiek zaufać. Niedoświadczone dziewczyny bez kursów, ciężkie rzęsy złej jakości, nieestetyczne salony, brak zachowania odpowiednich warunków higienicznych- to wszystko oddalało mnie od zrobienia sobie rzęs. W końcu, zupełnym przypadkiem, podjęłam współpracę z salonem LUSH BAR w Poznaniu i… nie mogłam trafić lepiej! Zapytana o to, jaki zabieg mnie interesuje, od razu powiedziałam, że rzęsy! No i tak dosłownie po paru dniach mogę cieszyć się efektem dokładnie takim, jaki sobie wymarzyłam. Ale może najpierw od początku.

Co to jest ten Lush Bar? A więc jest to bardzo schludny i przyjemny salon urody, który znajduję się w Poznaniu na ulicy Chartowej 27 (swoją drogą ciche, spokojne miejsce, idealne, żeby się zrelaksować!). Prowadzą go bardzo kompetentne, przemiłe dziewczyny, które ukończyły odpowiednie kursy i są w 100% przygotowane, żeby zrobić nam paznokcie, rzęsy, brwi, woskowanie, a nawet… nitkowanie (o którym opowiem Wam w osobnym poście). Salon jest bardzo przytulny i pięknie urządzony. Dziewczyny zrobiły go dosłowne własnymi rękoma! Jest bardzo schludny, czyściutki, estetyczny, trafia każdym szczegółem w mój styl. Zostałam umówiona na poniedziałek na godzinę 17. Weszłam do salonu i zostałam przywitana przez przemiłą Edytę, która to właśnie wykonywała mi zabieg przedłużania rzęs. Jako że kompletnie się na tym nie znałam, Edyta wytłumaczyła mi co i jak, co mogę robić, czego nie mogę robić z nowymi rzęsami, że istnieje ryzyko wystąpienia uczulenia i co najważniejsze dobrała mi ich odpowiednią długość. Będąc kompletnym laikiem w tej kwestii, nie potrafiłam powiedzieć nic. Tylko to, że zależy mi na naturalnym efekcie. Chcę wydłużyć i zagęścić rzęsy, ale nie daj Boże nie mogą wyglądać sztucznie i nie mogą być zbyt ciężkie i rzucające się w oczy. Edyta dokładnie wiedziała, co będzie dla mnie najlepsze.

Wybrałyśmy metodę objętościową (Russian Lash), która polega na przyklejeniu kępek rzęs składających się z 2 d- 8 włosków do pojedynczej, naturalnej rzęsy. Kępki są stworzone z delikatnych, cieniutkich rzęs (wiem, bo mogłam je pomacać przed nałożeniem :P), którą są wykonane z włosia syntetycznego zmieszanego z jedwabiem i jakościowo są petardami! Edyta wybrała dla mnie rzęsy o długości 11. Nie za długie i nie za krótkie. Nie ukrywam, że bardzo obawiałam się efektu. Bałam się, że rzęsy będą mi przeszkadzać, że mnie uczulą, że będą wyglądały nienaturalnie… ale na szczęście nic z tych rzeczy się nie stało!

image
(Moje beznadziejne rzęsy PRZED)

Zostałam ułożona na całkiem wygodnym fotelu i poinformowana, że zabieg może trwać nawet do 3 godzin. W razie czucia dyskomfortu w kręgosłupie w pogotowiu czekał wałek pod głowę, kocyk do przykrycia itp. W Lush Barze używają sterylnych narzędzi, więc jeśli chodzi o zachowanie zasad higieny, zupełnie nie ma się o co martwić. Edyta przygotowała mnie do zabiegu, używając przyjemnych w dotyku płatków pod oczy i zabezpieczając wszystko, żeby się nie ruszyło, delikatnym plasterkiem i przystąpiła do pracy. Na szczęście okazało się, że mówiąc nie ruszam za bardzo gałką oczną, więc w ciągu trwania zabiegu mogłam swobodnie rozmawiać sobie z Edytą. Całe szczęście, bo dzięki temu zabieg minął mi bardzo szybko. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało. Okazało się, że moje rzęsy rosną w jednym rzędzie (oprócz paru wyjątków) i założenie rzęs było łatwiejsze. Po 2 godzinach z hakiem Edyta powiedziała, że kończymy! Edyta jako profesjonalistka, która kocha to co robi, pięćset razy sprawdzała czy wszystko jest okej. W momencie, w którym jedna rzęsa, jej zdaniem, dziwnie się układała, nie odpuściła, tylko postanowiła ją zdjąć i założyć od nowa, aby było perfekcyjnie! Po skończonym zabiegu Edytka zrobiła mi zdjęcia (bardzo dziękuję, wyszły super!) i dała do ręki lusterko. No nie uwierzycie, jak bardzo byłam (i jestem nadal) zachwycona! Przepiękny, naturalny efekt. Dokładnie taki, o jaki mi chodziło! Dostałam specjalny grzebyk, którym mogę rozczesywać włoski, gdyby się skleiły, więc nie mam czym się martwić. 

image
(Moje piękne rzęsy PO)

Pamiętajcie, że nie można założyć takich rzęs profesjonalnie w godzinę! Nie dajcie się nabrać na takie hasła reklamowe. Jeżeli rzęsy mają być zrobione porządnie, potrzeba do tego sporo czasu! Jeśli chodzi o cenę… nie jest to zabieg najtańszy na świecie. Kosztuje 210 zł. Co jakieś 3 tygodnie należy uzupełniać rzęsy. Koszt takiego uzupełniania to 130 zł. Same rzęsy trzymają się do 15 tygodni. Aż 3 miesiące bez malowania się tuszem i wychodzenia z domu bez makijażu! Powiem Wam, że efekt, który otrzymałam jest wart każdej, naprawdę każdej złotówki. Pamiętajcie też, że płacicie przede wszystkim za JAKOŚĆ i KOMFORT. Możecie być pewni, że dziewczyny pracują na materiałach najwyżej jakości. Nie ufajcie salonom, które oferują rzęsy za grosze. Mogą to być rzęsy kupione na bazarze. Grube i twarde, które tylko mogą Wam zaszkodzić. Jak na razie jestem 2 dni po zabiegu i odpadła mi tylko jedna rzęsa. Nie wystąpiło żadne uczulenie i wszystko wygląda tak, jak po wyjściu z salonu. Będę Was informować na bieżąco zresztą.

image
Ja cenię sobie bardzo jakość usług kosmetycznych. Przyznam się, że nie chodzę prawie nigdzie na zabiegi. Przyznaję rację Edycie, która nazwała mnie „urodową Zosią Samosią”. Po prostu boję się zaufać danemu salonowi i uważam egoistycznie, że jestem w stanie zrobić sobie sama lepiej. Cieszę się niezmiernie, że odważyłam się poddać zabiegowi w Lush Barze. Urzekło mnie w nim wszystko! Obsługa, wystrój, atmosfera, jakość usługi i sam efekt! Jestem zakochana i już teraz wiem, że wpadłam w pułapkę przedłużanych rzęs i szybko się z niej nie wydostanę. Nigdy nie miałam tak pięknego spojrzenia i takich wielkich oczu! Rzęsy w ogóle mi nie przeszkadzają. Nie czuję ich wcale na oczach! Edyta, dziękuję raz jeszcze! Przytuliłabym Cię jeszcze z milion razy za to co wyczarowałaś na moich oczach! 

image
(A tak właśnie wygląda Higheels w całej okazałości!)

Dziewczyny z Poznania i okolic, jeśli szukacie godnego polecenia i zaufania salonu, to wiecie gdzie się udać. Polecam Wam z całego serca Lush Bar! Ja na pewno zagoszczę tam nie raz nie dwa! Kuszą mnie też hybrydy <3! A Wy jakie macie doświadczenia z przedłużaniem rzęs?

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol.10!

7 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Z okazji wakacji pozwoliłam sobie na mały urlop od pisania postów :P. Ale spokojnie, wracam do Was! Teraz od kiedy Instagram stał się Snapchatem możecie liczyć też tam na krótkie relacje z mojego dnia. Zobaczymy jak to wyjdzie, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba :). Tak więc, przepraszam za przerwę i wracam do Was ze zdwojoną siłą! Siatka ze zużytymi kosmetykami pęka w szwach, a to oznacza tylko jedno- DENKOWY SZAŁ! I o ile dobrze się doliczyłam, to już dziesiąty post z tej serii! Zapraszam!

image

image

1. Alterra- szampony do włosów.

Czy ktoś mi może wyjaśnić, dlaczego odkryłam je tak późno?! Najlepsze szampony drogeryjne, jakie miałam! Przetestowałam wersję dodającą objętości dla włosów delikatnych i pozbawionych witalności z papają i stwierdzam, że jest genialna! Żałuję tylko dwóch rzeczy: małej pojemności (200ml) i lekko dziwnej, galaretowatej konsystencji, do której trzeba się po prostu przyzwyczaić, żeby nie marnować produktu. Następnym przetestowanym szamponem był ten z biotyną i kofeiną dla włosów osłabionych i przerzedzających się. Ta wersja z kolei sprawdziła się trochę gorzej, ale i tak zadowalająco. Trzecia jest z kwiatem lotosu i oliwką dla włosów farbowanych, których ja nie mam, ale oczywiście nie robi to żadnej różnicy :P. Bardzo się polubiłyśmy i umieściłabym ją na drugim miejscu w rankingu. Moje włosy po tych szamponach nie plątają się, są stosunkowo miękkie, a wraz z odżywkami i maskami to już w ogóle baja! Kupiłam je na promocji kiedy kosztowały coś ponad 5 zł (!). 5 zł za taki produkt?! Biorę!! Jeśli ich nie próbowałyście, zróbcie to koniecznie! Genialne szampony! 

2. Isana- żele do mycia ciała.

Ostatnio wzięło mnie na testy tych popularnych już żeli z Isany. Są tanie i łatwo dostępne. Kupiłam je na promocji za chyba nieco ponad 2 zł. Wybrałam: mleko i miód, Hello Spring (owocowy generalnie), borówka. Opakowanie cieszą oko, tak samo oczywiście jak widok ceny na półce :P. Jeśli chodzi o jakość, to naprawdę nie jest źle. Ładnie się pienią, są stosunkowo wydajne. Mam tylko jedno „ale”, otóż wolę generalnie żele bardziej świeże. Takie które dodadzą mi energii i po których użyciu czuję się jak świeżo narodzona. Tutaj niestety aż takiego szału nie ma. W przypadku mleka z miodem miałam wrażenie, że jestem jakby niedomyta. Nie wiem w sumie dlaczego :P. Gwoli ścisłości, potrafię się dobrze umyć, więc myślę, że jest to wina produktu :P. Polecam Wam polować na promocje i wypróbować te żele, a nuż Wam się spodobają. Ja teraz robię przerwę i poszukam czegoś orzeźwiającego.

image

3. Avebio- hydrolat oczarowy.

Pierwszy kosmetyk od Avebio i kolejny hydrolat w mojej kolekcji. Dobrze wiecie, że uwielbiam hydrolaty, a oczarowy to już w ogóle numer jeden. Ten powiem Wam, że jest w porządku. Jakiegoś większego szału nie robi, ale jest ok. Bardziej sprawdzał mi się hydrolat oczarowy z ECOSPA. Nie wiem na czym to polega, ale ECOSPA moim zdaniem lepsze. Chociaż przyznam, że obydwa dobrze odświeżają i koją skórę. Ten z ECOSPA ma po prostu, moim zdaniem, lepsze działanie antyseptyczne. Więcej pewnie go nie kupię, ale fajnie było go wypróbować :).

4. Maybelline COLORAMA- lakiery do paznokci w kolorze 06 (różowy) i 214 (miętowy).

Swojego czasu bardzo lubiłam te lakiery. Bardzo dobrze trzymają się na paznokciach i są wystarczająco kryjące. Niestety przegrywają z lakierami od Golden Rose. Po pierwsze są droższe, po drugie mają mniejszy, mniej poręczny pędzelek, a krycie suma summarum jest trochę mniejsze. Chyba zawsze będę polecać lakiery z Golden Rose. Chociaż Dziewczyny…POMOCY! Ostatnio poważnie rozważam zakup zestawy startowego do robienia hybryd. Nie wiem tylko na jaką firmę się zdecydować Semilac czy Neonail? Pomóżcie!

5. Lancome- O d’azur.

Są to perfumy, które zgapiłam chyba ze sto lat temu od mojej mamy. Uwielbiam je na zimę. Są bardzo kobiece, dość ciężkie i mega intensywne. Według mnie ten zapach jest mega seksowny i kobiecy. Domyślam się, że nie każdemu będzie pasował, ale jeśli będziecie miały okazję, koniecznie koniecznie powąchajcie go w jakieś drogerii. Polecam je bardzo, bo zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo, są trwałe i pachną tak samo przez cały dzień.

Teraz chciałabym Wam wspomnieć pokrótce o produktach, o których już kiedyś Wam pisałam, ale dopiero teraz je zdenkowałam.

image

6. ECOSPA- maska algowa peel off.

Moja pierwsza maska algowa, która od razu pojawiła się w Ulubieńcach. Świetna sprawa i świetny produkt. Będę testować też inne maski algowe. O tak! Link do Ulubieńców znajdziecie TUTAJ.

7. Eveline Advance Lumiere- serum do rzęs.

Nie wiem sama, ile opakowań już zużyłam. Polecam i zawsze polecać będę. Wytuszowane rzęsy z nałożonym wcześniej tym produktem wyglądają o niebo lepiej!

8. Bourjois Helathy Mix- podkład. 

Całkiem przyjemnie mi się z niego korzystało. Rozświetlający, lekki podkład, o którym pisałam całą recenzję TUTAJ

9. Resibo- krem pod oczy.

Fajny, fajny, ale jakiegoś większego szału nie zrobił. O nim również napisałam dla Was całego posta. Możecie przeczytać go właśnie TUTAJ

10. Essence Make Me Brow- żel do brwi.

Najlepszy żel do brwi, jaki kiedykolwiek miałam! Bardzo polecam. Sprawdza się nawet na szybko, kiedy wychodzę do sklepu i na szybko chcę poprawić brwi. Cały wpis TUTAJ!

Dooobra, oto całe denko. Patrzę teraz, że już kolejne puste opakowania wylądowały w siatce :P. To się nigdy nie kończy! 😀 Polecam Wam szczególnie szampony z Alterry. Dzisiaj w Rossmannie widziałam je w promocji. No dobra, kupiłam dwie kolejne butelki :P. Miłego wieczoru!

Buziaki:*

HIGHEELS

Depilacja laserowa vol.2 – wrażenia po pierwszym zabiegu!

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Zgodnie z Waszym życzeniem spieszę się, aby opisać Wam moje pierwsze wrażenie po pierwszym ever zabiegu depilacji laserowej. Przeżyłam! Tak na początek! Jeśli chcecie dowiedzieć się, gdzie, ile to kosztuje i ile zabiegów robię, to odsyłam Was do poprzedniego posta, w którym wszystko Wam opisałam :).

A więc po pierwsze muszę przyznać, że obsługa jest super mega miła i to uwielbiamy  tym salonie. Panie są naprawdę bardzo sympatyczne. Można z nimi porozmawiać na każdy temat (serio :P). Nie ma się tego beznadziejnego wrażenia, które czasem daje odczuć obsługa, że się jest niepotrzebnym, wręcz że się przeszkadza. Szczególnie polecam Wam Panią Dorotę! Młoda, ale bardzo kompetentna i przesympatyczna osóbka! Cały salon jest bardzo schludny. Wnętrza są bardzo przytulne, ale jednocześnie nowocześnie umeblowane. Atmosfera jest naprawdę ciepła i wcale nie myśli się o hipotetycznym bólu, który może Cię za chwilkę spotkać :P. Wchodzę z parominutowym opóźnieniem, co jest akurat normalne w salonach urody. A tu jakieś ploteczki, a tu pacjentka potrzebuje więcej czasu itp. Pani zostawia mnie samą, abym mogła się przebrać w urocze jednorazowe stringi. Później wchodzi Pani Dorota i zaczynamy. Cały zabieg trwał jakieś 30 minut. Najpierw należy ocenić kolor włosów, aby odpowiednio dobrać moc lasera. Ja na przykład usłyszałam, że mam „kolorowe bikini” i w trakcie ostrzeliwania laserem będzie trzeba zmieniać jego częstotliwość. W przypadku zabiegu depilacji laserowej bikini (głębokiego) naprawdę nie trzeba przybierać niestworzonych póz, jak na przykład podczas depilacji woskiem. Siedzimy sobie swobodnie i od czasu do czasu jesteśmy proszeni o lekkie rozchylenie nóg. Przy depilacji szpary pośladkowej leżymy na brzuchu w lekkim rozkroku. Basta. Dlatego właśnie zabieg jest bardzo komfortowy. Nie ma potrzeby wstydzenia się, czy krępowania. Panie są bardzo dyskretne i pamiętajcie, że robią to na co dzień. Według mnie powinno się je traktować na równi z lekarzem, na przykład ginekologiem. Dla nich widok gołego ciała to coś zupełnie normalnego. Poza tym, aby zwiększyć komfort zabiegu, dostajemy właśnie jednorazową bieliznę. Następnie zostałam bezceremonialne pomazana żółtym zakreślaczem, aby zaznaczyć miejsca, na których będzie się pracowało. Dostałam specjalne okulary, aby zabezpieczyć oczy przed działaniem lasera. Później w celu zmniejszenia bólu przykłada się lód i przystępuje do zabiegu.

image

Tak, wiem. Teraz najważniejsza i pewnie najbardziej interesująca Was kwestia. Ból. Nie będę oszukiwać i nie będę Was sztucznie przekonywać. Boli. Po bokach i bardziej na zewnątrz naprawdę spoko. Ból praktycznie nieodczuwalny. Najgorzej wewnątrz i na wargach. O Panieeeee! Serio bolało. Nawet mnie, a mogę się pochwalić tym, że mój próg bólu jest naprawdę bardzo wysoko postawiony. Na szczęście ból jest chwilowy. W praktyce wygląda to tak, że urządzenie zasysa skórę i wtedy strzela laserem. Czasem po prostu samo zasysanie już boli. Spokojnie, da się wytrzymać. Dostałam nawet taką gwiazdkę z miękkiego materiału do zaciskania :D. Na szczęście rozmowa podczas zabiegu z panią Dorotą ułatwiła mi przetrwanie bólu. Jeśli chodzi o szparę pośladkową to ból już jest naprawdę nieznaczny. Pamiętajcie, cały czas myślcie o efektach! Że zaraz będziecie mogły skończyć z regularną i męczącą depilacją! O taaaaak! Ból jest chwilowy. Trwa może 2 sekundy. Pani Dorota cały czas kontrolowała to jak moja skóra reaguje na laser i w razie czego zmieniała jego natężenie. Cały czas w pogotowiu miała też lód. Po pół godzinie spocona jak mysz kościelna (nie dość, że na dworze upał, to jeszcze ból i trochę stres) mogłam zejść z fotela. Pani posmarowała depilowane miejsca kremem, aby przyspieszyć gojenie i kazała obserwować to miejsce. Bezpośrednio po zabiegu było ciepłe, lekko opuchnięte i troszkę czerwone. Po dwóch dniach opuchlizna i zaczerwienienie zniknęły. Musiałam kupić w aptece maść Alantan Plus, żeby smarować depilowane miejsce  w celu szybszego zagojenia. Spokojnie, kosztowała mnie całe 6 zł :P.

Ogólne wrażenie? Bardzo na plus. Mimo tego, że faktycznie bolało. Następny zabieg za 7 tygodni, w sierpniu. W ogóle nie czuję stresu, ani oporów, aby ponownie tam iść. Bardzo podoba mi się miła atmosfera i organizacja zabiegów. Po konsultacji dostajemy kalendarzyk z miejscem na wpisanie pięciu dat. Za każdym razem Pani wpisuje kolejną. Dzięki temu nie zapomnimy o oddalonym w czasie zabiegu. Jeśli jednak ktoś by zapomniał, dostanie przypomnienie na maila i telefon dwa dni przed zabiegiem od Laser Delux, czy aby na pewno data i godzina pasują. Rewelacja! Nie było problemu nawet z tym, że moja karta odmówiła posłuszeństwa i musiałam biec do domu po gotówkę :P. Jestem naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie mogę doczekać się efektów. Następny post z tej serii napiszę Wam za jakiś czas. Wtedy dokładnie opiszę co trzeba zrobić bezpośrednio przed i po zabiegu.

Mam nadzieję, że taki post, a właściwie seria postów, przypadnie Wam do gustu! Ja wiem już teraz, że na pewno w przyszłości zdecyduję się też na pachy!

Czy któraś z Was wykonywała taki zabieg?

Buziaki:*

HIGHEELS 

Dior błyszczyk powiększający do ust- czy to działa?!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wiecie doskonale, że mam obsesje na punkcie ust/pomadek/błyszczyków i wszystkim możliwych produktów do pielęgnacji ust. Jako maniaczka tego typu kosmetyków nie mogłam przejść obojętnie obok mocno osławionego już błyszczyka marki Dior Lip Maximizer. Co to jest? A więc jest to błyszczyk powiększający usta, który dzięki zawartości kwasu hialuronowego i nie tylko zwiększą objętość ust i poprawia ukrwienie. Czy to w ogóle możliwe, żeby taki zwykły kosmetyk powiększył nam usta. Odpowiem od razu. Tak, ale nie jest to powiększenie godne operacji plastycznej. Nie liczcie na usta niczym Kylie Jenner. Powiedziałabym, że jest to bardzo subtelne ich wypełnienie. Wklejam Wam zdjęcie przed i po. Bardzo chciałam pokazać Wam różnicę, ale jest ona praktycznie nie widoczna (na zdjęciu!). W rzeczywistości można zobaczyć zmianę.

image

Może przybliżę Wam jego cenę, zapach, konsystencję i tak dalej. Niestety cena jest raczej zabójcza, bo aż 160 zł za takie opakowanie. Ja miałam szczęście, bo moja mama postanowiła sprezentować mi go pod choinkę. Jeśli chodzi o zapach jest on dość specyficzny. Według mnie jest to połączenie delikatnej mięty z wanilią. Dość kontrowersyjne, ale summa summarum przyjemne połączenia. Po jakieś minucie od aplikacji zaczynamy czuć, że kosmetyk działa, a mianowicie czuć przyjemne oziębienie i lekkie mrowienie. Spokojnie jest na tyle delikatne, że w ogóle nie przeszkadza. Konsystencja jest idealnie lepiąca jeśli chodzi o błyszczyk. Bardzo fajny sztywny i precyzyjny aplikator z gąbeczką na końcu.

image
(Dolne zdjęcie PO)

A więc kluczowe pytanie: „Czy warto?”. Nie mogę pominąć faktu, że jest to jeden z nielicznych produktów, który faktycznie odżywił i nawilżył moje usta w tak krótkim czasie. Moje usta były w opłakanym stanie. Takim, że aż piekły kiedy kładłam się spać. Nałożyłam grubą warstwę błyszczyka (tak, że usta świeciły się jak diamenciki) i poszłam spać. Rano obudziłam się z autentycznie nawilżonymi i zregenerowanymi ustami. Żaden produkt nie zadziałał nigdy tak szybko. Po dwóch aplikacjach problem zniknął całkowicie. Jestem normalnie w szoku jak dobrze Dior sprawdza się jako nawilżacz. Jeśli chodzi o powiększanie ust to szczerze powiedziawszy mam dość duże wargi, więc mega powiększenie nie jest mi potrzebne. Jednak jakieś delikatne wypełnienie jest zauważalne. Nie wiem jakby to było przy wąskich ustach. Uważam, że jest to produkt bardzo uniwersalny. I do noszenia na co dzień (przy jednej warstwie) i do pokreślenia ust na wieczór (dwie warstwy), kiedy na przykład mamy mocno zaakcentowane oczy. Przy dwóch warstwach poziom nabłyszczenia jest mocny, więc zależy jak kto lubi. Ja preferuję jednak jedną warstwę. Odpowiadając na pytanie, które sama sobie inteligentnie zadałam, nie jestem w stanie określić jednoznacznie. Z jednej strony za TAKIE nawilżenie można dać naprawdę duże pieniądze, ale czy aż 160 zł? A może jeszcze nie trafiłam na taki dobry drogeryjny nawilżacz? Chociaż mam wrażenie, że wypróbowałam już praktycznie wszystko. Niestety jeśli liczycie na efekt wielkich ust, to uważam, że nie warto. Naprawdę aż takiej różnicy nie ma. To już chyba lepiej odkładać pieniążki na wypełnienie kwasem hialuronowym w jakimś salonie urody. Szczerze Wam powiem, że opakowanie jak na produkt za 160 zł wcale tyłka nie urywa. Jest plastikowe i według mnie lekko zalatuje tandetą. Naprawdę mogli bardziej się postarać. Fakt faktem, że wydajny jest. Mam go od końca grudnia, używam regularnie i jeszcze sporo mi go zostało. Mam nadzieję, że bez problemu uda się wydobyć końcówkę produktu z dna opakowania, bo jeśli nie to Higheels będzie bardzo zła! Także powiem Wam, polecam jeśli chodzi o nawilżenie. Jako powiększacz ust, to już mniej!

Ciekawa jestem, czy ktoś z Wam go używał i czy ma podobne uczucia. Czekam na Wasze opinie! Pada i pada w Poznaniu, a ja czekam aż przestanie i spadam biegać. Ostatnio się w to mega wkręciłam. Nareszcie pokonałam barierę nienawiści do tego sportu, która powstała w gimnazjum :P. Biegacie?

Buziaki:*
HIGHEELS