Resibo- krem pod oczy i jego recenzja by HIGHEELS!

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Powiem Wam, że kolejny krem pod oczy przetestowany i kolejny nie zrobił stał się moim Ulubieńcem. Czy ja w końcu trafię na taki krem? Może najpierw powiem Wam, czego oczekuję od idealnego kremu pod oczy. Przede wszystkim redukcji opuchlizny i rozjaśnienia ciemnych cieni pod oczami. Nie pogardzę też nawilżeniem. Wiem, wiem… są to duże wymagania. Tym bardziej, że rozjaśnienie worów pod oczami to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, że w dużej mierze ich kolor zależy od tego, czy dobrze sypiamy, czy dobrze się odżywiamy i od ogólnego stanu naszego zdrowia. Nadal jednak uparcie wierzę, że istnieje krem, który zaspokoi moje potrzeby. A co do kremu z Resibo

Jeśli czytacie mnie regularnie, wiecie że olejek do demakijażu polskiej marki Resibo jest moim absolutnym faworytem! Kosmetyki Resibo są w ponad 90% stworzone z naturalnych, wegańskich składników, także myślę, że spełnią wymagania wielu osób. Bardzo podoba mi się to, że gama produktów Resibo jest bardzo ograniczona. Producent oferuje raptem 7 kosmetyków, co oznacza że zdecydowanie stawiają na jakość, a nie na ilość. Ostatnio wprowadzili też na rynek nowe serum wygładzające, które po prostu muszę mieć!

Krem pod oczy ma za zadanie nawilżyć skórę, wypchnąć zmarszczki od środka, zniwelować cienie i obrzęki, rozświetlić spojrzenie i przywrócić komfort skórze. Bardzo, bardzo obiecujący opis. Oczywiście tak jak przy większości kremów pod oczy. Ważny jest skład:

Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Propanediol, Crambe Abyssinica Seed Oil, Coco Caprylate/Caprate, Glycerin, Cetearyl Olivate, Argania Spinosa Kernel Oil, Sorbitan Olivate, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopherol, Cetearyl Alcohol, Sodium Hyaluronate, Rheum Rhaponticum Root Extract, Commiphora Mukul Resin Extract, Leptospermum Scoparium Branch/Leaf Oil, Caffeine, Cucurbita Pepo Seed Extract, Ruscus Aculeatus Root Extract, Solidago Virgaurea Extract, Citrus Limon Peel Extract, Zea Mays Oil, Sesamum Indicum Seed Oil, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Hydrogenated Olive Oil, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Sucrose Palmitate, Microcrystalline Cellulose, Cellulose Gum, Xanthan Gum, Glyceryl Linoleate, Sodium Phytate, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum.

image

Dużo olejków, kofeina, troszkę gliceryna, konserwantów mało. Według mnie skład na plus. Na plus również opakowanie z pompką z jednym zastrzeżeniem. Uwielbiam takie opakowania za to, że są takie higieniczne. To z kolei ma jedną podstawową wadę- pompkę, którą trudno wymierzyć odpowiednią ilość produktu. Na początku zawsze wyciskałam go za dużo, co niestety przekładało się na jego wydajność. Później nauczyłam się dopiero z nim pracować. Jak każdy produkt Resibo, krem przychodzi do nas w papierowej, solidnej tubie. Jako 100% kobieta zawsze zwracam uwagę na opakowania i łatwo mnie nimi kupić:P (Też tak macie?). Bez ogródek mogę powiedzieć, że Resibo kupuje mnie zawsze swoimi opakowaniami.

Konsystencja kremu jest idealna, jeśli chodzi o kremy pod oczy. Nie lejąca, niezbyt zbita. Bardzo ładnie i szybko się rozprowadza i szybko wchłania. Zostawia delikatny film  na skórze, ale nie przeszkadza to, aby stosować krem też rano pod makijaż. Korektor i puder trzymają się dobrze i nie rolują w ciągu dnia. Jeśli chodzi o działanie… Przyznaję rację producentowi w kwestii nawilżenia. Osoby z suchą skórą pod oczami będą na pewno super zadowolone! Ja ma nadmierne przesuszenie nie narzekam, ale różnicę dało się odczuć już od pierwszego użycia. Nie mogę mu zarzucić, że nie redukował opuchlizny. Akurat to zadanie spełniał bardzo dobrze. Nawet po nieprzespanej nocy tragedii nie było! Oczy wyglądały na całkiem wypoczęte. Oczywiście, jeśli faktycznie nie spałam bardzo długo, nie miałam co liczyć na cud, ale tak czy siak, faktycznie pomagał. Warto dodać, że odświeżał spojrzenie. Nie wiem, jak Wam to opisać, ale przy regularnym używaniu, spojrzenie faktycznie było pełne życia. Niestety nie pomógł mi z moimi zasinieniami, dlatego też nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że produkt mnie zachwycił. Zapach miał delikatny, ale wyczuwalny. Według mnie nie był jakiś super przyjemny, ale też nie był zły. Polecam trzymać go w lodówce! Dzięki temu po pierwsze aplikacja jest przyjemniejsza, ale też działanie niwelujące opuchliznę jest mocniejsze. Takie łatwe rozwiązanie, a dopiero niedawno na to wpadłam :P.

Krem jest wydajny! Nawet biorąc pod uwagę to, że na początku nie do końca sobie z nim radziłam. Starczył mi na dobre pół roku stosowania dzień w dzień. Całe szczęście, bo jego cena jest dość wysoka (aż 89 zł). Alee.. biorąc pod uwagę skład pełny naturalnych olejków, cena nie powinna dziwić. Kupicie go w wielu drogeriach internetowych, np. w mintishop.pl.

Jeśli miałabym mu dać konkretną ocenę, dałabym 3,5/5. Odejmuję punkt za brak rozjaśnienia sińców i pół za felerną pompkę. Jest to naprawdę dość dobry krem. Chyba jeden z najlepszych jakie kiedykolwiek miałam. Na pewno rewelacyjny dla suchej skóry. Osobom borykającym się z przesuszoną skórą pod oczami serdecznie go polecam. Moich potrzeb do końca nie zaspokoił, ale też nie do końca takie było jego przeznaczenie.

No cóż, będę próbować dalej. Teraz postawiłam na tanie rozwiązanie, zobaczymy jak się sprawdzi. Planuję też znacznie poszerzyć moją kosmetyczkę o produkty Resibo. W planie mam oczywiście nowe serum i krem ultranawilżający. A Wy jakie produkty Resibo polecacie?

Buziaki:*

HIGHEELS

Odpowiednie nawilżenie skóry przy kuracji La Roche Posay Effaclar DUO!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Muszę podzielić się z Wami tymi dwoma produktami! No muszę po prostu, bo inaczej nie wytrzymam! Tak, dobrze widzicie w tytule. Jest czerwiec, a ja używam kremu z kwasem, dokładniej La Roche Posay Effaclar Duo +. Dlaczego? A no dlatego, że jeszcze jakiś miesiąc, półtora temu moja skóra się strasznie zbuntowała. Nie mam pojęcia dlaczego. Wysypało mnie na całej twarzy. Kompletnie nie mogłam sobie z tym poradzić. Zdesperowana sięgnęłam po ten krem, który już od dawna czekał na przetestowanie. Na razie nie powiem Wam o nim zbyt wiele, ale jedno mogę powiedzieć bez wahania- moja skóra się uspokoiła i zaczęła wyglądać normalnie. Wszystko Wam opiszę za jakiś czas w osobnym poście z recenzją Effaclara. Oczywiście codziennie używam kremu z filtrem i nie wystawiam się na słońce. Wszystko aby uniknąć przebarwień. Nie martwcie się :P.

Chciałam Wam jednak dzisiaj powiedzieć o dwóch produktach, które uratowały moją skórę przed nadmiernym wysuszeniem. Przy kuracji kremem z kwasem należy szczególnie zwracać na to uwagę, bo jak wiadomo kwasy wysuszają skórę. Ja postawiłam na jeden sprawdzony produkt i jeden zupełnie nowy, o którym nie wiedziałam zupełnie nic. Z obydwóch jestem mega zadowolona! Ale do rzeczy!

image

Mowa tu o kremie Garden Rose z Make Me Bio i aktywnym serum nawilżającym z Bielendy

Krem z Make Me Bio miałam już kiedyś i jako że bardzo dobrze się u mnie sprawdził postanowiłam skorzystać z niego ponownie. Po pierwsze uwielbiam jego skład. Pierwsze miejsca w nim to woda, woda różana, woda z pelargonii, olej migdałowy, olej jojoba, olej mango i olej makadamia, czyli doskonała dawka nawilżająco-regenerująca dla skóry! Dalej znajdziemy emulgatory, czyli składniki umożliwiające powstanie emulsji (Glyceryl Monostearate, Cetyl Alcohol, Cetearyl Glucoside), trochę gliceryny, Benzyl Alcohol (składnik który hamuje proces powstawania drobnoustrojów, co w przypadku kremu w słoiczku, pozbawionego parabenów, który trzeba nakładać palcem, jest plusem), kwas dehydrooctowy (konserwant, który jest dopuszczony do użytku przez instytucje certyfikujące kosmetyki naturalne, jako że jest identyczny z naturalnym) i w końcu ekstrakt z róży. Uważam, że skład można jak najbardziej ocenić, jako dobry. Ok, zgadzam się, że obecność Benzyl Alcohol, uważanego jako potencjalny alergen, nie jest najbardziej naturalnym rozwiązaniem, ale pamiętajmy, że jakoś trzeba zabezpieczyć krem przed rozwojem bakterii! Nie dajmy się zwariować! 

Jeśli chodzi o działanie to przyznaję z ręką na sercu, że krem jest rewelacyjny! Mimo obecności wielu olejków szybko się wchłania (nawet bardzo szybko), a więc jest idealny pod makijaż. Jest bardzo wydajny! A ze względu ma brak sztucznych konserwantów trzeba go zużyć w 3 miesiące, także trzeba go używać regularnie. Świetnie nawilża i koi skórę, co w przypadku kuracji kwasami jest bardzo ważne! Zapach. Pachnie dość kwiatowo. Nie jest to mój ulubiony zapach, ale przyzwyczaiłam się. Ładnie regeneruje skórę, zmniejsza zaczerwienienia i sprawia, że skóra się odpręża. Nie pozostawia na buzi wkurzającego filmu, także makijaż trzyma się bez problemu tyle co zawsze. Krem przychodzi do nas w porządnym, wykonanym z brązowego szkła słoiczku, a więc prawidłowo! Nie mogę mu zarzucić absolutnie nic!

image

Aby wzmocnić działanie kremu i jeszcze bardziej nawilżyć skórę, zdecydowałam się na zakup serum z Bielendy, czyli Super Power Mezo Serum- aktywne serum nawilżające Anti-Age. Nie czytałam o nim nic wcześniej, nie widziałam żadnej recenzji, nikt mi go nawet nie polecał. Po prostu spodobało mi się opakowanie, gdy byłam kiedyś w Hebe na zakupach. Serum znajduję się w solidnym szklanym opakowaniu z pipetkę, którą łatwo odmierzyć odpowiednią ilość produktu. Konsystencja jest raczej żelowa. Ni to płynna, ni to zbita. Serum ma przepiękny, świeży zapach. Bardzo mi przypasował. Nakładam zawsze parę kropel na cała buzię i szyję. Kosmetyk wchłania się błyskawicznie i nie pozostawia żadnego, powtarzam żadnego filmu! Tak więc mogę spokojnie nałożyć na niego wcześniej opisany krem i nic mi się na twarzy nie zważy. Jeśli chodzi o skład znajdziemy z nim przede wszystkim sporą zawartość mocno nawilżającego kwasu hialuronowego,peptydy, które pobudzają produkcje kolagenu i kwas mlekowy, który ma również zadanie nawilżyć skórę. 

Mam wrażenie, że serum niesamowicie rozświetliło moją skórę. Oczywiście poziom nawilżenia w połączeniu z kremem zmienił się diametralnie, pomimo regularnego używania kremów z kwasem. Czuć w dotyku, że skóra jest bardziej nawodniona i jędrna. Dodatkowo jest wygładzona i ukojona. Moim zdaniem to serum sprawdzi się przy każdym zabiegu z udziałem kwasów. Pozbyłam się aktualnie suchych skórek na nosie. Obydwa produkty stosuję rano i właśnie to serum szczególnie dobrze spisuje się o 7 rano. Orzeźwia skórę i daje jej energetycznego kopa. Marka Bielenda naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Jakoś wcześniej nie zwracałam na nią uwagi. Teraz zdecydowanie to się zmieni!

Podsumowując, polecam Wam serdecznie te dwa produkty. Stosowane razem działają cuda! Jeśli znacie jakieś dobre kremy nawilżające, koniecznie mi o nich napiszcie! Bardzo chętnie przetestuję coś nowego! A teraz uciekam się pouczyć, bo jutro egzamin z włoskiego.

Buziaki:*

HIGHEELS 

Nowość! Golden Rose LONGSTAY LIQUID MATTE LIPSTICK- matowe pomadki w płynie!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Na wstępie przepraszam, że tak późno pojawia się ten post. Od kiedy zaczęłam pracować tak na poważnie ciężko mi wygenerować w ciągu dnia czas na bloga. Postaram się dla Was z całych sił, żeby posty były publikowane co najmniej dwa razy w tygodniu! Nie mogę w końcu zawieźć moich Czytelników :D.

Tak jak zapowiadałam dziś czas na wpis o pomadkach, czyli zdecydowanie jeden z moich ulubionych tematów. Zadałam Wam zagadkę na Instagramie i Facebooku związaną z firmą pomadki, o którą mi chodzi. Większość z Was odpowiedziała poprawie. Chodzi oczywiście o nowe, a już osławione płynne matowe pomadki z Golden Rose, czyli Longstay Liquid Matte Lipstick!

image

Dobrze wiecie, że Golden Rose to zdecydowanie moja ulubiona marka, jeśli chodzi o produkty do ust ( i nie tylko!),dlatego nie mogłam przejść obojętnie obok takiej nowości. Wiem, że ta pomadka została wprowadzona na rynek już jakiś czas temu, ale czekałam z postem aż zakupię i przetestuję kolor, na którym mi najbardziej zależało, a który był po prostu wyprzedany. Wcześniej zaopatrzyłam się w nr 5, czyli pierwszą w mojej pomadkowej kolekcji wiśnię. Nie super ciemną, ale jednak najciemniejsza jaką mam. Kolor, za którym czekałam, to oczywiście 3, czyli brudny róż nude- tak, myślę, że to właściwy opis :P. W świetle słonecznym widać, że 3 ma malutkie drobinki, ale na ustach absolutnie ich nie widać. Na wszelki wypadek od razu pokazuję Wam swatche!

image
(5 po lewek, 3 po prawej)

Kolory bardzo przypadły mi do gustu! Obydwa kolory bardzo ładnie wybielają mi zęby. Szczególnie piątka, której z początku się trochę bałam, a okazała się po prostu hitem! Przepięknie prezentuje się na ustach. Na wieczór na imprezę jest idealna! Kolor nr 3 z kolei z powodzeniem można nosić na co dzień. Pokażę Wam też jak prezentują się na ustach. Najpierw 5, później 3.

image
(Niestety na zdjęciu kolor nie wyszedł idealnie taki jak w rzeczywistości. Sugerujcie się raczej swatchem na ręce ze zdjęcia powyżej)

image

Opakowanie pomadek jest bardzo solidnie wykonane, co mnie szczególnie cieszy, bo zdążyły pospadać mi na ziemię już z milion razy. Fajnie, że już patrząc na opakowanie wiemy, jaki to kolor. Nie trzeba otwierać, żeby sprawdzić. Bardzo podoba mi się aplikator! Jest giętki i bardzo precyzyjny, ale jednocześnie miękki i milutki w dotyku. Aplikacja jest łatwa i przyjemna. W prosty sposób możemy obrysować kontur ust. Moja rada nr 1: nakładajcie na usta naprawdę minimalną warstwę produktu! Pomadki są bardzo dobrze napigmentowane, więc wystarczy dosłownie odrobina, żeby pokryć całe usta. Nie zrobi nam się przy tym skorupa, która jest typowa przy nadmiarze matowych produktów na ustach. Taki produkt nałożony w małej ilości wygląda po prostu lepiej. I moja  rada nr 2: nie dokładajcie jej! Jeśli pomadka zejdzie w połowie warto zmyć ją całą i nałożyć jeszcze raz, a nie dokładać kolejną warstwę. Ponownie unikniemy efektu skorupki.

image

Przejdźmy do trwałości. A więc pomadki są naprawdę, naprawdę meeeeega trwałe. Porównując je do matowych kredek z Golden Rose są trwalsze o dobrych parę godzin więcej. Trójka ściera się bardzo równomiernie, więc nie ma co się martwić. Piątka z kolei, jako że jest zdecydowanie ciemniejsza, gorzej wygląda gdy się ściera. Widać ciemniejszy kontur przy krawędziach ust, gdy zjada się od środka, ale z drugiej strony trzyma się dłużej w nienaruszonym stanie niż trójeczka. Obydwie plusują u mnie swoją trwałością. Formuła jest idealnie zbilansowana. Nie jest zbyt wodnista, ani zbyt kremowa, więc naprawdę dobrze się ją rozprowadza. 

Ważne, że pomadki nie wysuszają ust i nie podkreślają suchych skórek. Moje usta są bardzo podatne na wysuszenia, także taka informacja cieszy mnie podwójnie. Pomadka po aplikacji zastyga bardzo szybko, dosłownie w jakieś 45 sekund. Są tak trwałe, że czasem muszę się pobawić płynem micelarnym, żeby do końca je zmyć z ust! 

Podsumowując, muszę przyznać, że są to najlepsze matowe pomadki w płynie jakie miałam. Zmiotły z podium nawet Rouge Edition Velvet z Bourjois! I to nie tylko za sprawą formuły i działania, ale też za sprawą ceny. Pomadka z Golden Rose kosztuje 19,90 zł! Porównując również zapach kosmetyku, pomadki Bourjois bardzo intensywnie i nieprzyjemnie pachną. Te z kolei również mają mocny zapach, ale jakoś bardziej mi on odpowiada.

Jako maniaczka produktów do ust z wieloletnim stażem mówię Wam, musicie je mieć! Jestem przekonana, że będziecie zadowolone! Cena, krycie, konsystencja, aplikator, trwałość- wszystko na plus. Zdecydowanie mój hit ostatnich miesięcy! Tym miłym akcentem żegnam się z Wami, życząc Wam miłej niedzieli! 

Buziaki:*

HIGHEELS

Drugie urodziny Higheels! Pierwszy konkurs!

25 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

To już drugie urodziny Higheels! Nie mogę uwierzyć, że ten czas tak szybko zleciał! Jeszcze niedawno pisałam pierwszego posta i zastanawiałam się, czy ktokolwiek go kiedykolwiek przeczyta :P! A teraz jesteście WY! Czytelnicy, którym chciałabym przede wszystkim bardzo, bardzo podziękować! Gdyby nie Wy, prawdopodobnie już dawno rzuciłabym to. Strasznie mnie cieszy każdy Wasz komentarz, czy polubienie. Nie ważne czy tu, czy na Instagramie czy Facebooku. Dodajecie mi zawsze tyyyyyle siły! Prowadzenie tego bloga to moja pasja, która na pewno tak szybko nie wygaśnie. Chcę to robić i będę to robić dalej. A Wam jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję :*. 

konkurs-blog

Z okazji urodzin postanowiłam przygotować dla Was konkurs! Tak, konkurs! Pierwszy na moim blogu i na pewno nie ostatni! Nagrodą są kosmetyki, które sama przetestowałam i wielokrotnie polecałam plus dorzucam też małą niespodziankę. Także jest o co powalczyć! Każdy może wygrać i każdemu z Was nagroda się należy :). Niestety nie jestem w stanie nagrodzić wszystkich, dlatego zestaw nagród wygra tylko jedna osoba. Co musicie zrobić? Nic prostszego! 

  1. Zostaw komentarz pod tym wpisem z odpowiedzią na jedno proste, a może nawet dla niektórych bardzo trudne pytanie: „Bez jakiego kosmetyku nie wyobrażasz sobie życia i dlaczego?” Czy to będzie zwykłe mydło, czy tusz do rzęs Wasza sprawa! Zostawiam Wam pole do popisu. Wybiorę najciekawszą, najbardziej kreatywną, godną według mnie nagrody odpowiedź z uzasadnieniem. Do dzieła! Pamiętaj, zawsze masz szansę wygrać!
  2. Będzie mi bardzo miło, jeśli polubisz mnie na Facebooku i/lub zaobserwujesz mnie na Instagramie! Nie jest to jednak warunek konieczny, bo wiem przecież, że niektórzy z Was nie mają na przykład konta na Insta. A będzie mi miło, bo uwielbiam mieć z Wami ciągły kontakt, rozmawiać z Wami, dowiadywać się różnych rzeczy i pytać o porady, kiedy sama czegoś nie wiem.

Wszystko! Tylko dwa podpunkty! Nie bój się, nie będę nikogo faworyzować. Zwycięzcę wybiorę razem ze specjalnie powołaną do tego komisją :). 

Co można wygrać? Co obejmuje nagroda?

Mam nadzieję, że nagrody przypadną Wam do gustu! Na komentarze czekam do piątku (20.05.2016), a w sobotę rano (21.05.2016) tutaj na blogu podam nazwisko zwycięzcy. Do dzieła!

Buziaki:*

HIGHEELS

Regulamin konkursu:

– Organizatorem konkursu jest blog www.higheels.pl prowadzony przeze mnie, a więc Basię Warczyńską. 
– Konkurs odbywa się tutaj na blogu (www.higheels.pl).
– Konkurs trwa od 14.05.2016 od chwili publikacji posta na blogu, aż do 20.05 do godziny 23:59. 
– W konkursie może wziąć udział każda osoba posiadająca dostęp do Internetu i adres e-mail.
– Osoba biorąca udział w konkursie oświadcza, że jest pełnoletnia lub działa pod nadzorem pełnoprawnego opiekuna.
– Aby wziąć udział w konkursie należy zostawić komentarz z odpowiedzią i uzasadnieniem na pytanie: „Bez jakiego kosmetyku nie wyobrażasz sobie życia i dlaczego?”. 
– Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie treści komentarza przez komisję konkursową. Wybór nie będzie losowy. O wyborze zdecyduje- wartość merytoryczna treści odpowiedzi.
– Zwyciężyć może tylko jedna osoba. Nagroda jest tylko jedna.
– Do wygrania jest zestaw nowych kosmetyków o łącznej wartości ponad 120 zł. 
– Każdy uczestnik może dodać tylko jeden komentarz z odpowiedzią na pytanie konkursowe.
– Nie można wymieniać nagrody rzeczowej na jej wartość pieniężną u organizatora. 
– Nagroda zostanie wysłana do Zwycięzcy przez Pocztę Polską na koszt Organizatora.
– Adres do wysyłki zostanie uzgodniony za pośrednictwem korespondencji mailowej po ogłoszeniu wyników. Organizator skontaktuje się ze Zwycięzcą na adres e-mail podany podczas zamieszczania komentarza. 
– Zwycięzca zostanie ogłoszony w poście tutaj na blogu (www.higheels.pl).
– Każda osoba biorąca udział w zabawie oświadcza, że zapoznała się z treścią regulaminu i w pełni ją akceptuje. 

Nowość! Maska Biovax Bambus & Olej Awokado- HIT czy KIT?

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj czas na recenzję kolejnej już maski firmy Biovax. Jak wiecie uwielbiam te maski! Są to w ogóle pierwsze produkty tego typu, które zaczęłam używać na swoich włosach. Na początku zakochałam się w wersji mlecznej, później była ta z keratyną, a na końcu z olejami. Z resztą odsyłam Was do jednego z pierwszych moich postów, w którym właśnie o tych maskach się rozpisywałam :). Jak tylko na rynku kosmetycznym pojawiła się wersja Biovax Bambus & Olej awokado wiedziałam, że musi ona zostać przeze mnie przetestowana! 

Jeśli chodzi o skład to nie znajdziemy tutaj żadnych silikonów, co jest wielkim plusem. Nie ma też gliceryny, a więc puszenie włosów mamy z głowy. Jest za to glikol, jako humektant. Co to humektant? Jest to sobie substancja, która ma zdolność do zatrzymywania wody z otoczenia. Posłuży zatem, jako nawilżacz włosów. Są też emolienty, które mają za zadanie wygładzić i chronić nasze włosy.

image

Zadaniem tej maski jest intensywna regeneracja włosów i zarazem ich pogrubienie i zagęszczenie. Maska ma naprawić uszkodzenia włosa na całej jego długości, nawet na końcówkach (w to to chyba raczej nikt nie jest w stanie uwierzyć). Włosy przy regularnym stosowaniu mają stać się sprężyste, odżywione i lśniące. Cebulki mają być dotlenione, odżywione i dzięki temu producent gwarantuje porost nowych, gęstszych i mocniejszych włosów. Brzmi idealnie, praktycznie jak każdy opis produktu do włosów :P. Jak jest naprawdę?

Zacznijmy od aplikacji. Standardowo po myciu nakładam maskę, grzebieniem rozprowadzając ją na całej długości włosów. Konsystencja jest na tyle aksamitna i zbita, że łatwo się ją nakłada i nie spływa z włosów. Nakładam czepek foliowy dołączony do każdego opakowania masek Biovax i zawijam wszystko ręcznikiem. Czasem jeszcze dodatkowo podgrzewam suszarką, żeby otworzyć łuski włosa i ułatwić produktowi wniknięcie w głąb włosa. I tak sobie chodzę w takim turbanie w przedziale czasowym od 30 minut do godziny. Zmywam letnią wodą, aby zamknąć końcówki i gotowe. Maskę stosuję 1 lub 2 w tygodniu.

image
(Maska ma miętowy kolor!)

Czy widać efekty? JAK NAJBARDZIEJ! Bardzo się polubiłam z tym produktem. Moje włosy nawet po szybkim piętnastominutowym SPA właśnie z nią stają się lśniące, gładkie i wyglądają przepięknie! Przy regularnym stosowaniu zauważyłam wysyp baby hair! Są wszędzie i zaczynają mnie już wkurzać :P. Gołym okiem widać, że włosy są bardziej odżywione i ich kondycja się zdecydowanie polepszyła. Są tak bardzo mięciutkie! Widzę też dużą różnicę w poziomie ich nawilżenia. Nie można stosować jej jednak zbyt często, aby nie obciążyć włosów lub ich nie przeemolientować, co może prowadzić do puszenia. Przynajmniej w przypadku moich włosów. Aplikacja raz lub dwa w tygodniu jak najbardziej im odpowiada. Czy włosy są gęstsze? Wydaję mi się, że tak. Oczywiście nie jest to efekt niczym z reklamy Pantene, ale jednak coś tam się zmieniło na lepsze :P. 

Muszę wspomnieć o jednej jedynej rzeczy, która mnie irytuje, a mianowicie dość mocny, intensywny zapach. Jest całkiem przyjemny, ale utrzymuje się na włosach przez cały dzień a nawet dłużej! Także czasami mam już go po prostu dość. Ale jeśli chodzi o zapachy to, jak wiadomo, jest to kwestia subiektywna.

Nie ma co, kolejna maska od Biovax i kolejny HIT! Moje włosy uwielbiają te maski! Warto dodać, że stosunek jakości do ceny tych produktów zabija, bo jedna maska 200 ml kosztuję na promocji jakieś 12 zł, a efekty są widoczne już po paru użyciach. Są to też produkty bardzo wydajne. Ja swoją stosuję regularnie już ponad dwa miesiące i jestem w połowie. Po raz kolejny z czystym sumieniem polecam te maski! 🙂

Przepraszam jeszcze raz za to, że mało się ostatnio udzielałam. Będzie lepiej, obiecuję! W sobotę szykujcie się na wieeeeelką niespodziankę. Będzie to coś, czego jeszcze u mnie na blogu nie było ;).

Buziaki:*

HIGHEELS