Minimalizm kosmetyczny – filozofia Higheels

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj trochę nietypowo. Chciałabym poruszyć jeden, ważny dla mnie temat, do którego przygotowuję się już od paru miesięcy. Zainspirowała mnie do napisania tego posta słynna promocja -49% w Rossmannie. Jakiś czas temu strasznie popularna stała się filozofia minimalizmu kosmetycznego, która polega oczywiście na tym, aby w swojej kolekcji kosmetyków zarówno pielęgnacyjnych, jak i kolorowych posiadać jak najmniejszą ilość produktów. Chodzi o to, aby być w stanie zużyć je do końca i nie wyrzucać ich później, bo zorientujemy się, że od dwóch lat są po terminie ważności. 

image

Nie będę ukrywać, że sama kiedyś miałam w swojej kolekcji olbrzymią ilość różnych kosmetyków. Nie wyrzucałam ich, bo było mi ich po prostu żal. Cały czas powtarzałam sobie, że kiedyś jeszcze na pewno ich użyję. Do zmian zainspirował mnie filmik jednej z vlogerek urodowych, w którym brutalnie na oczach widzów wyrzuciła połowę swoich kosmetyków, bo były one przeterminowane lub po prostu stwierdziła, że nigdy w życiu ich już nie użyje. Przejrzałam na oczy i sama postanowiłam zrobić radykalny przegląd mojej kosmetyczki. Co zauważyłam? 3 otwarte kremy, pootwierane olejki, których nie wiem czemu nie używałam, jakieś balsamy, paletki cieni z Avonu, które kupiłam jeszcze w liceum, pojedyncze cienie, stare, dawno zapomniane błyszczyki, nieużywane róże… tragedia. Przestraszyłam się tego, ile pieniędzy na te wszystkie rzeczy wydałam i ile z nich się zmarnowało. Postanowiłam to zrobić i „oczyścić” moją kosmetyczkę. 

Kosmetyki, które nadawały się jeszcze do użytku, ale z jakiś powodów z nich nie korzystałam, bo zły kolor, bo nie sprawdzały się u mnie, bo mi się znudziły, rozdałam koleżankom. Korzyść jak najbardziej obustronna. One dostały za darmo kosmetyki do testowania, a ja stałam się lżejsza o parę produktów i nie musiałam ich wyrzucać do kosza. Zero wyrzutów sumienia. Zostałam nauczona w domu rodzinnym tego, aby nie marnować rzeczy. To samo tyczy się jedzenia. Kupuję tyle, ile jestem w stanie zjeść. Nie znoszę, kiedy ktoś wyrzuca jedzenie, kiedy wiem, że niektórzy prawdopodobnie zabiliby za to, żeby mieć możliwość zjedzenia takiego serka do smarowania na przykład. Niestety niektóre kosmetyki dawno już przekroczyły swój termin ważności, więc z bólem serca, ale determinacją i rozsądkiem w głowie, zrobiłam to i po prostu je wyrzuciłam. Szczerze? Poczułam się lepiej.

Teraz staram się kupować kosmetyki rozsądnie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych zbiór produktów, który posiadam już jest zbyt duży. Prowadzę jednak bloga kosmetycznego i jest to moja pasja, także uważam że jestem w jakiś tam sposób usprawiedliwiona. Według mnie mój zbiór kosmetyków pielęgnacyjnych i kolorowych, w myśl filozofii minimalizmu, jest akceptowalny. Nie będę oszukiwać, zdarza mi się kupić coś nadprogramowo. Zdarzają się sytuacje, w których zamiast jednego eyelinera mam dwa lub trzy. Z własnej głupoty, bo tu zapomniałam wziąć ze sobą na wyjazd, a tu skusiła mnie promocja i okazuje się, że muszę na gwałt zużywać kolejny korektor, bo zaraz skończy mu się data przydatności. Kompletnie bez sensu. Teraz normalnie jeśli widzę, że coś szybko muszę zużyć, odczuwam stres :P. 

Zakupy kosmetyczne staram się robić zawsze rozsądnie. Najczęściej robię je przez internet, żeby nie wchodzić bezmyślnie do drogerii i nie dać się skusić na promocje. Oczywiście nie jestem święta i nie jestem wzorem do naśladowania, bo czasami ulegnę i kupię coś, co wiem że nie jest mi absolutnie niezbędne. Tyczy się to najczęściej produktów do ust. Na nie niestety choruję i uwielbiam mieć dużą gamę kolorystyczną do wyboru.

Mówiłam, że zostałam zainspirowana do napisania tego posta przez promocję w Rossmannie. Zauważyłam, że stało się to wręcz pewnym wydarzeniem kulturowym :P. Dziewczyny już od rana czekają, aby zdobyć upragnione kosmetyki w cenie o połowę niższej niż ta regularna. I dobrze, bo w końcu dlaczego przepłacać? Gorzej jednak jeśli, omamione promocją, kupują dziesiąty podkład, piętnastą szminkę i dwudziesty ósmy lakier do paznokci. Nie ukrywajmy, że półki w Rossmannie już w drugi dzień promocji są opustoszałe, a więc o czymś to świadczy. Sama mam zamiar skorzystać z promocji, ale chcę kupić tylko JEDEN eyeliner i nic więcej. A nawet ten zakup jeszcze muszę przemyśleć, bo eyeliner mam. Warto pamiętać, że promocję zdarzają się zawsze, a przez internet często można kupić przez cały rok kosmetyki w rewelacyjnych cenach. Takich jak te promocyjne. 

Absolutnie nie mam zamiaru nikogo krytykować :). Każdy robi to, co uważa za słuszne. Może jednak mój post zainspiruje kogoś do zmian i do przemyślenia tego, czy naprawdę potrzebujemy w swoim życiu tylu lakierów do paznokci. Czy nie lepiej zbierać na coś innego? A może za te wszystkie wydane pieniądze mogłabyś już dawno kupić upragnioną paletkę cieni z Urban Decay lub meteoryty z Guerlain? 

Koniecznie dajcie znać, jak to jest u Was z kosmetykami! Miłej niedzieli 🙂

Buziaki:*

HIGHEELS