Denkowy szał vol. 8!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Czy kiedykolwiek wyjdzie słońce?! Jeszcze tydzień i depresja u Higheels murowana. Nie poddaję się jednak i piszę dla Was NOWEGO POSTA. Jestem w szoku, ile produktów udało mi się zużyć w ostatnim czasie! Właśnie zerkam do mojej siatki z opakowaniami i nie dowierzam, ile pudełek od kosmetyków makijażowych w niej leży! Oznacza to tylko jedno- denko makijażowe zrobię osobno. Tak, pierwszy raz na moim blogu :D. Dzisiaj jednak zapraszam Was na standardowy Projekt Denko kosmetyków raczej pielęgnacyjnych. Dziś aż 10 produktów, ale nie martwcie się, bo niektóre już dobrze znacie.

image

image

1. Vichy, Normaderm, żel głęboko oczyszczający. 

Ten produkt jest mega, super, hiper wydajny! Nie da się go zużyć w czasie, który przewiduje producent. Na szczęście nie zmienia swoich właściwości po upływie daty ważności, dlatego spokojnie można zużywać go do końca. Używałam go przez dobrych parę lat i byłam z niego pozornie zadowolona na początku. Później jednak zauważyłam, że moja skóra nadmiernie się błyszczy. Okazało się, że płyn ten bardzo mocno ją wysuszał. Nie powiedziałabym, że oczyścił głęboko moją skórę. Może faktycznie zwęził pory i zredukował ilość wyprysków. Po myciu jednak skóra była tępa, kiedy przejeżdżałam po niej palcem. Była zbyt czysta! Naturalna warstwa ochronna sebum nie istniała! Ten żel wysuszał ją wręcz drastycznie. Zaczęłam stosować go rzadziej, ale tak czy siak nadal ją wysuszał. Przy myciu baaaardzo się pienił, co oczywiście zawdzięczamy obecności Sodium Laureth Sulfate (sławne SLS) w składzie. Nie mówię o tym, że jak dostał się do oczy, to je po prostu wypalał. Fakt faktem zmywał nawet najcięższy podkład, ale dziękuję bardzo za takie wysuszenie! Dodatkowo jest drogi… Podsumowując, nie polecam go. 

2. Vichy Capital Soleil SPF 50.

Chyba nie muszę Wam mówić, że jest to mój ulubiony krem z filtrem! Widać to chociażby po Denkach i Ulubieńcach. Kolejne opakowanie, tym razem SPF 50, wylądowało w koszu. Uwielbiam go i na pewno nie zrezygnuję z niego szybko. Teraz w kosmetyczce stoi świeżo otwarta wersja SPF 30. Jeśli jeszcze go nie próbowaliście, to zachęcam gorąco!

3. Surowe masło shea z zrobsobiekrem.pl.

Zużywałam je bardzo długo, ale z wielką przyjemnością. Przydawało się praktycznie do wszystkiego. Do wysuszonych miejsc (łokcie, pięty, skórki przy paznokciach). Po regulacji brwi, aby czerwone miejsca szybciej zniknęły. Po depilacji, żeby złagodzić skórę. Użyteczne również przy hennie brwi do natłuszczania przed nałożeniem henny. Bardzo dobrze mieć w kosmetyczce taki uniwersalny produkt. Przyda Wam się do wszystkiego, a wcale nie jest drogi. Teraz zastępują go u mnie oleje: kokosowy, jojoba, ale na pewno kiedyś do niego wrócę. 

4. Sylveco, lekki krem brzozowy.

Uważam, że jest to jeden z lepszych kosmetyków marki Sylveco. Bardzo dobrze sprawdził się u mnie w okresie letnim i jesiennym. Nakładałam go zawsze rano na czystą skórę twarzy. Bardzo higieniczne opakowanie z pompką, takie jakie lubię najbardziej. Lekka konsystencja, która wchłania się w mgnieniu oka. Zapach średni, ale nie o to przecież chodzi. Pod makijaż nadawał się idealnie. Ładnie nawilżał skórę w ciągu dnia. Nie było to jakieś spektakularne nawilżenie, ale na tamten okres mi starczyło. Skład całkiem, całkiem. Olej z pestek winogron, olej sojowy, masło shea, olej arganowy na pierwszych miejscach. Faktycznie jest też alkohol, ale nie zauważyłam, żeby jakoś negatywnie wpłynął na skórę. Nie zapchał mnie, ani nie podrażnił. Z czystym sumieniem go polecam. W okresie letnim na pewno zagości u mnie jeszcze nie raz.

image

5. LaciBios femina.

Jest to żel do codziennej pielęgnacji okolic intymnych. Stosowałam go zawsze po depilacji bikini, aby złagodzić podrażnienia. Gdzieś, kiedyś słyszałam, że działa. Niestety średnio. Niby coś tam złagodził, ale liczyłam na więcej. Jeśli słyszałyście o produkcie, który sprawdzi się w tej roli, dajcie mi koniecznie znać! Tego kosmetyku niestety nie polecam.

6. Sylveco, lniana maska do włosów.

Napisałam dla Was kiedyś post o pierwszych wrażeniach po uzyciu tej maski. Możecie poczytać o nich TUTAJ. Niestety moje zdanie za bardzo się nie zmieniło w tej kwestii. Konsystencja tej maski jest baaardzo dziwna. Niby płynna (aż za bardzo), ale taka jakby piankowa. Strasznie, ale to strasznie plątała mi włosy. Nie mogłam ich rozczesać po nałożeniu, ale tez po spłukaniu nie było lepiej. Po zabiegu włosy bardzo napuszone, jakieś takie nieułożone. W dotyku nie były wcale lepsze. Ani to miękkie, ani lejące, ani nawilżone. Próbowałam uzywać ją na różne sposoby. Na początku, zgodnie z zaleceniami producenta, czyli na umyte włosy i spłukać po 2 minutach albo przed umyciem jako kompres pozostawiony na pół godziny. Pierwszy sposób dodatkowo jakoś obciążał mi włosy. Drugi sposób trochę lepiej, bo nie obciążał, ale z drugiej strony jakoś dziwnie je puszył. No nie polubiłyśmy się. Na pewno nie nawilżyła moich włosów, a wręcz mam wrażenie, że były po niej jakieś suche. Nie widziałam żadnej poprawy w wyglądzie i kondycji włosów. Niestety muszę powiedzieć, że jest to totalny bubel.

7. Purederm, Botanical Choice, plastry na nos.

Kiedyś plastry z tej firmy z olejkiem herbacianym trafiły u mnie do Ulubieńców. Z tych z kolei jestem średnio zadowolona. Nie pomagały mi za bardzo. Ledwo widziałam jakiekolwiek efekty po ich zastosowaniu. Nie zasuszały też wyprysków, które czasem się u mnie zdarzyły, tak jak ich poprzednicy z herbatą. Miałam wrażenie, że nakładam je zupełnie na darmo. Tak dla sportu, a to przecież nie o to chodzi. Nie kupię ich już więcej, tym bardziej, że widziałam że w Hebe są strasznie drogie. Moje opakowanie dostałam kiedyś w Biedronce za nieco ponad 7 zł.

image

8. Vaseline, Intensive care, Essential Healing Lotion, balsam nawilżający.  

Na razie koniec narzekania :P. Między mną, a tym balsamem zaiskrzyło. Polubiliśmy się szczególnie w lato. Z początku używał go tylko mój narzeczony, ale w końcu i ja się do niego przekonałam. Pięknie pchnie, dość szybko się wchłania i całkiem, całkiem nawilża. Ładnie napina skórę i dodaje jej blasku, co jest efektem pożądanym szczególnie latem. Jest mega wydajny! Taka mała pojemność starczyła nam na naprawdę długi czas. Całe szczęście nie pozostawiał lepkiego filmu, który doprowadza mnie do szału, kiedy jest gorąco. Naprawdę zaplusował u mnie!

9. Gillette for Women, Satin Care with a touch of Olay, pianka – żel do golenia dla kobiet.

Pierwszy raz miałam do czynienia z żelem, który zamieniał się w piankę. Serio! Powiem szczerze, że bardzo mi się to spodobało! Produkt jest super wydajny! Pozornie ma się wrażenie, że potrzeba go sporo, ale wystarczy dosłownie odrobinka. Nawet dla długich nóg! Nie wiem jakim sposobem, ale coś w stylu cudownego rozmnożenia chyba :P. Nie wysuszał skóry, a nawet po depilacji była bardzo przyjemnie nawilżona, mięciutka i miła w dotyku. Maszynka gładko sunęła po skórze, nie było z tym żadnego problemu. Zapach jak najbardziej przypadł mi do gustu. Jedynym jej minusem jest wysoka cena (19 zł). Teraz szukam czegoś równie dobrego w lepszej cenie. Mam już coś na oku, ale na razie nic Wam nie powiem :P. Mimo wszystko uważam, że na różnych promocjach warto go kupić i spróbować.  

10. Cetaphil, krem intensywnie nawilżający. 

Ostatni produkt i znów trochę narzekania. A co mi tam :P. Wiem, że wiele osób (w tym lekarze) polecają go, jako świetny środek nawilżający. Uważam, że faktycznie całkiem dobrze nawilża, ale jakim kosztem! On się nigdy nie wchłania! Nawet po nocy zostawał jakiś taki klejący film na skórze. Nie ma mowy o stosowaniu go na dzień. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Tak jakby skóra była wiecznie brudna, poklejona i tłusta. Oj bardzo nie lubię czegoś takiego. Ciężko się też rozprowadzał pomimo dość lekkiej konsystencji. Muszę mu oddać, że jest bardzo wydajny, jednak jest to nieliczna z jego zalet. Cena też nie zachęca, jak w przypadku większości kosmetyków marki Cetaphil. No nie jest to krem dla mnie. Zupełnie się nie sprawdził. Po którymś użyciu zapchał mnie, co mi się praktycznie nie zdarza. Także bez wyrzutów sumienia, nie polecam Wam go.

Tak się prezentuje moje ósme już denko na blogu. Życzę Wam miłego wtorku! Jeśli tylko macie ochotę, napiszcie co Wam udało się ostatnio zdenkować. Zapraszam na mojego Facebooka i Instagrama!

Buziaki:*

HIGHEELS

Najlepsi w styczniu i w lutym!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Nareszcie marzec, nareszcie wiosna! Mam już dosyć zimna i ponurej aury. Ostatnio sporo nowości pojawiło się u mnie (temat na oddzielny post :D) i wiele z nich zdecydowanie przypadło mi do gustu. Bez zbędnego przedłużania zapraszam do lektury!

higheels-ulubiency-00

higheels-ulubiency-02

1. Mgiełka do ciała z Bath&Body Works o zapachu świeżej bawełny.

Po raz kolejny zaufałam naszym, polskim youtuberkom i po raz kolejny się nie zawiodłam! Przecudowny, świeży zapach, który utrzymuje się zaskakująco długo. Daje uczucie czystości, świeżości i (przynajmniej u mnie) takiego porządku wewnętrznego. Nie wiem, czy ktokolwiek wie, o co mi chodzi :P. Mgiełka jest meeega wydajna. Mam wrażenie, że w ogóle jej nie ubywa. W cenie regularnej jest dość droga, ale warto czekać na promocję, bo moja butelka kosztowała 40 zł za 236 ml (serio 236?!). Kupiłam jeszcze jeden zapach, ale jeszcze nie używałam, także dam znać później jak się sprawdził. Jestem kolejną już osobą, która  z czystym sumieniem może polecić tę mgiełkę.

2. Masło do ciała z The Body Shop o zapachu jagodowym.

Kupiłam na Allegro, bo niestety u mnie w mieście nie ma TBS. Zapach nie powalił mnie na kolana. Masełko pachnie przyjemnie, ale jak dla mnie nie ma tam jagody. Produkt jest dość wydajny i bardzo fajnie rozprowadza się po ciele. A jeśli chodzi o działanie? Co tu dużo mówić… jest naprawdę SUPER. Rano budzimy się z idealnie nawilżoną, mięciutką skórą, która na dodatek pięknie pachnie. Kosmetyk szybko się wchłania i w ogóle się nie klei. Uwielbiam te masła! W zapasie mam jeszcze mango i nie mogę się doczekać, kiedy je otworzę. TBS może się pochwalić także dość naturalnym składem kosmetyków. W tym konkretnym maśle mamy wysoko w składzie masło Shea i masło kakaowe. Bardzo polecam również polować na nie na promocjach.

3. Serum wzmacniające A+E L’biotica Biovax.

Cudo! Aplikuję jedną pompkę na końcówki włosów zaraz po myciu często dodając do niego kroplę lub dwie oleju z pestek śliwek. Moje włosy uwielbiają ten duet! Końcówki są wygładzone, nawilżone i dodatkowo się błyszczą. Włosy są zdrowe i wyglądają o niebo lepiej. Nie można tutaj nie wspomnieć o cudownym zapachu, którego po prostu ubóstwiam! Serum hamuje rozdwajanie się końcówek włosów i zapobiega też nadmiernej łamliwości. Na razie jestem świeżo po wizycie u fryzjera, a więc pozbyłam się rozdwojonych końcówek, ale mam nadzieję, że Biovax pomoże mi utrzymać ten stan. Według mnie kosmetyk jest bardzo wydajny i zdecydowanie wart wypróbowania.

higheels-ulubiency-03

4. Oczyszczające plastry na nos z Botanical Choice.

Kupiłam jakiś czas temu w Biedronce za niecałe 8 zł. Nigdy nie wierzyłam, że takie plasterki działają, więc mega się zdziwiłam jak zobaczyłam efekty po pierwszym użyciu. Jeden plasterek usuwa praktycznie wszystkie małe zaskórniki otwarte. Te większe niestety nie wszystkie, ale i tak efekt jest zadowalający. Plastry zawierają też ekstrakt z drzewa herbacianego, który wspomaga leczenie stanów zapalnych i działa bakteriobójczo. Zauważyłam też znaczne zmniejszenie ilości zaskórników i zmniejszone pory (ale możliwe, że to zasługa też innych kosmetyków). Nie wiem tylko, gdzie można je dostać, bo w Biedronce już ich nie ma. Koniecznie spróbujcie, naprawdę warto!

5. Matujący puder Stay Matte z Rimmel.

Kupiłam go przypadkiem za ok. 20 zł, kiedy się okazało, że nie wzięłam ze sobą na wyjazd mojego pudru bambusowego z Biochemii Urody. Mój kolor to 001 Transparent. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona. Pięknie matuje skórę i trzyma się na niej praktycznie cały dzień. Nie zapycha. Nie zbiera się w załamaniach i wygląda bardzo naturalne. Jest bardzo wydajny. Skład nie jest idealny, ale też nie można powiedzieć, że jest zły. Nakładam go najczęściej gąbeczką, rzadziej pędzlem. Pachnie przyjemnie, ale bardzo delikatnie. Robi wszystko to, co zwykły puder matujący powinien robić. Polecam!

higheels-ulubiency-04

6. Korektor do brwi Art Scenic z Eveline.

Jest to po prostu brązowy żel do brwi. Nie mam pojęcia, czemu nazwali go korektorem. Fajnie rozczesuje brwi, delikatnie wypełnia i utrwala na cały dzień. Używam go po wypełnieniu brwi kredką i jestem bardzo zadowolona. Ładny brązowy kolor, na pewno nie rudy. Godny polecenia i tani, bo tylko 12 zł. 

7. Zalotka z Rucci Professional.

Dorwałam ją przypadkiem w TKMaxxie. Zachwyciła mnie swoim wyglądem. No czy ten kolor nie jest prześliczny?! Bardzo wygodna w użyciu. Idealnie łapie moje rzęsy. Łatwo się ją czyści dzięki silikonowemu paskowi. Nie ma co dużo mówić, po prostu ładna i dobra.

8. Grzebyk do rzęs z Inglota.

Niesamowicie przydatny gadżet! Często jak kończył mi się tusz, to sklejał mi rzęsy i nie miałam czym ich rozczesywać. Czasem próbowałam szpilką (serio?!) i jak sobie uświadomiłam, jak bardzo jestem głupia, postanowiłam kupić właśnie ten rozczesywacz. Ładnie rozczesuje rzęsy, szybko się go myje. Można wykorzystać także do brwi. Same zalety. Gorąco polecam, na pewno się przyda!

To już wszyscy moi Ulubieńcy. Dajcie znać koniecznie, co u Was się ostatnio sprawdziło.

Buziaki:*

HIGHEELS