Sephora- maseczki do UST- czy to działa?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj na tapetę bierzemy maseczki do ust marki Sephora, o których jest ostatnio głośno w kosmetycznym świecie. Tak, tak… dobrze przeczytaliście. Maseczka do UST! 

12424912_1677344889184040_1238716733_n

Chodzi o dwa warianty innowacyjnego produktu w pielęgnacji ust. Masque levres karite i rose, czyli wersja w kolorze brzoskwiniowym z masłem shea i różowa- z olejkiem różanym. Każda z nich kosztuje 9 zł i znajdziecie w każdym sklepie stacjonarnym Sephora. Jakiś czas temu widziałam je w sklepie internetowym Sephory, ale niestety były już wyprzedane.

Jak to działa? W opakowaniu znajduje się mała płachta, kawałek materiału nasączony płynem. Dokładnie tak jak w przypadku maseczek do twarzy w płachtach. Należy ostrożnie ją wyjąć i zdjąć delikatnie folię z obydwóch stron maski. Materiał jest w kształcie ust z otworem, przez który można oddychać, a nawet mówić. Także bez obaw, Dziewczyny! 🙂 Przy zdzieraniu folii trzeba uważać, żeby nie przedrzeć materiału, bo jest on niestety bardzo delikatny. Dopasowujemy kształt maseczki do kształtu naszych ust, przyklejamy i zostawiamy na 15 minut.

image
Tak to wygląda już na ustach.

Wersja różowa z olejkiem różanym ma za zadanie nawilżyć i zmiękczyć nasze usta. Niestety ani jedno ani drugie po zabiegu się nie wydarzyło. Fakt faktem, moje usta były naprawdę dość mocno wysuszone, ale spodziewałam się chociaż minimalnego nawilżenia. Niestety zawiodłam się. Miałam wrażenie wręcz, że usta były jeszcze bardziej podrażnione. Klapa kompletna i najgorzej wydane 9 zł w życiu. Dość sceptycznie, więc, podeszłam do drugiej wersji.

Maseczka z masłem shea z kolei ma w teorii naprawić i zregenerować usta w złym stanie i dodatkowo je chronić. Jak jest w praktyce? Tutaj faktycznie poczułam, że usta w jakimś tam stopniu są nawilżone, ale niestety nie było to spektakularne nawilżenie warte 9 zł za 15 minut zabiegu. Także krótko mówiąc nie jestem zadowolona.

image

Niestety muszę przyznać, że maseczki te nie sprawdziły się u mnie i muszę przylepić im łatkę z napisem „KIT”. Nie warto według mnie wydawać tyle pieniędzy na kawałek materiału, który nie robi absolutnie nic. Szkoda pieniędzy. Za taką sumę możemy mieć co najmniej dwa produkty drogeryjne, które działają i wystarczą nam na bardzo długi okres czasu. Liczyłam chociaż na to, że maski nawilżą mi wysuszone ostatnio miejsca wokół ust, ale to też się niestety nie wydarzyło.

Podsumowując, Higheels bardzo nie poleca. Poleca za to masełka do ust Nivea, oryginalny Carmex w słoiczku lub błyszczyk powiększający usta z Dior, o którym opowiem Wam więcej w najbliższym czasie :). Dzięki, że wpadliście i miłego dnia!

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol.6!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przed wyjazdem starałam się wykończyć jak najwięcej kosmetyków, żeby się nie zmarnowały, dlatego też mam dla Was dzisiaj kolejną już odsłonę Projektu Denko! Jest to jeden z moich ulubionych wpisów :). Przygotowałam dla Was dzisiaj 9 mini recenzji przeróżnych kosmetyków. 3 buble, 5 super produktów i jeden bardzo dobry. Zapraszam!

image

image

1. Sylveco tonik hibiskusowy.

Ten produkt nie skradł mojego serca. Ma dziwny zapach i dziwną konsystencję. Niby lejący, ale trochę żelowaty. Niestety nie robi zupełnie nic na twarzy. Ani jakoś szczególnie nie odświeża, wręcz mam wrażenie, że skóra się po nim klei. Ani nie odżywia. Zużyłam go do końca, ale naprawdę nie przypadł mi do gustu. Nie polecam i nie kupię go drugi raz.

2. The Bomb Cosmetics Strawberry Fields.

Myjący peeling pod prysznic. Dostałam go na jakąś okazję. Sama bym go sobie w życiu nie kupiła, bo takie opakowanie kosztuje prawie 40 zł! Pachnie pięknie, jak guma balonowa. Niestety w         działaniu wcale nie jest taki dobry. Ma mało drobinek peelingujących, więc tak naprawdę jest to zwykłe masło pod prysznic. Nie nawilża jakoś spektakularnie. Jedyne co jest fajne, to piana, która się robi. Moim zdaniem jest to beznadziejny peeling, a nawet uznając go za masło pod prysznic nie jest jakiś super. Nie jest wart swojej ceny i na pewno nie kupię go ponownie.

3. Biochemia urody, olejek myjący pomarańczowy.

Pisałam Wam o tym produkcie nie raz nie dwa. Uwielbiam go i właśnie skończyłam kolejną buteleczkę. Możecie o nim poczytać TU :P. Teraz pochwalę się, że mam coś lepszego, co w swoim działaniu przebija nawet ten olejek! Czekajcie na recenzję!

4. Olej z pestek śliwek.

Niestety musiałam wyrzucić resztkę tego olejku, bo już termin ważności mu upłynął :(. Bardzo go lubię i używam najczęściej do pielęgnacji końcówek włosów. Przepięknie pachnie marcepanem. A z kolei o pielęgancji naturalnymi olejami pisałam Wam o TUTAJ.

image

5. Neutrogena pomadka do ust.

Czy Was też wkurza, że wykręcanej pomadki nie da się normalnie zużyć do końca? Na samym końcu jest jeszcze pełno produktu i trzeba go wygrzebywać palcem. Ja niestety nie bawiłam się już dłużej z tą pomadką, bo naprawdę ciężko się ją rozsmarowywało. Nie jestem w stu procentach zadowolona z tego produktu. Troszkę nawilżał, ale rewelacji nie było. Zdecydowanie wolę na przykład masełka Nivea lub Carmex w słoiczku.

6. Eveline Advance Volumiere- skoncentrowane serum do rzęs 3 w 1.

Bardzo fajny kosmetyk! Maluję nim rzęsy przed nałożeniem tuszu i uwierzcie mi, że wyglądają o wiele lepiej! Są dłuższe i wydaje mi się, że bardziej gęste. Wytuszowane rzęsy prezentują się o niebo lepiej. Jednak nie jest to odżywka, która tak jak na przykład Long4Lashes sprawi, że to będzie długotrwały efekt i rzęsy zaczną rosnąć jak szalone. Nie, nie, nie. Jest to raczej tylko baza pod tusz. Kupiłam ją właśnie z taką myślą o używaniu pod tusz do rzęs i to zadanie wykonuje perfekcyjnie! Jest tania, bo w regularnej cenie kosztuję 11 zł. Ma bardzo wygodną silikonową szczoteczkę. Takie lubię najbardziej. Tusz trzyma się dzięki niej o wiele dłużej! Nie kruszy się i jest przez cały czas tak samo czarny. Gorąco polecam!

7. Spirulina z zróbsobiekrem.pl.

To małe śmierdzące cudeńko pojawiło się już kiedyś w Ulubieńcach. Jest to jedna z lepszych maseczek, jakich kiedykolwiek używałam. Robię z nią najróżniejsze mieszanki. Dodaję na przykład trochę hydrolatu, kilka kropel jakiegoś olejku (ostatnio marula) i kilka kropel kwasu hialuronowego 1% i GOTOWE! Genialnie oczyszcza skórę! Ściąga ją i zmniejsza pory. Dodatkowo rozjaśnia. Cudowna maseczka! Fakt, że śmierdzi okrutnie. Przynajmniej na początku, bo potem się już przyzwyczaiłam i już mi aż tak to nie przeszkadzało. Polecam ją każdemu, bo naprawdę działa cuda!

8. Benefit- They’re real!

Kolejne puste opakowanie mojej ukochanej maskary ląduje w kosztu :(. Uwielbiam ją za wszystko! Za szczoteczkę, kolor, trwałość, wydłużenie, pogrubienie, opakowanie! Tylko czemu jesteś taka droga?!

9. Kredka do brwi Catrice Brow Stylist.

Ostatnio był wpis o moim ulubionym sposobie na podkreślenie brwi, w którym pisałam Wam, że te kredki są mega wydajne. A więc teraz skończyłam właśnie jedną, którą kupiłam ponad rok temu! Nie są drogie, a są rewelacyjne. Kto potrzebuje fajnego i taniego produktu do podkreślenia brwi, niech szybciutko biegnie do Natury, bo kredki są świetne!

No dobrze, to już całe moje denko. Zabrakło mi jednego opakowania, żeby dobić do standardowej ilości dziesięciu kosmetyków. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Ciekawa jestem, co Wy ostatnio zużyłyście?

Buziaki:*

HIGHEELS

Kosmetyczne buble, buble i jeszcze raz buble!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj będzie duuuużo narzekania. Ale co tam, czasem można :P. Od czasu do czasu trafiają mi się kosmetyki, które absolutnie się u mnie nie sprawdzają. Mimo tego staram się zużyć je do końca, bo taką mam zasadę- „nic nie może się zmarnować”. No chyba że powodują u mnie podrażnienia, oczywiście. Ostatnimi czasy zebrało się u mnie aż 6 kosmetyków bubli. Niektóre pielęgnacyjne, niektóre do włosów, a nawet kolorówka! A więc, bez zbędnego przeciągania, zaczynamy!

image

image

1. Isana Med Korperlotion.

Jest to balsam a raczej emulsja do ciała do bardzo suchej i szorstkiej skóry z mocznikiem 10%. Szukałam na szybko jakiegoś balsamu, a widząc, że ten akurat dziewczyny polecają, postanowiłam spróbować. Booooże jak ja się zawiodłam. Nie dość, że śmierdzi jakoś dziwnie, to konsystencja jest na tyle tępa, że nie da się go normalnie rozprowadzić! Trzeba się nieźle narobić, żeby równomiernie rozsmarować kosmetyk. Mało tego! On się w ogóle nie wchłaniał. Po aplikacji miałam uczucie, że coś lepkiego i ciężkiego oblepiło moją skórę. FUUUUJ! Jeśli chodzi o działanie to nie było rewelacyjne… A musiałoby być ponadprzeciętne, żeby wynagrodzić cierpienia aplikacji. Nienawidzę, kiedy kładę się spać, a nogi kleją się do siebie. Okropność. Nie polecam najgorszemu wrogowi :P.

2. Biały Jeleń- odżywka do włosów z czystą bawełną i proteinami pszenicy.

Ostatni bubel to odżywka z firmy Biały Jeleń. Kupiłam ją w zestawie z szamponem, który pojawił się w którymś denku. Zachęcający opis, niska cena i nic więcej. Miałam wrażenie, ze dodatkowo obciąża mi włosy. Po zabiegu były napuszone i naprawdę nie wyglądały dobrze. Zużyłam ją do zmiękczania pędzli i go golenia :P.

3. Isana Hair, Birken-Haarwasser (Woda brzozowa).

Ten produkt, pomimo swojej bajecznie niskiej ceny (5/6 zł za 500 ml), nie zrobił zupełnie nic. Beznadziejne opakowanie, które utrudnia aplikacje i wylewa zbyt dużą ilość produktu. Najlepiej przelać do opakowania z atomizerem. Strasznie drażni mnie zapach, który jest dość ciężki i bardzo nachalny. Czuć alkohol, który jest wysoko w składzie. Nic, zupełnie nic nie stało się z moimi włosami. Zero odświeżenia, polepszenia kondycji włosów, no nic. Kompletnie bezużyteczny kosmetyk. Bardzo źle zainwestowane 5 zł. 

image

4. Maybelline, Eye Studio, Master Precise Liquid Eyeliner (Master Drama)- eyeliner w pisaku.

Może nie jest to totalny bubel, ale na pewno nie jest to dobry i godny polecenia produkt. Aplikacja niby łatwa, ale jednak wolę eyelinery z pędzelkiem, jakos łatwiej mi zrobić cienką, delikatną kreskę. Niestety nie był dostatecznie czarny. Musiałam nałożyć kilka warstw, żeby kolor byl faktycznie ciemny. W końcu po nałożeniu kreska nie była matowa. Jakby delikatnie połyskiwała, co mnie strasznie wkurzało, bo wyglądało jak jakiś tani, beznadziejny produkt. Nie jest to co prawda wodoodporny eyeliner, ale też bez przesady! Nie może tak być, że kreska rozmazuje się przy najmniejszym kontakcie z wilgocią! Nie dość tego, trwałość to rzeczownik, który zdecydowanie nie powinien być wiązany z tym kosmetykiem. Pod koniec dnia jaskółka była rozmazana, a kreska wyglądała baaardzo źle. Dośc szybko też mi się skończył. Nie przypadł mi do gustu i zdecydowanie wolę eyeliner z Eveline , o którym pisałam Wam w Ulubieńcach.

5. Carmex Mint.

Generalnie bardzo lubię Carmex w słoiczku. Jest on niezastąpiony w zimę, kiedy moje usta wołają o pomstę do nieba. Myślałam, że wersja miętowa też będzie godna polecenia, ale niestety nie. Po pierwsze zapach, który był nie do zniesienia. Był tak mocny i męczący, że nie mogłam go w ogóle przez jakiś czas używać. W końcu nie dałam rady i wyrzuciłam końcówkę. Nie nawilżał tak dobrze jak wesja w słoiczku. Miałam nawet wrażenie, że od czasu do czasu wysuszał usta. Koniec końców wracam z podkulonym ogonek do słoiczkowego, oryginalnego Carmexu.

6. Peeling do ciała Kropla zdrowia. 

Pisałam Wam o maśle do ciała z tej samej serii, które niezbyt mnie zachwyciło. Tak samo zachował się peeling. Zapach nawet fajny, taki jak balsam. Ale drobinki po nałożeniu na ciało i krótkim masażu znikały. Po prostu się rozpuszczały. Nie zdążyłam nawet dobrze się wymasować. Oprócz tego, tak jak masło, ten peeling miał drobinki! Jak ja nienawidzę złotych, błyszczących drobinek! Po peelingu dwa razy się myłam, żeby upewnić się, że żaden złoty akcent nie został na mojej skórze. Zdecydowanie wolę peeling kawowy i to taki, który robię sama w domu. Jeśli przegapiłyście ten wpis, zapraszam TU.

To już koniec narzekania na dziś. Miejmy nadzieję, że buble będą trafiały się coraz rzadziej. A Wy ostatnio trafiłyście na jakiś beznadziejny produkt?

Buziaki:*

HIGHEELS