Denkowy szał vol. 11!

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dziękuję, że ze mną jesteście i tu zaglądacie! Co u mnie? A no zostałam w końcu panią Magister 😀 Stąd też niestety były opóźnienia w postach, bo praca sama się skończyć nie chciała. Teraz już studia za mną i wracam do Was ze zdwojonymi siłami i obiecuję być już pilną i sumienną blogerką! Dziś rano dorzucając kolejne pudełko do papierowej siaty, która pęka w szwach, stwierdziłam, że to najwyższy czas na DENKO. Też tak macie, że wszystkie kosmetyki kończą się Wam w jednym czasie?! Nie rozumiem, jakim cudem, ale u mnie jest tak zawsze. Tak więc najwyższy czas zaprosić Was na nowe Denko!

img_5117

img_5118

  1. Garnier- płyn micelarny 3w1.
    Sama nie wiem, które to już moje opakowanie. Wiecie dobrze z porównania płynów micelarnych, że jest to najlepszy płyn, jaki kiedykolwiek miałam. Nie podrażnia, zmywa najlepiej na świecie i cenę ma również przyzwoitą. Co tu dużo mówić… no polecam i to bardzo. Spróbujcie koniecznie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście!
  2. Resibo- olejek do demakijażu.
    Wiele razy pojawiał się w Ulubieńcach i dopiero teraz udało mi się do zdenkować. Oznacza to tylko jedno- produkt jest niesamowicie wydajny. Szczerze powiedziawszy nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Sprawdza się idealnie i spełnia wszystkie założenia, który opisuje na stronie producent. Doskonale oczyszcza skórę, odżywia i pozostawia ją miękką i przyjemną w dotyku po demakijażu. Rozpuszcza nawet wodoodporny makijaż. Nawilża i niweluje uczucie ściągnięcia. A na dodatek skład to mieszanka naturalnych olei, o których pisałam Wam szczerzej TUTAJ. Jest serio świetny i podpisuję się pod nim pełnym imieniem i nazwiskiem. Koniecznie wypróbujcie!
  3. Evree Hand Care Max Repair- regenerujący krem do rąk.
    Nie zachwycił mnie. Na początku wydawało mi się, że całkiem dobrze sobie radzi, ale nawilżenie było tylko chwilowe. Glicerynka, moi Drodzi. Stosowałam go na noc, a rano budziłam się ze skórą już lekko ściągniętą. W lato jeszcze jako tako się dogadywaliśmy, bo moje dłonie w lato wiele do szczęścia nie potrzebują. W zimę za to permanentnie są wysuszone i potrzebuję czegoś mocniejszego. To, że ten krem się u mnie nie sprawdził, nie spowodował jednak tego, że odwróciłam się od marki Evree. Wręcz przeciwnie! Postanowiłam wypróbować odżywczy krem do rąk w różowym opakowaniu. Jak na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że widać różnicę i ten krem zdecydowanie lepiej nawilża. Na jego bardziej szczegółową recenzję musicie jeszcze trochę poczekać.
  4. Organic Shop- żelowa maseczka nawilżająca z aloesem i bambusem.
    Muszę przyznać, że bardzo miło mi się z niej korzystało. Lekka, żelowa konsystencja idealnie sprawdzała się wtedy, kiedy bardzo chciałam zrobić coś więcej dla skóry, ale nie miałam na to zbyt dużo czasu. Przemawia do mnie też poręczna, higieniczna tubka. Nie trzeba grzebać w niej paluchami i wyciskamy dokładnie tyle produktu, ile chcemy. O dziwo, była też mega wydajna. Baaaardzo długo z niej korzystałam. Skład mnie satysfakcjonuje: aloes na pierwszym miejscu, gliceryna, bambus, pantenol, trochę alkoholu, puder z korzenia dziwidła, olejek ylangowy, cynk. Jak najbardziej można zaliczyć go do szerokiej kategorii „dobrych składów”. Maska fajnie nawilża skórę. Daję uczucie rozluźnienia i działa jak chłodzący kompres, dzięki czemu zmniejsza opuchliznę i wszelkie obrzęki. Skóra po aplikacji jest fajnie napięta i ukojona. Muszę przyznać, że jak na swoją niezwykle niską cenę, jest to produkt zdecydowanie wart uwagi. Mimo swojej konsystencji, nie spływa z twarzy i po paru minutach staje się lepka. Przepiękny zapach, którego nie umiem Wam ani troszkę opisać. Ale gwarantuję, że jest świeży, lekki i przyjemny! Polecam bardzo!

    img_5119

  5. Woda termalna Uriage.
    Znamy się nie od dziś, a najlepiej dogadujemy się właśnie w lato. Stąd też ta oto pusta butelka w mojej siatce. Uwielbiam po zmyciu makijażu spsikać sobie buzię wodą termalną. Ta z Uriage pięknie koi i nawilża skórę. Fakt, że dostarcza mojej skórze niezbędnych minerałów przekonuje mnie tym bardziej, że jest to produkt, który warto wprowadzić do codziennej pielęgnacji. W lato świetnie chłodzi i przynosi ukojenie skórze. W zimę fajnie się sprawdzi jako nawilżacz przy pracujących cały dzień grzejnikach. Krótko mówiąc bardzo polecam!
  6. Make Me Bio Garden Roses- nawilżający krem do twarzy.
    Jest to już drugie moje opakowanie, a sam krem wylądował już raz w Ulubieńcach. W jego składzie nie znajdziecie siarczanów, parabenów, czy konserwantów, ale dużo naturalnych olejków (makadamia, jojoba, mango, róża). Przez to jego termin ważności co prawda się skraca, ale jeśli kupujemy go z zamiarem używania codziennie, nie będzie żadnego problemu z zużyciem go w terminie. Ja stosowałam go jako krem na noc i, jak domyślacie się już po pierwszym zdaniu, bardzo dobrze się u mnie sprawdza. Róża, w postaci hydrolatu, olejku, działa na mojej skórze cuda. Krem świetnie nawilżał skórę, nawet przy okazji kuracji kwasami. Ładnie ją regenerował i zdecydowanie zmniejszył ilość niedoskonałości, które czasem się pojawiały. Naprawdę jestem z niego zadowolona i mam zamiar sięgać po niego od czasu do czasu. Jedyny jego minus to słoiczek, z którego wygrzebywanie końcówki kremu z długimi pazurami graniczy z cudem. Wybaczam mu jednak za działanie!
  7. Idea Toscana- krem do rąk. 
    Dzięki współpracy z firmą Idea Toscana miałam możliwość przetestowania parę ich produktów. Między innymi wpadł mi w ręce właśnie ten krem. Niestety mimo tego, że większość kosmetyków tej marki się u mnie sprawdza, ten krem jakoś niespecjalnie spełnił swoje zadanie. Nie zauważyłam tak naprawdę jego działania. Nie nawilżał, nie pielęgnował i nie regenerował skóry. Niestety nie polubiliśmy się za bardzo. Zużyłam go co prawda do końca (Tak, tak, mieszkam w Poznaniu i nigdy nie wyrzucam, zanim nie zużyję :P), ale koniec końców nie polecam.
  8. Joanna z apteczki babuni- serum wygładzająco-regenerujące do końcówek włosów.
    Kupiłam kiedyś na próbę, bo kosztowało naprawdę grosze. Jest to typowe silikonowe serum do zabezpieczania końcówek. Szczerze powiedziawszy nie widzę, żeby jakoś specjalnie poprawiło kondycję moich końcówek, a wręcz mam wrażenie, że szybciej się przesuszyły. No cóż, nie kupię ponownie i szukam czegoś lepszego do pielęgnacji końcówek. Może możecie mi coś polecić? img_5120

  9.  Lactacyd- emulsja do higieny intymnej sensitive.
    Temat może dla niektórych tabu, trochę krępujący, ale dla mnie najnormalniejszy na świecie. Jeśli Cię to krępuję, przejdź od razu do kolejnego kosmetyku :). Naprawdę długo nie mogłam znaleźć dobrego żelu do higieny intymnej, który nie podrażniał by tych wrażliwych okolic i zawierałby mydła. Ten spełnia moje oczekiwania! W składzie ma kwas mlekowy, dzięki czemu nie podrażnia i bardzo delikatnie dba o okolice intymne. Bardzo polecam!
  10. Avebio- hydolat aloesowy.
    Kolejny hydrolat w mojej kolekcji, który bardzo dobrze się sprawdził. Nie mam mu nic do zarzucenia. Po demakijażu, przed nałożeniem kremu rano i wieczorem, po maseczce, zawsze dobrze się u mnie sprawdzał. Miałam nawet wrażenie, że delikatnie nawilżał moją skórę. Tani, wydajny, o bardzo subtelnym aloesowym zapachu. Czego chcieć więcej? Proszę sobie koniecznie wpisać ten hydrolat, jako kolejny w kolejce do wypróbowania! Zaraz po różanym i oczarowym. Tak właśnie radzi Higheels!
  11. Stara Mydlarnia Eco Receptura- wybielająca maseczka z witaminą C.
    Ostatni produkt na dziś! Myślałam, że nigdy się nie skończy. Używałam i używałam, a tu nic nie schodziło. No ale w końcu się udało. Bardzo podoba mi się opakowanie z pompką. Znów nie musimy brudzić paluchów w kosmetyku i dostajemy zawsze taką ilość, jaką chcemy. Maseczka ma dość mocny charakterystyczny zapach. Jakby cytrynowy, ale taki bardziej sztuczny. Generalnie jestem z niej całkiem zadowolona. Jeśli chodzi o efekt wybielający, rozjaśniający przebarwienia, to nie bardzo zauważyłam takie działanie. Natomiast jeśli chodzi o ogóle rozświetlenie, to jak najbardziej się zgadzam. Po zabiegu, skóra była super rozświetlona, jakby bardziej wypoczęta i jakby zdrowsza. Tak przynajmniej mi się wydawało! Dodatkowo zdecydowanie można było poczuć nawilżenie i ukojenie. W końcowym rozrachunku dałabym jej 3,5/5. Nie planuję ponownego zakupu, ale może kiedyś skuszę się na inny produkt  z tej serii. 

To już koniec na dziś! Mam nadzieję, że zachęciłam Wam do niektórych produktów, a przed niektórymi przestrzegłam. Przepraszam raz jeszcze na swoją nieobecność i jeszcze raz zapewniam, że nadrobię zaległości! Teraz czas umyć pędzle i uciekać załatwić milion spraw. Miłego dnia, moi Drodzy! 

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol.9!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Emocje po konkursie opadły (przynajmniej u mnie :P), także można powrócić juŻ do rzeczywistości i zabrać się za nowy wpis dla Was! Sama nie wiem kiedy, ale moja torba w której magazynuję zużyte produkty, zaczęła pękać w szwach. Co to oznacza? A no nic innego, jak kolejną dawkę Projektu Denko! Mam dla Was naprawdę sporo produktów, w tym ulubieńcy i kosmetyki, które średnio się sprawdziły. Po publikacji pierwszego Makijażowego Denka, postanowiłam zachować na stałe podział na zbiór zużytych kosmetyków pielęgnacyjnych i tych kolorowych. Dziś czas na pielęgnacje! 

image

image

1. Isana- żurawinowy żel pod prysznic.

Niby edycja limitowana, ale jednak widziałam go jeszcze ostatnio w Rossmannie. Bardzo fajny żel pod prysznic. Zapach przyjemny, aczkolwiek nie oceniłabym go jako najlepszy, jaki kiedykolwiek wąchałam. Ma bardzo intensywny czerwony kolor, więc po wysmarowaniu się nim wyglądamy (przytoczę tu słowa jednej Dziewczyny z Instagrama. P.S. Pozdrawiam Cię cieplutko!) jak Dexter po robocie :D. Ładnie myje, jest tani. Niestety nie jest super wydajny. Chociaż nie wykluczam tego, że jest to moja wina, bo nie żałowałam sobie go. Polecam wypróbować! Polujcie szczególnie na promocyjne ceny. Wtedy te żele kosztują jakieś 3 zł!

2. ECOSPA- olej kokosowy ze świeżego miąższu.

Chyba nie muszę po raz kolejny Wam powtarzać, że jest to mój absolutnie ulubiony olej! Jego wszystkie zastosowania wypisałam Wam TUTAJ, ale najbardziej lubię go używać do olejowania włosów! Moje włosy go uwielbiają! Nic ich tak nie wygładza i nie poprawia ich kondycji jak on! Pamiętajcie, że najlepiej wybierać nierafinowany! Taki, który zachował wszystkie swoje właściwości. Ten z ECOSPA jak najbardziej się sprawdził. Oczywiście już zamówiłam kolejne opakowanie. Kto jeszcze nie próbował, ten natychmiast musi nadrobić zaległości!

3. Lierac- olejek z trzech kwiatów do ciała, włosów i twarzy.

Dostałam go bardzo temu w moim pudełku beGLOSSY. Kompletnie się u mnie nie sprawdził. Włosy mi obciążał. Nawet wtedy, gdy stosowałam go na same końcówki na wilgotne włosy. Na twarz nie nakładałam, bo zbyt mocno przeszkadzał mi ostry, kwiatowy zapach. A skóry np. nóg w ogóle nie nawilżał. Niestety niewypał. Straszny niewypał.

4. Stara mydlarnia- nawilżające serum z olejkiem arganowym i witaminą E.

Bardzo, bardzo dobry produkt. Gdy zaczęłam go używać widziałam zmiany już po pierwszych paru użyciach. Zauważalnie rozświetlona i nawilżona skóra buzi. Dodatkowo mięciutka jak pupa niemowlaka. Stosowałam go wtedy, kiedy moja skóra była mocno przesuszona. Zawsze mi pomógł. Pod koniec buteleczki miałam wrażenie, że skóra się do niego przyzwyczaiła i już aż tak nie działa, ale tak czy siak zużyłam z przyjemnością. Bardzo wygodny aplikator w postaci szklanej pipetki + ciemna, szklana butelka, czyli gwarancja zachowania świeżości olejku. Skład serum jest bardzo krótki i nie znajdziecie tam niepotrzebnych, szkodliwych dodatków. Naprawdę warto się w niego zaopatrzyć. Szczególnie sprawdza się u mnie w zimę i jestem pewna, że jak tylko zrobi się zimno, to znów po niego sięgnę. Jest to w ogóle już drugie pudełko, które zużyłam. Fajnie też, że jest to produkt, który można z powodzeniem stosować, jako prewencję przeciwzmarszczkową. Zapobiega powstawaniu wolnych rodników i opóźnia proces starzenia skóry. Polecam całym serduszkiem!

image

5. Glinka biała anapska i czarna z morza Martwego.

W końcu udało mi się zużyć glinki! Nie macie pojęcia (a może i macie) jakie one są wydajne. Uwielbiam je za ich uniwersalność. Mogę dodawać do nich takie składniki, na jakie moja skóra ma aktualnie ochotę. Glinka anapska jest nieco łagodniejsza i ładnie nawilża buzię. Czarna glinka ma natomiast sile działanie antyseptyczne, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożniej. Jednej kartonik zawiera dwie saszetki z glinkami, a kosztuje jakieś 5 zł (!). Nie wiem sama, ile maseczek z tego zrobiłam. Mam wrażenie, że z milion :P. Jeśli nie wiecie, jak przygotować maseczkę z glinek, zapraszam TUTAJ. Glinki pięknie oczyszczają skórę i przekazują jej zawarte w nich minerały i mikroelementy. Miłośniczki maseczek muszą je wypróbować!

6. Neutrogena- skoncentrowany krem do rąk.

Niesamowicie wkurzała mnie jego konsystencja. Był mega gęsty i ciężko się rozsmarowywał, ale muszę mu przyznać, że bardzo dobrze nawilżał i regenerował skórę. Nawet w zimę, kiedy stan moich dłoni był tragiczny, wystarczyła jedna aplikacja na noc i problem z głowy. Kiedy mój narzeczony miał problemy z bardzo suchymi miejscami na dłoniach, takimi, że aż skóra schłodziła, właśnie ten krem mu pomógł. Koniecznie kazał mi to przekazać :P. Teraz kupiłam mu coś nowego i twierdzi, że jest jest jeszcze lepiej, ale o tym wkrótce! Podsumowując, polecam!

7. Isana- krem do ciała z masłem shea i kakao.

Ten krem/balsam/a może nawet trochę masło do ciała bardzo dobrze się u mnie sprawdził. Nieziemski zapach, który czuć nawet następnego dnia po wieczornej aplikacji, zdecydowanie na plus! Bardzo dobry skład. Jak na tak tani kosmetyk drogeryjny (kupiłam chyba za 7 zł w promocji) skład jest wręcz niespotykany. Ładnie nawilżał skórę, szybko się wchłaniał i nie pozostawiał na skórze lepkiego filmu. Jeżeli chcecie poczytać o nim więcej, to zapraszam TUTAJ. Opisałam Wam też jeszcze jedno jego niekonwencjonalne zastosowanie. Na pewno wypróbuję też inne masła z tej serii. Polecacie jakieś?

image

8. Planeta Organica- szampon do włosów z masłem shea.

Tak jak wersja tego szamponu z mango się u mnie nie sprawdziła, to ta z masłem shea pozytywnie mnie zaskoczyła. Włosy mi się po nim nie plątały, były gładkie i nie puszyły się. Nawet bez odżywki były całkiem do zniesienia, co uważam za spory sukces. Jest to bardzo delikatny szampon o całkiem dobrym składzie. Bardzo dobrze oczyszczał skórę głowy nie przesuszając i nie podrażniając jej przy tym. Według mnie jest poprawny, ale nie zaskoczył mnie na tyle, aby kupić go ponownie. 

9. Garnier- płyn micelarny 3 w 1.

Kolejna butelka tego cuda ląduje w denku! Zdecydowanie najlepszy płyn micelarny, jaki kiedykolwiek miałam. Co testuję jakiś inny produkt, to po jakimś czasie wracam do niego z podkulonym ogonem. Pięknie zmywa makijaż, nawet najgrubsze, czarne krechy eyelinerem, nie podrażniając przy tym oka. Nie trzeba mocno trzeć, ani się męczyć. Dodatkowo cena przystępna i dostępny w każdej drogerii. Oczywiście nowa butla zasiliła już szeregi moich kosmetyków. Kiedyś porównywałam go z dwoma innymi popularnymi płynami. Jeśli jesteście ciekawi jak wypadł w klasyfikacji, wbijajcie TU. Polecam go całą sobą! Każda osoba, jak na razie, której go poleciłam jest zadowolona. Także myślę, że to już o czymś świadczy!

10. Cztery Pory Roku- odżywczy krem do rąk i paznokci z wiśnią japońską.

Ogromna tuba, którą kupiłam za grosze w jakieś promocji, starczyła mi chyba na rok sporadycznego używania. Sporadycznego dlaczego? Bo nie nawilżał on jakoś spektakularnie. Sprawdzał się bardziej, jako środek zapobiegający przesuszeniu niż jako krem, który miał im pomóc. Niestety mimo dobrej ceny i pięknego zapachu nie kupię go ponownie, a szkoda. 

Koniec! Tak się prezentuje moje DENKO! Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie albo że przestrzegłam Was przed zakupem niektórych kosmetyków :P. Miłego wieczoru i wolnego czwartku. Ja się szykuję i uciekam zobaczyć się ze znajomymi!

Buziaki:*

HIGHEELS

Makijażowe denko vol.1!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Tak jak zapowiadałam ostatnio w DENKU PIELĘGNACYJNYM zapraszam Was dzisiaj na pierwsze u mnie na blogu denko kosmetyków kolorowych! Pierwszy raz udało mi się zebrać aż tyle produktów do makijażu i nie tylko. Myślę, że ma to coś wspólnego z ideą „wiosennych porządków”, którą wcielam sukcesywnie w życie ostatnio. Tak więc zapraszam Was na 9 krótkich recenzji.

image

image

1. Lovely, Pump up mascara (aż dwa opakowania).

Chyba nie muszę Wam przedstawiać tego produktu. Sama już straciłam rachubę, które to już opakowanie. To chyba najlepszy tusz, jaki możemy dostać w takiej cenie (11 zł). Pięknie wydłuża, rozdziela i podkręca rzęsy. Nie rozmazuje się, nie kruszy, nie odbija na powiece. Trzyma się cały dzień. Fakt zaczyna zasychać po jakiś 3/4 miesiącach. Wtedy ratuję się moim Duraline. Jednak nawet jeśli wysycha po takim czasie, nie ma co rozpaczać, bo przecież kosztuje 11 zł! A na promocji -49% to już w ogóle bajka. Btw wiecie, że w kwietniu Rossmann znowu będzie nas kusił dokładnie taką promocją? Nie wiem jeszcze dokładnie kiedy, ale bądźcie czujni! Jeśli jeszcze nie próbowałyście tuszu z Lovely, koniecznie musicie nadrobić zaległości!

2. Rimmel Stay Matte- puder matujący w kolorze Transparent.

W tym przypadku też już sama  nie wiem, ile opakowań już zużyłam. 3? 4? Jest to naprawdę dobry produkt! Jest ogólnie dostępny, niedrogi. Kolor Transparent nadaję się dla wszystkich. Świetnie wykończy każdy makijaż. Matuje skórę na cały dzień. Ja na przykład w ogóle go nie poprawiam w ciągu dnia. Ewentualnie zdejmuję nadmiar sebum bibułką matującą lub po prostu przykładam chusteczkę. Nie bieli skóry, w ogóle go na niej nie widać, a trzyma się na niej cały dzień. Daje to efekt maksymalnie naturalny. Jest mega wydajny. Może opakowanie nie jest najbardziej solidne na świecie, ale można mu to wybaczyć. Nakładam go albo gąbeczką albo pędzlem typu flap top w zależności od tego jak poziom zmatowienia chcę osiągnąć. Tak i tak się u mnie sprawdza. Na pewno kupię go ponownie nie raz nie dwa.

3. Essie, Bahama mama.

Pisałam Wam kiedyś POST o tym, co sądzę o lakierach marki Essie. Jakoś nadal nie jestem do niej tak przekonana, żeby wydawać tyle pieniędzy na lakiery. Bahama mama to przepiękny kolor! Świetnie mi się go nosiło. Nawet nie odpryskiwał za bardzo. Byłam z niego zadowolona. Niestety zasechł. Wkurza mnie to tym bardziej, że tyle za niego zapłaciłam. Takie lakiery nie powinny zasychać :P. No cóż, na razie nie planuję zakupy lakierów tej marki. Wybieram raczej tańsze rozwiązania, jak na przykład uwielbiane przeze mnie ostatnio lakiery z Golden Rose. 

image

4. RefectoCil- henna do brwi w kolorze brązowym nr 3. 

Zdecydowanie najlepsza henna jaką kiedykolwiek miałam. Jej samodzielne wykonanie w domu jest banalnie łatwe. No i nie trzeba chodzić wciąż do kosmetyczki. Trzyma się na brwiach baaaardzo długo (2-3 tygodnie). Efekt jest bardzo naturalny. Oczywiście nie radziłabym trzymać jej na brwiach nie wiadomo ile czasu, na wszelki wypadek :P. Kolor zmywa się równomiernie. Nie trzeba się martwić, że zostaną nam plamy lub dziury. Stosunek ceny do wydajności produktu to, bez wątpienia, kolejny plus. Cena takiej tubki to 15 zł (na ezebra.pl), a starczy nam ona na baaaardzo długo. Ja nawet nie zdążyłam jej całej zużyć. Została resztka, która po prostu zaschła. Pewnie też przez to, że pękła mi zakrętka i dostawało się tam powietrze. Polecam Wam ją serdecznie. Szczególnie tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z robieniem henny w domu. To jest naprawdę proste. Instrukcje znajdziecie TUTAJ

5. Sleek, paletka do makijażu Au naturel. 

Jest to moja pierwsza paletka w ogóle! Sama nie wiem, ile lat temu ją kupiłam. Muszę przyznać, że jestem z niej zadowolona. Postanowiłam ją wyrzucić mimo tego, że zostało mi parę cieni prawie pełnych. Dlaczego? Bo skoro nie używałam ich przez okres 4 lat, to na pewno nie zacznę ich używać teraz. Zużyłam kolory, które najbardziej mi się podobały i daję teraz szansę moim innym paletką. Bardzo chwalę sobie jednak te cienie ze Sleek. Nie osypują się, przez co łatwo się je nakłada i rozprowadza. Ładnie się blendują i łatwo się z nimi pracuje. Są bardzo dobrze napigmentowane. Szczególnie czarny, który bardzo lubiłam nakładać przy linii rzęs zamiast eyelinera. Na powiece trzymają się bardzo długo. Nie rolują się, ani nie zbierają w załamaniu. Po tak długim czasie nie zmieniły swojej konsystencji. Nic się z nimi nie stało, dlatego uważam że są naprawdę warte uwagi. Jako osoba początkująca, która stawiała swoje pierwsze kroki w świecie makijażu, bardzo dobrze mi się z nią pracowało. Kolory są bardzo uniwersalne. No może poza tymi brokatowymi, których właśnie nie używałam. Krótko mówiąc, polecam!

6. Eveline Advance Volumiere- skoncentrowane serum do rzęs 3w1.

Pisałam Wam już o nim nie raz. To że zużyłam kolejne opakowanie świadczy tylko o tym, jak bardzo lubię ten produkt. Nie używam go na noc jako serum, tylko zawsze pod tusz do rzęs. Dzięki niemu rzęsy wyglądają przepięknie! O wiele lepiej niż z samym tuszem do rzęs. Są dłuższe i gęstsze. No i im dłużej go stosuję, to mam wrażenie, że rzęsy są w lepszej kondycji. Nie będę się powtarzać i Was zanudzać. Najlepsze serum-odżywka, jakie możecie dostać w drogerii. Uwielbiam i na pewno nie przestanę używać. 

7. Seche Vite, Dry Fast Top Coat.

Chyba nie muszę przedstawiać tego Pana :P. W świecie kosmetycznym każdy go zna. Również moja kolejna buteleczka, której nie udało mi się zużyć do końca. Niestety jego jedyną wadą jest to, że gęstnieje. Wybaczam mu jednak, tę jedną jedyną wadę, bo bez niego malowanie paznokci nie ma już sensu. Paznokcie wysychają w tempie ekspresowym. Nie musimy poświęcać na malowanie paznokci tyle czasu co kiedyś. Tak wiem, są też hybrydy. Nie jestem do nich jeszcze przekonana. Może kiedyś, ale na pewno nie teraz. Po nałożeniu Seche Vite paznokcie w sumie wyglądają jak hybrydy. Błyszczą się i wyglądają po prostu lepiej. Lakier trzyma się też dłużej. U mnie jest to średnio tydzień. Najlepszy top coat ever!

8. Eveline, Art Scenic, korektor do brwi.

Bardzo dawno temu pojawił się w moich Ulubieńcach. Nie bardzo jednak wiem, dlaczego go tam umieściłam. Jest to zwyczajny żel do brwi. Na pewno nie korektor. Na początku w sumie jako tako się sprawował. Później jednak kolor zrudział (czy istnieje taki czasownik?!). W każdym razie stało się z nim to, czego zdecydowanie nie chciałam. Kolor bardzo nienaturalny. Zupełnie mi nie pasował. Poza tym z czasem zaczęła mnie wkurzać szczoteczka, która była zdecydowanie za duża i ciężko się z nią pracowało. Co chwilę wyjeżdżałam poza linię brwi i musiałam poprawiać wszystko patyczkiem do uszu. Finalnie nie jestem z niego zadowolona. Zdecydowanie wolę żel do brwi z Essence.

9. Maybelline, Dream Lumi Touch, korektor rozświetlający w pisaku.

Mam go już baaaardzo długo i nareszcie wzięłam się za to, żeby do końca go zużyć. Zostało mi go dosłownie na dwa użycia. Nie bardzo się polubiliśmy. Po pierwsze wkurza mnie, że zmyły się wszystkie napisy. Nie wiedziałam nawet dokładnie jak się nazywa. Po drugie aplikator- pędzelek, który nie jest zbyt higieniczny. Jeśli chodzi o jego właściwości to też nie zachwyca. W ogóle prawie nie kryje, także z moimi cieniami pod oczami nie ma szans. Tak wiem, nie takie jego zadanie, ale jednak myślałam, że chociaż troszkę je zakryje. Trochę rozświetla, ale też bez rewelacji. Czasem lubi zbierać się w załamaniach. Nie wygląda najlepiej na twarzy. Jakoś tak mało świeżo. Nie kupię go ponownie już na pewno.

Tak prezentuje się moje pierwsze Denko produktów kolorowych. Dziewczyny, poradźcie mi. Jak to jest z tymi hybrydami? Serio opłaca się? Serio są takie super? Serio o wiele lepsze niż zwyczajne lakiery? Od jakiegoś czasu o nich myślę, ale jakoś nie mogę się przekonać. Czekam na Wasze opinię!

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol. 8!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Czy kiedykolwiek wyjdzie słońce?! Jeszcze tydzień i depresja u Higheels murowana. Nie poddaję się jednak i piszę dla Was NOWEGO POSTA. Jestem w szoku, ile produktów udało mi się zużyć w ostatnim czasie! Właśnie zerkam do mojej siatki z opakowaniami i nie dowierzam, ile pudełek od kosmetyków makijażowych w niej leży! Oznacza to tylko jedno- denko makijażowe zrobię osobno. Tak, pierwszy raz na moim blogu :D. Dzisiaj jednak zapraszam Was na standardowy Projekt Denko kosmetyków raczej pielęgnacyjnych. Dziś aż 10 produktów, ale nie martwcie się, bo niektóre już dobrze znacie.

image

image

1. Vichy, Normaderm, żel głęboko oczyszczający. 

Ten produkt jest mega, super, hiper wydajny! Nie da się go zużyć w czasie, który przewiduje producent. Na szczęście nie zmienia swoich właściwości po upływie daty ważności, dlatego spokojnie można zużywać go do końca. Używałam go przez dobrych parę lat i byłam z niego pozornie zadowolona na początku. Później jednak zauważyłam, że moja skóra nadmiernie się błyszczy. Okazało się, że płyn ten bardzo mocno ją wysuszał. Nie powiedziałabym, że oczyścił głęboko moją skórę. Może faktycznie zwęził pory i zredukował ilość wyprysków. Po myciu jednak skóra była tępa, kiedy przejeżdżałam po niej palcem. Była zbyt czysta! Naturalna warstwa ochronna sebum nie istniała! Ten żel wysuszał ją wręcz drastycznie. Zaczęłam stosować go rzadziej, ale tak czy siak nadal ją wysuszał. Przy myciu baaaardzo się pienił, co oczywiście zawdzięczamy obecności Sodium Laureth Sulfate (sławne SLS) w składzie. Nie mówię o tym, że jak dostał się do oczy, to je po prostu wypalał. Fakt faktem zmywał nawet najcięższy podkład, ale dziękuję bardzo za takie wysuszenie! Dodatkowo jest drogi… Podsumowując, nie polecam go. 

2. Vichy Capital Soleil SPF 50.

Chyba nie muszę Wam mówić, że jest to mój ulubiony krem z filtrem! Widać to chociażby po Denkach i Ulubieńcach. Kolejne opakowanie, tym razem SPF 50, wylądowało w koszu. Uwielbiam go i na pewno nie zrezygnuję z niego szybko. Teraz w kosmetyczce stoi świeżo otwarta wersja SPF 30. Jeśli jeszcze go nie próbowaliście, to zachęcam gorąco!

3. Surowe masło shea z zrobsobiekrem.pl.

Zużywałam je bardzo długo, ale z wielką przyjemnością. Przydawało się praktycznie do wszystkiego. Do wysuszonych miejsc (łokcie, pięty, skórki przy paznokciach). Po regulacji brwi, aby czerwone miejsca szybciej zniknęły. Po depilacji, żeby złagodzić skórę. Użyteczne również przy hennie brwi do natłuszczania przed nałożeniem henny. Bardzo dobrze mieć w kosmetyczce taki uniwersalny produkt. Przyda Wam się do wszystkiego, a wcale nie jest drogi. Teraz zastępują go u mnie oleje: kokosowy, jojoba, ale na pewno kiedyś do niego wrócę. 

4. Sylveco, lekki krem brzozowy.

Uważam, że jest to jeden z lepszych kosmetyków marki Sylveco. Bardzo dobrze sprawdził się u mnie w okresie letnim i jesiennym. Nakładałam go zawsze rano na czystą skórę twarzy. Bardzo higieniczne opakowanie z pompką, takie jakie lubię najbardziej. Lekka konsystencja, która wchłania się w mgnieniu oka. Zapach średni, ale nie o to przecież chodzi. Pod makijaż nadawał się idealnie. Ładnie nawilżał skórę w ciągu dnia. Nie było to jakieś spektakularne nawilżenie, ale na tamten okres mi starczyło. Skład całkiem, całkiem. Olej z pestek winogron, olej sojowy, masło shea, olej arganowy na pierwszych miejscach. Faktycznie jest też alkohol, ale nie zauważyłam, żeby jakoś negatywnie wpłynął na skórę. Nie zapchał mnie, ani nie podrażnił. Z czystym sumieniem go polecam. W okresie letnim na pewno zagości u mnie jeszcze nie raz.

image

5. LaciBios femina.

Jest to żel do codziennej pielęgnacji okolic intymnych. Stosowałam go zawsze po depilacji bikini, aby złagodzić podrażnienia. Gdzieś, kiedyś słyszałam, że działa. Niestety średnio. Niby coś tam złagodził, ale liczyłam na więcej. Jeśli słyszałyście o produkcie, który sprawdzi się w tej roli, dajcie mi koniecznie znać! Tego kosmetyku niestety nie polecam.

6. Sylveco, lniana maska do włosów.

Napisałam dla Was kiedyś post o pierwszych wrażeniach po uzyciu tej maski. Możecie poczytać o nich TUTAJ. Niestety moje zdanie za bardzo się nie zmieniło w tej kwestii. Konsystencja tej maski jest baaardzo dziwna. Niby płynna (aż za bardzo), ale taka jakby piankowa. Strasznie, ale to strasznie plątała mi włosy. Nie mogłam ich rozczesać po nałożeniu, ale tez po spłukaniu nie było lepiej. Po zabiegu włosy bardzo napuszone, jakieś takie nieułożone. W dotyku nie były wcale lepsze. Ani to miękkie, ani lejące, ani nawilżone. Próbowałam uzywać ją na różne sposoby. Na początku, zgodnie z zaleceniami producenta, czyli na umyte włosy i spłukać po 2 minutach albo przed umyciem jako kompres pozostawiony na pół godziny. Pierwszy sposób dodatkowo jakoś obciążał mi włosy. Drugi sposób trochę lepiej, bo nie obciążał, ale z drugiej strony jakoś dziwnie je puszył. No nie polubiłyśmy się. Na pewno nie nawilżyła moich włosów, a wręcz mam wrażenie, że były po niej jakieś suche. Nie widziałam żadnej poprawy w wyglądzie i kondycji włosów. Niestety muszę powiedzieć, że jest to totalny bubel.

7. Purederm, Botanical Choice, plastry na nos.

Kiedyś plastry z tej firmy z olejkiem herbacianym trafiły u mnie do Ulubieńców. Z tych z kolei jestem średnio zadowolona. Nie pomagały mi za bardzo. Ledwo widziałam jakiekolwiek efekty po ich zastosowaniu. Nie zasuszały też wyprysków, które czasem się u mnie zdarzyły, tak jak ich poprzednicy z herbatą. Miałam wrażenie, że nakładam je zupełnie na darmo. Tak dla sportu, a to przecież nie o to chodzi. Nie kupię ich już więcej, tym bardziej, że widziałam że w Hebe są strasznie drogie. Moje opakowanie dostałam kiedyś w Biedronce za nieco ponad 7 zł.

image

8. Vaseline, Intensive care, Essential Healing Lotion, balsam nawilżający.  

Na razie koniec narzekania :P. Między mną, a tym balsamem zaiskrzyło. Polubiliśmy się szczególnie w lato. Z początku używał go tylko mój narzeczony, ale w końcu i ja się do niego przekonałam. Pięknie pchnie, dość szybko się wchłania i całkiem, całkiem nawilża. Ładnie napina skórę i dodaje jej blasku, co jest efektem pożądanym szczególnie latem. Jest mega wydajny! Taka mała pojemność starczyła nam na naprawdę długi czas. Całe szczęście nie pozostawiał lepkiego filmu, który doprowadza mnie do szału, kiedy jest gorąco. Naprawdę zaplusował u mnie!

9. Gillette for Women, Satin Care with a touch of Olay, pianka – żel do golenia dla kobiet.

Pierwszy raz miałam do czynienia z żelem, który zamieniał się w piankę. Serio! Powiem szczerze, że bardzo mi się to spodobało! Produkt jest super wydajny! Pozornie ma się wrażenie, że potrzeba go sporo, ale wystarczy dosłownie odrobinka. Nawet dla długich nóg! Nie wiem jakim sposobem, ale coś w stylu cudownego rozmnożenia chyba :P. Nie wysuszał skóry, a nawet po depilacji była bardzo przyjemnie nawilżona, mięciutka i miła w dotyku. Maszynka gładko sunęła po skórze, nie było z tym żadnego problemu. Zapach jak najbardziej przypadł mi do gustu. Jedynym jej minusem jest wysoka cena (19 zł). Teraz szukam czegoś równie dobrego w lepszej cenie. Mam już coś na oku, ale na razie nic Wam nie powiem :P. Mimo wszystko uważam, że na różnych promocjach warto go kupić i spróbować.  

10. Cetaphil, krem intensywnie nawilżający. 

Ostatni produkt i znów trochę narzekania. A co mi tam :P. Wiem, że wiele osób (w tym lekarze) polecają go, jako świetny środek nawilżający. Uważam, że faktycznie całkiem dobrze nawilża, ale jakim kosztem! On się nigdy nie wchłania! Nawet po nocy zostawał jakiś taki klejący film na skórze. Nie ma mowy o stosowaniu go na dzień. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Tak jakby skóra była wiecznie brudna, poklejona i tłusta. Oj bardzo nie lubię czegoś takiego. Ciężko się też rozprowadzał pomimo dość lekkiej konsystencji. Muszę mu oddać, że jest bardzo wydajny, jednak jest to nieliczna z jego zalet. Cena też nie zachęca, jak w przypadku większości kosmetyków marki Cetaphil. No nie jest to krem dla mnie. Zupełnie się nie sprawdził. Po którymś użyciu zapchał mnie, co mi się praktycznie nie zdarza. Także bez wyrzutów sumienia, nie polecam Wam go.

Tak się prezentuje moje ósme już denko na blogu. Życzę Wam miłego wtorku! Jeśli tylko macie ochotę, napiszcie co Wam udało się ostatnio zdenkować. Zapraszam na mojego Facebooka i Instagrama!

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol.6!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przed wyjazdem starałam się wykończyć jak najwięcej kosmetyków, żeby się nie zmarnowały, dlatego też mam dla Was dzisiaj kolejną już odsłonę Projektu Denko! Jest to jeden z moich ulubionych wpisów :). Przygotowałam dla Was dzisiaj 9 mini recenzji przeróżnych kosmetyków. 3 buble, 5 super produktów i jeden bardzo dobry. Zapraszam!

image

image

1. Sylveco tonik hibiskusowy.

Ten produkt nie skradł mojego serca. Ma dziwny zapach i dziwną konsystencję. Niby lejący, ale trochę żelowaty. Niestety nie robi zupełnie nic na twarzy. Ani jakoś szczególnie nie odświeża, wręcz mam wrażenie, że skóra się po nim klei. Ani nie odżywia. Zużyłam go do końca, ale naprawdę nie przypadł mi do gustu. Nie polecam i nie kupię go drugi raz.

2. The Bomb Cosmetics Strawberry Fields.

Myjący peeling pod prysznic. Dostałam go na jakąś okazję. Sama bym go sobie w życiu nie kupiła, bo takie opakowanie kosztuje prawie 40 zł! Pachnie pięknie, jak guma balonowa. Niestety w         działaniu wcale nie jest taki dobry. Ma mało drobinek peelingujących, więc tak naprawdę jest to zwykłe masło pod prysznic. Nie nawilża jakoś spektakularnie. Jedyne co jest fajne, to piana, która się robi. Moim zdaniem jest to beznadziejny peeling, a nawet uznając go za masło pod prysznic nie jest jakiś super. Nie jest wart swojej ceny i na pewno nie kupię go ponownie.

3. Biochemia urody, olejek myjący pomarańczowy.

Pisałam Wam o tym produkcie nie raz nie dwa. Uwielbiam go i właśnie skończyłam kolejną buteleczkę. Możecie o nim poczytać TU :P. Teraz pochwalę się, że mam coś lepszego, co w swoim działaniu przebija nawet ten olejek! Czekajcie na recenzję!

4. Olej z pestek śliwek.

Niestety musiałam wyrzucić resztkę tego olejku, bo już termin ważności mu upłynął :(. Bardzo go lubię i używam najczęściej do pielęgnacji końcówek włosów. Przepięknie pachnie marcepanem. A z kolei o pielęgancji naturalnymi olejami pisałam Wam o TUTAJ.

image

5. Neutrogena pomadka do ust.

Czy Was też wkurza, że wykręcanej pomadki nie da się normalnie zużyć do końca? Na samym końcu jest jeszcze pełno produktu i trzeba go wygrzebywać palcem. Ja niestety nie bawiłam się już dłużej z tą pomadką, bo naprawdę ciężko się ją rozsmarowywało. Nie jestem w stu procentach zadowolona z tego produktu. Troszkę nawilżał, ale rewelacji nie było. Zdecydowanie wolę na przykład masełka Nivea lub Carmex w słoiczku.

6. Eveline Advance Volumiere- skoncentrowane serum do rzęs 3 w 1.

Bardzo fajny kosmetyk! Maluję nim rzęsy przed nałożeniem tuszu i uwierzcie mi, że wyglądają o wiele lepiej! Są dłuższe i wydaje mi się, że bardziej gęste. Wytuszowane rzęsy prezentują się o niebo lepiej. Jednak nie jest to odżywka, która tak jak na przykład Long4Lashes sprawi, że to będzie długotrwały efekt i rzęsy zaczną rosnąć jak szalone. Nie, nie, nie. Jest to raczej tylko baza pod tusz. Kupiłam ją właśnie z taką myślą o używaniu pod tusz do rzęs i to zadanie wykonuje perfekcyjnie! Jest tania, bo w regularnej cenie kosztuję 11 zł. Ma bardzo wygodną silikonową szczoteczkę. Takie lubię najbardziej. Tusz trzyma się dzięki niej o wiele dłużej! Nie kruszy się i jest przez cały czas tak samo czarny. Gorąco polecam!

7. Spirulina z zróbsobiekrem.pl.

To małe śmierdzące cudeńko pojawiło się już kiedyś w Ulubieńcach. Jest to jedna z lepszych maseczek, jakich kiedykolwiek używałam. Robię z nią najróżniejsze mieszanki. Dodaję na przykład trochę hydrolatu, kilka kropel jakiegoś olejku (ostatnio marula) i kilka kropel kwasu hialuronowego 1% i GOTOWE! Genialnie oczyszcza skórę! Ściąga ją i zmniejsza pory. Dodatkowo rozjaśnia. Cudowna maseczka! Fakt, że śmierdzi okrutnie. Przynajmniej na początku, bo potem się już przyzwyczaiłam i już mi aż tak to nie przeszkadzało. Polecam ją każdemu, bo naprawdę działa cuda!

8. Benefit- They’re real!

Kolejne puste opakowanie mojej ukochanej maskary ląduje w kosztu :(. Uwielbiam ją za wszystko! Za szczoteczkę, kolor, trwałość, wydłużenie, pogrubienie, opakowanie! Tylko czemu jesteś taka droga?!

9. Kredka do brwi Catrice Brow Stylist.

Ostatnio był wpis o moim ulubionym sposobie na podkreślenie brwi, w którym pisałam Wam, że te kredki są mega wydajne. A więc teraz skończyłam właśnie jedną, którą kupiłam ponad rok temu! Nie są drogie, a są rewelacyjne. Kto potrzebuje fajnego i taniego produktu do podkreślenia brwi, niech szybciutko biegnie do Natury, bo kredki są świetne!

No dobrze, to już całe moje denko. Zabrakło mi jednego opakowania, żeby dobić do standardowej ilości dziesięciu kosmetyków. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Ciekawa jestem, co Wy ostatnio zużyłyście?

Buziaki:*

HIGHEELS