Przedłużanie rzęs- wady i zalety. Odczucia po zdjęciu.

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wiecie, że dzięki współpracy z Lush Barem w Poznaniu byłam szczęśliwą posiadaczką pięknych, naturalnie wyglądających, przedłużonych rzęs metodą objętościową. W porównaniu z moimi  był to istny kosmos! Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Co zresztą mogliście podziwiać w postaci pierwszego ever selfie na moim blogu! 😀 Teraz już rzęs nie mam i postanowiłam podzielić się z Wami moją refleksją na ten temat.

Jak wyglądał sam zabieg, jakie to były rzęsy i jakie uczucie… wszystko opisałam Wam w osobnym poście TUTAJ. Moje naturalne rzęsy może nie były jakieś mega tragiczne, ale i tak bardzo chciałam cieszyć się długimi i gęstymi. Efekt zabiegu mnie po prostu zwalił z nóg! Niesamowicie mi się podobał! Do rzęs przyzwyczaiłam się niemal od razu i nosiło mi się je bardzo dobrze. Nie było osoby, która mnie znała wcześniej i nie zauważyłaby zmiany. Niewątpliwą zaletą było to, że praktycznie się nie malowałam. Przedłużone rzęsy robiły robotę. Eyeliner, cienie, kredki… wszystko odłożyłam w kąt. Mój makijaż oka ograniczał się do wytuszowania dolnych rzęs. Niesamowita wygoda i niesamowity komfort. Uwielbiałam moje przedłużane rzęsy pod każdym względem.

image
(Przypominam moje zdjęcie PRZED zabiegiem)

image
(I moje rzęsy PO przedłużaniu)

Jak wszystko na tym świecie, nawet przedłużanie rzęs na swoje wady i zalety. Obok oczywistych i niekwestionowanych zalet, plasują się także niedogodności natury finansowej i praktycznej. Po pierwsze u mnie pierwsze kępki rzęs zaczynały zawsze wypadać po około tygodniu. Po dwóch i pół tygodnia zawsze należało je uzupełnić. To był taki optymalny czas, po którym dało się w godzinę/półtorej doprowadzić rzęsy do ładu. Tu parę zdjąć, a tu przykleić nowe. Niestety dla mnie jest to dość krótki odstęp czasu. Jestem osobą z natury dość zajętą i dwa tygodnie mijają mi jak z bicza strzelił. Tak więc wydawało mi się, że co chwilę muszę jechać na uzupełnianie. Minusem jest także odległość od salonu. Niestety mieszkam w ścisłym centrum, więc podróż w dwie strony do Lush Baru, który znajduje się na poznańskim Chartowie zajmowała mi średnio godzinkę. Niby nie dużo, ale jak dodać do tego na przykład 2,5 godziny nakładania rzęs, to praktycznie wieczór zmarnowany. 

Drugą ważną kwestią jest aspekt finansowy. Nie oszukujmy się… trzeba mieć odpowiedni budżet, żeby bawić się w przedłużanie rzęs dobrej jakości. Oczywiście, że możecie znaleźć salony, w których robi się rzęsy za nieprzyzwoicie małe pieniądze. Zgadzam się, ale pamiętajcie o tym, że liczy się przede wszystkim jakość i efekt końcowy. Mi zależało na naturalnie wyglądających rzęsach, które nie będą się błyszczały, nie będą wchodziły przede mną do pomieszczenia i będą założone w sterylnych i higienicznych warunkach. Nawet nie wiecie ilu chorób można się nabawić przez nieodpowiednie warunki sanitarne w salonach! Lush Bar jest miejscem, w którym o takie rzeczy nie musicie się martwić. Dziewczyny stawiają czystość i jakość na pierwszym miejscu. Jak wiadomo właśnie za takie rzeczy trzeba płacić. Powiem szczerze, że jak na razie moja sytuacja finansowa nie pozwala mi na takie szaleństwa, więc z ponownym nałożeniem rzęs na razie muszę się wstrzymać. Niestety…

Wspomnę Wam jeszcze o zdejmowaniu takich rzęs. A więc… zrobiłam to sama. Tak, jestem głupia. Niestety potrzebowałam bardzo pilnie, aby moje oczy wyglądały dobrze, a zapomniałam o tym, że są święta i salon będzie zamknięty. Ze względu na brak czasu, postanowiłam zaryzykować i zrobić to sama. Poczytałam trochę i stwierdziłam, że dam radę. Generalnie dałam radę, ale ucierpiały na tym trochę moje rzęsy. Muszę zaznaczyć, że gdy samoistnie wypadały mi kępki praktycznie zawsze wypadały wraz z moją naturalną rzęsą. Stworzyłam domową mieszankę, dzięki której zdjęłam rzęsy sama. Płyn micelarny, olej kokosowy, olej jojoba i olej marula. Taką mieszankę na płatek kosmetyczny i trzymałam przyciśnięte przez jakiś czas. Niektóre rzęsy zeszły od razu, sukces! Ale reszta wymagała delikatnego, a czasem mniej delikatnego tarcia. Koniec końców udało się, ale po przebudzeniu rano moje powieki były mega spuchnięte i podrażnione. Okład z lodu i korektor pomogły co prawda, ale nie polecam. Następnego dnia przy linii rzęs miałam wręcz mini strupki. Bardzo nieodpowiedzialnie, wiem. Nie zrobię tego więcej. I Wam również polecam jednak udać się do salonu, żeby ktoś kompetentny Wam to zrobił. Samo odczucie po zdjęciu… tragedia. Miałam wrażenie, że w ogóle nie mam rzęs, że oko jest małe, że spojrzenie bez wyrazu… Na szczęście po dwóch dniach zaczęłam na nowo się przywyczajać. Wróciłam też do tuszu i eyelinera!

Jak wyglądają moje rzęsy po przedłużaniu? Otóż nie najlepiej. Całkiem sporo ich wyleciało wraz z kępkami. Pewnie moje beznadziejne ściąganie się do tego również przyczyniło. Oprócz tego rzęsy są też krótsze. Mam wrażenie, że te sztuczne trochę je obciążyły i przez to te normalne nie urosły tak jak powinny. Koniec końców na razie robię przerwę od przedłużonych rzęs. Wracam do odżywki 4 Long Lashes i mam zamiar je trochę zregenerować. Ale jak tylko zdobędę odpowiednie środki i podleczę rzęsy z pewnością przedłużę je sobie nie raz, nie dwa. Generalnie polecam Wam bardzo przedłużanie rzęs, w szczególności w Lush Barze! Bądźcie pewni, że nie raz mnie tam jeszcze zobaczycie. Pamiętajcie jednak, że na taką zabawę z rzęsami potrzeba dużo czasu, cierpliwości i pieniążków!

img_5246
(Inwestycje: odżywka i nowy tusz) 

Jakie są Wasze doświadczenia w temacie przedłużania rzęs?

Buziaki:*

HIGHEELS

Tołpa biały hibiskus- rewitalizujący krem uelastyczniający pod oczy- recenzja

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wiecie, że od dawna szukam idealnego dla mnie kremu pod oczy. Za poleceniem mojej imienniczki Basi Callmeblondieee postanowiłam kupić krem z Tołpy z serii Biały Hibiskus. Seria ta przeznaczona jest do cery w wieku 30+ i ma za zadanie przeciwdziałać zmarszczkom, wygładzać i uelastyczniać skórę. Zdecydowałam się na nią pomimo tego, że mam (jeszcze) 22 lata, bo uważam, że lepiej zapobiegać zmarszczkom niż leczyć. A w składzie kremu nie ma żadnych składników, które mogłyby szkodzić mojej skórze.

image

Tubka jest bardzo mała, bo zawiera tylko 10 ml kremu. Zapłaciłam za niego 25,79 zł. Na oficjalnej stronie Tołpy jest trochę droższy, bo kosztuje 31 zł. Muszę przyznać, że jest dość wydajny. Na jedną aplikację wystarcza dosłownie malutka kropla kremu.

Co obiecuje nam producent?

Jest to rewitalizujący krem uelastyczniający. Ma zregenerować, nawilżyć, zwiększyć elastyczność skóry. Dodatkowo ją wzmocnić, zmniejszyć cienie pod oczami i przywrócić witalność spojrzeniu. Najważniejszym i najbardziej obiecującym składnikiem jest ekstrakt z ziaren białego hibiskusa, który jest odpowiedzialny za przywracanie napięcia i nawilżenie skóry pod oczami. 

Co myśli o nim Higheels?

Higheels jest umiarkowanie zadowolona :P. Krem faktycznie trochę zmniejszył cienie pod oczami z czego jestem szczególnie zadowolona, bo niestety cienie pod oczami to moja zmora. Zmniejszył też opuchliznę przez co oczy faktycznie wyglądają na mniej zmęczone. Delikatnie też napiął skórę. Na nawilżenie też nie mogę narzekać, chociaż muszę podkreślić, że akurat z tym w ogóle nie mam problemów, także ciężko jest mi powiedzieć, czy sprawdzi się dla skóry mocno przesuszonej. Nie mam zmarszczek wokół oczu, dlatego nie mogę ocenić, czy krem jest w stanie je spłycić lub w ogóle zniwelować. Sądzę, że nie, jak większość kremów. Dlatego właśnie wolę zapobiegać ich powstawaniu niż później się z nimi męczyć. Generalnie mogę powiedzieć, że biały hibiskus dał radę. Mógłby może jeszcze bardziej rozjaśnić cienie pod oczami, wtedy byłby idealny. Uważam, że jest okej, ale jakiegoś super szału nie robi. Nie było fajerwerków po pierwszej aplikacji, ani po miesiącu używania. 

Podsumowując, nadal szukam idealnego kremu, który na maksa rozjaśni cienie i zmniejszy opuchliznę. Chciałabym nałożyć go na noc i rano obudzić się, spojrzeć w lustro i zobaczyć w stu procentach wypoczęte i pełne życia spojrzenie. Może któraś z Was wie, jaki krem spełni moje oczekiwania?

Buziaki:*

HIGHEELS

Benefit It’s Potent! Eye Cream – recenzja

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Od dawna czaiłam się na stosunkowo nowy krem pod oczy marki Benefit It’s Potent!. Niestety odstraszała mnie jego cena (119 zl za 15 ml). Jak zobaczyłam, że beGLOSSY w jednym ze swoich pudełek oferuje próbkę tego kremu nie wahałam się ani chwili. Próbka zawiera 3 ml produktu i ukryta jest w przepięknie zdobionym słoiczku. Marka Benefit generalnie słynie z pięknym i pomysłowych opakowań, a ten słoiczek w stylu vintage wybitnie mi się spodobał. A wiadomo kobieta jest jak sroka i to co jej się wpadnie w oko, musi mieć :D. 

foto1

Producent zapewnia, że krem ma rozświetlić okolice pod oczami, zlikwidować cienie, zasinienia i linie wokół oczu, dodatkowo nawilżyć i odmłodzić skórę wokół oczu. Wydawałoby się, że będzie to krem idealny! Nic jednak bardziej mylnego.

Na początek zaznaczę, że mam dosyć duże i ciemne wory pod oczami. Nie mam problemu z nawilżeniem tych okolic, ale bardzo liczyłam, że ten mały kremik zlikwiduje moje wory i rozjaśni tę okolice. Próbka starczyła mi na miesiąc używania rano i wieczorem, a więc myślę, że recenzja jest jak najbardziej rzetelna.

foto2

Jeśli chodzi o jego dobre strony to nie licząc designu mogę wymienić to, że bardzo dobrze i szybko się wchłania, a więc nadaje się pod makijaż i podkład, czy korektor dobrze się na nim trzymają. Konsystencja jest lekka i przyjemna w aplikacji. Delikatnie chłodzi okolicę pod oczami, co bardzo lubię w kremach pod oczy. Ma delikatny, ale przyjemny zapach. Po miesiącu stosowania mam wrażenie, że delikatnie, powtarzam BARDZO DELIKATNIE zmniejszył opuchliznę pod oczami. I na tym kończymy zalety.

Wady! Po pierwsze słoiczek, który jest tak mały, że ciężko z niego cokolwiek wygrzebać. A jeśli ktoś ma grubsze palce, to nie wiem jak w ogóle wydobędzie produkt. W ogóle co to za pomysł z tymi słoiczkami? Może i ładnie wyglądają, ale jak ktoś ma długie paznokcie to dużo kosmetyku zostaje pod nimi! Poza tym to mało higieniczne wkładać dwa razy dziennie paluchy do kosmetyku pielęgnacyjnego. Skład kremu nie zachwyca – mało naturalnych składników, większość chemii. Przejdźmy do działania. W ogóle nie zmniejszył zasinień pod oczami. Absolutnie nie zlikwidował cieni, a tym bardziej linii, które często widać pod oczami. W tej kwestii nie zrobił nic, kompletnie nic! Zawiódł mnie na całej linii. Jak już mówiłam nie mam problemów z suchą skórą po oczami, ale mam wrażenie, że i w tej kwestii by się nie sprawdził. Rozświetlenie? Jakie rozświetlenie? Nic takiego nie zaobserwowałam. Odmłodzenie? Ciężko stwierdzić… Mam jeszcze młodą skórę (wkrótce 23 lata), a więc nie miał za bardzo co odmładzać. Generalnie TOTALNA KLAPA

Zawiodłam się strasznie. Pokładałam z nim duże nadzieje, ale nie zrobił z moją skórą zupełnie nic. No może ledwo zauważalnie zmniejszył opuchliznę…. Ale za taką cenę, to powinien co najmniej zniwelować cienie! Nie wiem o co chodzi, bo Benefit na ogół ma dobre kosmetyki. Ten krem jednak do nich nie należy. Nie polecam nikomu, bo jakbym wydała sama taką sumę pieniędzy i nie zauważyła jego działania, to nieźle bym się wkurzyła!

Dziewczyny, jeśli znacie jakiś dobry krem pod oczy, polećcie mi go! Wciąż szukam mojego ideału! Zapraszam Was serdecznie też na mojego Instagrama, gdzie wstawiam bardzo dużo różnych zdjęć :).

Buziaki:*

HIGHEELS

Oceanic AA LONG 4 LASHES- recenzja i efekty

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przyszedł w końcu czas na długo wyczekiwaną recenzję odżywki przyśpieszającej wzrost rzęs AA Oceanic Long 4 Lashes! Minęło dokładnie pół roku od kiedy zaczęłam ją używać i myślę, że to najwyższy czas, żeby Wam wszystko opisać!

Wybrałam Long 4 Lashes, bo moje rzęsy od zawsze były krótkie, cieniutkie i nie było ich wiele. Był to taki mój mały kompleks. Zawsze zazdrościłam dziewczynom, których spojrzenie było wręcz zabójcze. Oczywiście nie chciałam wydawać zbyt dużej ilości pieniędzy, dlatego Revitalash, czy inne bardzo drogie odżywki zupełnie nie wchodziły w grę.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Może najpierw kilka wiadomości technicznych. Za mały, elegancki kałamarzyk o pojemności 3 ml płacimy 49 zł (przynajmniej w aptekagemini.pl). A więc moim zdaniem niezbyt drogo. Serum nakładamy wygodnym pędzelkiem, takim jak do eyelinera wykonanym z włosia syntetycznego. Pędzelek jest bardzo precyzyjny i dość giętki, dlatego narysowanie cienkiej kreski tuż nad linią rzęs nie sprawia żadnego problemu. Aplikujemy produkt raz dziennie przed zaśnięciem. Konsystencja jest wodnista, ale produkt nie spływa nam z powieki do oka. Dodatkowo bardzo szybko się wchłania, więc nic nie zostanie nam na poduszce. Jest meeeega wydajny! Po sześciu miesiącach nadal zostało go trochę w opakowaniu, ale nie przeciągam kuracji, bo termin ważności już minął.

Działanie! Najważniejsze! Już po dwóch miesiącach zobaczyłam, że rzęsy się wydłużyły. Stopniowo stawały się coraz gęstsze i gęstsze. Zauważyłam też, że stały się grubsze i bardziej czarne. Po zakończonej kuracji mogę pochwalić się piękną (oczywiście według mnie) firanką rzęs! Są meeega długie (aż haczą mi o okulary i pomalowane dotykają brwi) i gęste! Takie o jakich zawsze marzyłam. Nadały moim oczom charakter i to mi się bardzo podoba. Już nie muszę nakładać 2 lub nawet 3 warstw tuszu, żeby moje rzęsy stały się widoczne. Czasami wcale ich nie tuszuję, tylko podkręcam zalotką. Czuję się teraz bardziej kobieca i pewna siebie. Jestem oczarowana efektem końcowym i coraz częściej słyszę komplementy na temat moich rzęs. Niestety nie mam zdjęcia ‚przed’, ale musicie mi zaufać, że rzęsy były nawet o połowę krótsze i wyglądały beznadziejnie.

Zdjęcie 15.04.2015, 18 45 29

Po lewej bez tuszu, po prawej już wytuszowane.

Zdjęcie 15.04.2015, 18 46 14

 

Zdjęcie 15.04.2015, 18 52 34

A tutaj po lewej tusz, a po prawej bez.

Warto wspomnieć, że serum zawiera związek aktywny zwany bimatoprostem, który jest uważany jako jeden z najbardziej efektywnych stymulatorów wzrostu rzęs i brwi. Niestety tę substancję stosuję się też u chorych na jaskrę, aby obniżyć ciśnienie wewnątrzgałkowe oka. Trzeba pamiętać, że zawsze trochę kosmetyku może dostać się do oka i spowodować jakieś skutki uboczne (swędzenie, pieczenie, zaczerwienienie, zaburzenia ostrości wzroku itp.). U mnie nic złego się nie wydarzyło. Oczywiście czytałam, że skutki uboczne mogą pojawić się nawet po paru latach, ale jestem dobrej myśli, że nic takiego się nie stanie :). Pamiętajcie, żeby podczas kuracji nie ignorować żadnych objawów i jeśli się takie pojawią skontaktować się z okulistą!

Dla utrzymania efektu i żeby zapobiec wypadaniu rzęs (bo i tak może się zdarzyć), stosuję teraz jako bazę pod tusz odżywkę  z Eveline Advance Volumiere, a w trakcie kuracji nakładałam Eveline SOS Lash Booster. Dodatkowo smaruję na noc rzęsy pomadką z Alterry, która ma w  składzie same naturalne olejki, które odżywiają rzęsy. Mam nadzieję, że dzięki temu efekty kuracji będą dłużej się utrzymywały.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Podsumowując, jestem bardzo, bardzo zadowolona! Nigdy nie myślałam, że mogę mieć takie rzęsy! Same musicie ocenić, czy chcecie zaryzykować i poddać się takiej kuracji. Ja zaryzykowałam i nie żałuję :). Koniecznie dajcie znać, czy stosujecie jakieś odżywki do rzęs.

Buziaki:*

HIGHEELS