Dior błyszczyk powiększający do ust- czy to działa?!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wiecie doskonale, że mam obsesje na punkcie ust/pomadek/błyszczyków i wszystkim możliwych produktów do pielęgnacji ust. Jako maniaczka tego typu kosmetyków nie mogłam przejść obojętnie obok mocno osławionego już błyszczyka marki Dior Lip Maximizer. Co to jest? A więc jest to błyszczyk powiększający usta, który dzięki zawartości kwasu hialuronowego i nie tylko zwiększą objętość ust i poprawia ukrwienie. Czy to w ogóle możliwe, żeby taki zwykły kosmetyk powiększył nam usta. Odpowiem od razu. Tak, ale nie jest to powiększenie godne operacji plastycznej. Nie liczcie na usta niczym Kylie Jenner. Powiedziałabym, że jest to bardzo subtelne ich wypełnienie. Wklejam Wam zdjęcie przed i po. Bardzo chciałam pokazać Wam różnicę, ale jest ona praktycznie nie widoczna (na zdjęciu!). W rzeczywistości można zobaczyć zmianę.

image

Może przybliżę Wam jego cenę, zapach, konsystencję i tak dalej. Niestety cena jest raczej zabójcza, bo aż 160 zł za takie opakowanie. Ja miałam szczęście, bo moja mama postanowiła sprezentować mi go pod choinkę. Jeśli chodzi o zapach jest on dość specyficzny. Według mnie jest to połączenie delikatnej mięty z wanilią. Dość kontrowersyjne, ale summa summarum przyjemne połączenia. Po jakieś minucie od aplikacji zaczynamy czuć, że kosmetyk działa, a mianowicie czuć przyjemne oziębienie i lekkie mrowienie. Spokojnie jest na tyle delikatne, że w ogóle nie przeszkadza. Konsystencja jest idealnie lepiąca jeśli chodzi o błyszczyk. Bardzo fajny sztywny i precyzyjny aplikator z gąbeczką na końcu.

image
(Dolne zdjęcie PO)

A więc kluczowe pytanie: „Czy warto?”. Nie mogę pominąć faktu, że jest to jeden z nielicznych produktów, który faktycznie odżywił i nawilżył moje usta w tak krótkim czasie. Moje usta były w opłakanym stanie. Takim, że aż piekły kiedy kładłam się spać. Nałożyłam grubą warstwę błyszczyka (tak, że usta świeciły się jak diamenciki) i poszłam spać. Rano obudziłam się z autentycznie nawilżonymi i zregenerowanymi ustami. Żaden produkt nie zadziałał nigdy tak szybko. Po dwóch aplikacjach problem zniknął całkowicie. Jestem normalnie w szoku jak dobrze Dior sprawdza się jako nawilżacz. Jeśli chodzi o powiększanie ust to szczerze powiedziawszy mam dość duże wargi, więc mega powiększenie nie jest mi potrzebne. Jednak jakieś delikatne wypełnienie jest zauważalne. Nie wiem jakby to było przy wąskich ustach. Uważam, że jest to produkt bardzo uniwersalny. I do noszenia na co dzień (przy jednej warstwie) i do pokreślenia ust na wieczór (dwie warstwy), kiedy na przykład mamy mocno zaakcentowane oczy. Przy dwóch warstwach poziom nabłyszczenia jest mocny, więc zależy jak kto lubi. Ja preferuję jednak jedną warstwę. Odpowiadając na pytanie, które sama sobie inteligentnie zadałam, nie jestem w stanie określić jednoznacznie. Z jednej strony za TAKIE nawilżenie można dać naprawdę duże pieniądze, ale czy aż 160 zł? A może jeszcze nie trafiłam na taki dobry drogeryjny nawilżacz? Chociaż mam wrażenie, że wypróbowałam już praktycznie wszystko. Niestety jeśli liczycie na efekt wielkich ust, to uważam, że nie warto. Naprawdę aż takiej różnicy nie ma. To już chyba lepiej odkładać pieniążki na wypełnienie kwasem hialuronowym w jakimś salonie urody. Szczerze Wam powiem, że opakowanie jak na produkt za 160 zł wcale tyłka nie urywa. Jest plastikowe i według mnie lekko zalatuje tandetą. Naprawdę mogli bardziej się postarać. Fakt faktem, że wydajny jest. Mam go od końca grudnia, używam regularnie i jeszcze sporo mi go zostało. Mam nadzieję, że bez problemu uda się wydobyć końcówkę produktu z dna opakowania, bo jeśli nie to Higheels będzie bardzo zła! Także powiem Wam, polecam jeśli chodzi o nawilżenie. Jako powiększacz ust, to już mniej!

Ciekawa jestem, czy ktoś z Wam go używał i czy ma podobne uczucia. Czekam na Wasze opinie! Pada i pada w Poznaniu, a ja czekam aż przestanie i spadam biegać. Ostatnio się w to mega wkręciłam. Nareszcie pokonałam barierę nienawiści do tego sportu, która powstała w gimnazjum :P. Biegacie?

Buziaki:*
HIGHEELS

Fit brownie z czerwonej fasoli! Nie, to nie jest żart!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Tak, to pierwszy kulinarny wpis na higheels.pl ! Na wstępie chciałam Wam zaznaczyć, że absolutnie nie jestem specjalistką do spraw gotowania czy pieczenia. Nie znam się za bardzo na tym i nie zamierzam udawać, że jest inaczej :P. Po prostu jakiś czas temu wpadłam na przepis, który mnie na tyle zaciekawił, że postanowiłam sama spróbować. Chodzi o brownie, którego składnikiem bazowym jest czerwona fasola (!). Sama nie wierzyłam i sama nie byłam przekonana, ale po spróbowaniu zmieniłam zdanie. Jest to super alternatywa dla normalnych, ciężkich, tłustych i kalorycznych ciast. Staram się normalnie nie jeść słodyczy i wychodzi mi to całkiem dobrze. Jednak od czasu do czasu mam ochotę na coś czekoladowego, wtedy właśnie idę po fasolę i robię właśnie to ciasto. Myślę, że spokojnie możecie je jeść nawet będąc na diecie! I na dodatek jest pyszne- puszyste i mocno czekoladowe! Co więcej jest banalnie proste i szybkie w przygotowaniu. Nawet taki laik i leniuch jak ja (przynajmniej w dziedzinie „Kuchnia”) sobie świetnie radzi. A więc do roboty!

Co potrzebujemy?

image

Składniki:

Ciasto:

– 2 puszki czerwonej fasoli,
– 4 jajka,
– 2 banany,
– 3 łyżki kakao,
– 1/3 szklanki cukru trzcinowego,
– półtora łyżki miodu (ja miałam lipowy),
– półtora łyżeczki proszku do pieczenia,
– 3 łyżki oleju kokosowego (albo w zamian rzepakowego).

Polewa:

– tabliczka gorzkiej czekolady (im więcej procent kakao tym lepiej, ja miałam 90%)
– 1/4 szklanki mleka (podczas rozpuszczania można dolewać więcej)
– dwie łyżki kakao.

Jak to robimy?

Otwieramy puszki z fasolą, płuczemy ją dokładnie i wsypujemy do dużej miski. Następnie dodajemy resztę składników. Po kolei: jajka, olej kokosowy, banany, kakao, proszek do pieczenia, cukier i miód. Teraz włączamy mikser i zostawiamy na dobre 8 minut. Jeśli po tym czasie nadal widzicie skórki fasoli lub masa po prostu nie jest gładka, sięgnijcie po blender i zblendujcie wszystko dodatkowo. Kiedy pierwszy raz robiłam to ciasto postawiłam tylko na mikser i ciasto nie było tak puszyste i czasem zdarzyła się właśnie jakaś skórka, która zdradzała całą tajemnicę ciasta! 

image

Gotową już masę przelewamy do foremki. U mnie silikonowa forma z Ikei w bardzo niepasującym mi kolorze, ale niestety innej wtedy nie było. Wkładamy do rozgrzanego wcześniej piekarnika do 180 stopni. I tak pieczemy ok. 45 minut. W oryginalnym przepisie widziałam 40-60 minut, ale wystarczy spokojnie 45 minut. Zresztą sprawdźcie sobie patyczkiem drewnianym po tym czasie. Pewnie znacie się na tym bardziej niż ja :P. 

image

Pod koniec pieczenia zabieramy się za polewę! Do małego garnuszka wrzućcie połamaną czeko. Do tego wlejcie mleko i wsypcie kakao. Na bardzo małym ogniu powoli rozpuszczajcie wszystko cały czas mieszając. Jeśli jest zbyt gęste, to dolejcie mleka. Jeśli polewa będzie dla Was zbyt gorzka, to weźcie połowę gorzkiej, a połowę słodkiej czekolady. Dla mnie gorzka jest super w połączeniu z ciastem.

Co teraz? Wyciągamy ciasto i polewamy!

image

Nie mam pojęcia, dlaczego ciasto postanowiło sobie tak popękać, ale bez obaw, polewa wszystko wyrównała, a w środku jest jak najbardziej w porządku!

image

Co tu dużo mówić… Ciasto pycha! Nie dość, że zdrowe i wpisujące się idealnie w ostatnie modną filozofię FIT, to jeszcze w smaku przepyszne. Koniecznie spróbujcie! Aha i nie, nie czuć w smaku fasoli. Uwierzcie mi, inaczej mój mężczyzna nie zjadłby nawet kawałka, a właśnie wcina drugi. Bez problemu oszukacie każdego niejadka, że to najzwyklejsze na świecie brownie :). Dajcie znać, czy zrobiłyście!

Buziaki:*

HIGHEELS