OMO- metoda mycia, którą pokochały moje włosy!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wiosna nadeszła, a więc czas na podcięcie końcówek. Swoje obcięłam jakieś 2 tygodnie temu i obiecałam sobie (tak jak zawsze po obcięciu), że będę o nie jeszcze bardziej dbała, żeby były długie, lśniące i zdrowe. Długie są, zdrowe teraz też, lśniące zależy. Jednak od kiedy zaczęłam stosować metodę mycia włosów OMO zdecydowanie poprawiła się ich kondycja! Ale po kolei…

Co to jest OMO? Rozwijając skrót O- Odżywka, M- mycie, O- odżywka. Jest to metoda mycia, która polega na tym, że najpierw myjemy włosy odżywką do włosów.

Pierwsze O:

Na zwilżone włosy nakładamy odżywkę. Jaką chcecie. Ja na przykład bardzo lubię używać Kallos Latte, bo jest tania i jest jej dużo. Możecie na przykład zużywać do tego odżywki, które Wam się nie sprawdziły. Ważne jest to, że taki zabieg przed samym myciem zabezpiecza włosy i chroni je przed wysuszeniem spowodowanym obecnością SLSów w szamponach. Masujemy włosy skupiając się na długości, zarazem omijając skalp. 

M:

Czas na mycie. Tutaj żadnej filozofii. Po prostu nabieramy szampon i myjemy włosy u ich nasady. Tu z kolei nie musimy skupiać się na długości, bo włosom wystarczy resztka szamponu, która spłynie i odżywka. W końcu najważniejsze, żeby umyć je przy nasadzie, tam gdzie tego najbardziej potrzebują. Ostatnio testuję szampony Alterry i jestem zachwycona. Ten z papają jest genialny! Stosuję go wymiennie z szamponem z Pharmaceris, który ma ograniczyć wypadanie włosów. Niestety na wiosnę trochę ich gubię. Teraz spłukujemy i…

Drugie O:

… znów odżywka lub maska. Ja często, gdy nie mam czasu, stosuję znów Kallosa na dosłownie 5 min. Jednak warto wybrać maskę, która zawiera więcej składników odżywczych, np Biovax. Swoją drogą stosuję ostatnio jego wersję z awokado i muszę przyznać, że jest naprawdę dobra. Im dłużej potrzymacie maskę na głowie, tym lepiej. Wiadomo :). I cała filozofia metody OMO.

image

Jakie są jej zalety? Po pierwsze nawilżenie włosów, które po jakimś czasie przestają się puszyć! Tak strasznie mnie to zawsze wkurza jak mi się puszą włosy. A tu taka niespodzianka! Wystarczy je dostatecznie nawilżać. Włosy stają się bardziej lśniące i gładkie. Na pewno bardziej odżywione i elastyczne. Miękkie i miłe w dotyku? Oczywiście! Lepiej się rozczesują, nie plątają się. Widać ogromna różnicę w wyglądzie włosów po normalnym umyciu, a umyciu metodą OMO. Żałuję, że wcześniej nie odkryłam tej metody, bo działa na moich włosach cuda! Polecam spróbować :).

Buziaki:*

HIGHEELS

Mini denkowy szał vol. 7!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przepraszam, że ostatnio rzadziej pojawiają się wpisy na blogu, ale niestety cierpię na brak czasu.Obiecuję uroczyście poprawę. Co tam u Was? Ja właśnie wróciłam na Święta do Polski. Kto nigdy nie przeżył dłuższej rozłąki z bliskimi, pewnie nie będzie wiedział jakie to uczucie. Powiem tylko jedno- NAJLEPSZE NA ŚWIECIE. Wiesz, kiedy jesteś dorosły, kiedy nie obchodzą Cię prezenty i  cała otoczka związana ze Świętami, tylko to że w końcu zobaczysz osoby, które tak bardzo kochasz :). 

Powracając do tematu głównego, wyjeżdżając zdałam sobie sprawę, że zużyłam już parę kosmetyków i warto byłoby podzielić się z Wami moim zdaniem na ich temat. Niestety jest ich tylko 5, a więc nazwałam ten post Mini Denkiem. Dziś znajdziecie u mnie dwóch absolutnych Ulubieńców! Zaczynamy!

vsco-photo-2

vsco-photo-3

1. Evrēe, Magic Rose, upiększający olejek do twarzy i szyi. 

Czy jestem jedyną osobą na świecie, u której ten olejek się średnio sprawdził? Kupiłam go kiedyś na promocji za jakieś 17 zł. Na plus mogę wymienić: niesamowitą wydajność, zapach róży, szybkie wchłanianie, delikatne zmniejszenie ilości wydzielanego serum. Niestety olejek mnie zapchał. Zaczęły mi po nim wychodzić malutkie podskórne krostki. Czułam się, jakbym miała kaszkę pod skórą. Nie dość tego parę razy naprawdę poważnie przesuszył mi skórę. Na pewno nie pomógł mi oczyścić twarzy, ani nie zredukował niedoskonałości. Wręcz czasem wychodziły mi po nim bardz bolący i nieprzyjemni goście na twarzy. No średnio się u mnie sprawdził, mimo tego, że jest w nim olejek z róży, który moja skóra lubi. Nie kupię go ponownie na pewno. Wolę szukać czegoś nowego. Stosowałam go tylko na noc na twarz i to w niewielkiej ilości, a i tak mi zaszkodził. No nie polecam go niestety.

2. Purederm, krem do rąk o zapachu miodu. 

W Hebe znajdziecie trzy wersje zapachowe tego kremu- miód, lawenda i nagietek. Dzisiaj skupiam się na miodzie, bo tamtych jeszcze nie testowałam. Po pierwsze są tanie jak barszcz (4,99 zł), a często możemy też znaleźć je w promocji 3 za 2! Płacąc ok. 10 zł dostajemy aż 3 kremiki, które wbrew pozorom są naprawdę wydajne. Oczywiście skład nie zachwyca. Gdzieś daleko w składzie są masło shea, mocznik i ekstrakt z miodu, ale przodują jednak woda, gliceryna i alkohol. Mimo to jestem w szoku, bo ten krem sprawdził się u mnie rewelacyjnie! Fakt faktem moje dłonie nie są jakoś bardzo przesuszone, ale ze uczuciem ściągnięcia po kąpieli MIÓD radzi sobie, jak nikt inny! I najlepsze- ZAPACH. Booooże… jeśli lubicie słodki, miodowo-mleczny zapach, musicie spróbować tego kremu! Sama jestem zdziwiona, że taki zwykły, glicerynowy krem jest aż tak dobry. Bezapelacyjnie polecam!

3. Guess Guess woda perfumowana.

Te perfumy miałam baaardzo długo i bardzo bardzo je lubiłam. Delikatny kobiecy zapach na co dzień. Połączenie zapachu kwiatowego z owocowym. Nie umiem opisywać zapachów, kompletnie. Powiem Wam więc tylko, że jest intensywny, ale jednocześnie świeży. Bardzo przyjemnie mi się go nosiło. Koniecznie powąchajcie go gdzieś w sklepie, jak będziecie miały okazję. Nie sądzę, żebym kupiła je ponownie, bo ja po prostu nigdy nie używam tych samych perfum, ale polecam jak najbardziej!

vsco-photo-4

4. ECOSPA, hydrolat ekologiczny lawendowy.

Jako największa fanka hydrolatów myślałam, że i ten się u mnie dobrze sprawdzi. Jednak nie do końca tak było. Po pierwsze zapach… naprawdę jestem w stanie dużo wytrzymać, ale coraz bardziej przekonuję się, że lawenda nie jest moją ulubioną nutą zapachową. Bardzo ciężko mi było się do niego przyzwyczaić. Na początku aż mi było niedobrze.. Działaniem też nie zachwycił. Właściwie to nie zrobił praktycznie nic. Oczywiście nie wymagam od hydrolatów czegoś niestworzonego, ale chciałabym żeby różniły się czymś od wody :P. 

5. ECOSPA, hydrolat ekologiczny oczarowy. 

Ten hydrolat z kolei bez oporów kwalifikuję do grupy „Najlepsze hydrolaty jakich używałam”. Przepięknie koił i łagodził podrażnienia na mojej skórze. Szczególnie wtedy, kiedy trzymałam go zawsze w lodówce. I to przyjemne uczucie, kiedy przemywasz nim twarz z rana…mmm :). Dodawałam go też często do maseczek i moim zdaniem  szybciej wtedy leczyły się wszelkie stany zapalne. Nie dość, że odświeżał, to jeszcze takie cuda robił. Na pewno kupię go ponownie i polecam Wam go gorąco!

To już koniec dzisiejszego denka. Wybaczcie, że tylko 5 produktów. Następnym razem będzie więcej. Koniecznie wpadajcie na mojego Instagrama i Facebook’a!

Buziaki:*

HIGHEELS