Higheels radzi: Jak zmienić kształt paznokci na migdałki?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Całe życie piłowałam paznokcie na płasko. Myślałam, że tak moje palce wyglądają najkorzystniej. No i w ogóle nie ma wielkiej filozofii w piłowaniu paznokci w ten sposób, także było mi to na rękę (dosłownie :P). Jakiś czas temu, będąc jeszcze we Włoszech, zupełnie spontanicznie wpadłam na pomysł, żeby zmienić ich kształt. A że ostatnio wpadły mi w oko właśnie migdały, wybór padł właśnie na nie. Jak to zrobić?

Po pierwsze potrzeba czasu. Paznokcie i skórki wokół muszą się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Myślę, że musimy sobie dać na to jakieś 7/8 tygodni. Wiem, dość sporo, ale uwierzcie mi, że nawet po 2/3 tygodniach już będą zaczynały wyglądać dobrze. Poza tym WARTO! Te 7/8 tygodni to jest już taki naprawdę maksymalny czas. Daję dwutygodniową nadwyżkę, bo nie wiem przecież, jak szybko rosną Wam pazury. Mi na przykład wkurzająco baaardzo szybko, także efekty było widać naprawdę szybko. Alee spokojnie, cierpliwości!

Jak się za to zabrać? Piłować, piłować i jeszcze raz piłować. Pierwszy raz był najgorszy. Zapuściłam dość długie paznokcie w starym kształcie i zaczęłam spiłowywać po obu stronach paznokcia tak, aby otrzymać kształt taki jaki sobie wymarzyłam. Piękny, lekko zaokrąglony migdałek. Oczywiście nie wyszło mi to idealnie, a zajęło strasznie dużo czasu. Niektóre były bardziej szpiczaste, inne mniej. Postanowiłam się jednak tym nie przejmować. Zostawiłam je i po ponad tygodniu znów wróciłam do piłowania. I tak powtarzałam tę czynność przez bite 6/7 tygodni co około tydzień. Nie obcinałam paznokci nożyczkami. Tylko leciutko je skracałam pilnikiem. Najważniejsze jednak było piłowanie po bokach. Cały czas cierpliwie je zaokrąglałam, aż w końcu zaczęły wyglądać tak jakbym tego chciała. Po tym czasie nauczyłam się też równo je piłować. Już nie jest tak, że jeden albo dwa nie pasują do reszty :P. 

Powiem szczerze, że nie rozumiem dlaczego przez całe życie wybierałam paznokcie obcięte na prosto. Migdały są najlepsze na świecie! Palce wydają się dłuższe i smuklejsze. W ogóle dłonie wyglądają o wiele bardziej kobieco, wręcz seksownie, tak mi się przynajmniej wydaje. Niesamowicie mi się teraz podobają. Fakt faktem, trzeba mieć dość mocne i wytrzymałe paznokcie, bo jednak są one dłuższe niż nosiłam kiedyś. Na początku było dziwnie, ale przyzwyczaiłam się. A! I uważajcie, żeby kogoś nie podrapać, bo właśnie teraz jesteście w posiadaniu swoistej broni :P. Jeśli chodzi o to, jak wzmacniam paznokcie, to przede wszystkim muszę Wam powiedzieć niestety, że to jak się odżywiacie, ma jednak największy na nie wpływ. Także, powtórzę to, co słyszycie w każdych możliwych mass media- owoce, warzywa! Fast foodom mówimy nie ble ble ble… Resztę znacie :).

Jeśli jednak wolicie zabezpieczyć się jakimś kosmetykiem (ja na wszelki wypadek zawsze to robię), to polecam gorąco odżywkę z Golden Rose Black Diamond Hardener. Jest genialna! Nie zawiera w swoim składzie szkodliwego formaldehydu, który można często znaleźć w tego typu produktach. Jeśli nie wiecie, co to jest formaldehyd i jak wpływa on na nasze zdrowie, zapraszam na POST, który pisałam dla Was już jakiś czas temu. Tam wszystkiego się dowiecie :). Produkt z Golden Rose sprawia, że pazury są naprawdę twardsze i mocniejsze. Nie łamią się i wytrzymują znacznie więcej niż normalnie.

higheels

 A tak obecnie (no może już mniej, bo muszę na nowo je pomalować :P) wyglądają moje paznokcie. Lakier to Golden Rose Rich Color nr 106.

image

Jestem z nich niesamowicie zadowolona! O wiele bardziej mi się podobają i też ja się w nich lepiej czuję. Polecam! Teraz tylko jak zmieniam lakier delikatnie skracam je pilnikiem. Pod lakier zawsze nakładam wspomnianą odżywkę i tak wygląda moja cała pielęgnacja. Nie denerwujcie się, jeśli nie będzie Wam na początku wychodziło piłowanie. Spokojnie, nauczycie się. Ja aż miałam ciarki od tego odgłosu :P. Dajcie znać, jaki kształt Wy nosicie.

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol. 8!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Czy kiedykolwiek wyjdzie słońce?! Jeszcze tydzień i depresja u Higheels murowana. Nie poddaję się jednak i piszę dla Was NOWEGO POSTA. Jestem w szoku, ile produktów udało mi się zużyć w ostatnim czasie! Właśnie zerkam do mojej siatki z opakowaniami i nie dowierzam, ile pudełek od kosmetyków makijażowych w niej leży! Oznacza to tylko jedno- denko makijażowe zrobię osobno. Tak, pierwszy raz na moim blogu :D. Dzisiaj jednak zapraszam Was na standardowy Projekt Denko kosmetyków raczej pielęgnacyjnych. Dziś aż 10 produktów, ale nie martwcie się, bo niektóre już dobrze znacie.

image

image

1. Vichy, Normaderm, żel głęboko oczyszczający. 

Ten produkt jest mega, super, hiper wydajny! Nie da się go zużyć w czasie, który przewiduje producent. Na szczęście nie zmienia swoich właściwości po upływie daty ważności, dlatego spokojnie można zużywać go do końca. Używałam go przez dobrych parę lat i byłam z niego pozornie zadowolona na początku. Później jednak zauważyłam, że moja skóra nadmiernie się błyszczy. Okazało się, że płyn ten bardzo mocno ją wysuszał. Nie powiedziałabym, że oczyścił głęboko moją skórę. Może faktycznie zwęził pory i zredukował ilość wyprysków. Po myciu jednak skóra była tępa, kiedy przejeżdżałam po niej palcem. Była zbyt czysta! Naturalna warstwa ochronna sebum nie istniała! Ten żel wysuszał ją wręcz drastycznie. Zaczęłam stosować go rzadziej, ale tak czy siak nadal ją wysuszał. Przy myciu baaaardzo się pienił, co oczywiście zawdzięczamy obecności Sodium Laureth Sulfate (sławne SLS) w składzie. Nie mówię o tym, że jak dostał się do oczy, to je po prostu wypalał. Fakt faktem zmywał nawet najcięższy podkład, ale dziękuję bardzo za takie wysuszenie! Dodatkowo jest drogi… Podsumowując, nie polecam go. 

2. Vichy Capital Soleil SPF 50.

Chyba nie muszę Wam mówić, że jest to mój ulubiony krem z filtrem! Widać to chociażby po Denkach i Ulubieńcach. Kolejne opakowanie, tym razem SPF 50, wylądowało w koszu. Uwielbiam go i na pewno nie zrezygnuję z niego szybko. Teraz w kosmetyczce stoi świeżo otwarta wersja SPF 30. Jeśli jeszcze go nie próbowaliście, to zachęcam gorąco!

3. Surowe masło shea z zrobsobiekrem.pl.

Zużywałam je bardzo długo, ale z wielką przyjemnością. Przydawało się praktycznie do wszystkiego. Do wysuszonych miejsc (łokcie, pięty, skórki przy paznokciach). Po regulacji brwi, aby czerwone miejsca szybciej zniknęły. Po depilacji, żeby złagodzić skórę. Użyteczne również przy hennie brwi do natłuszczania przed nałożeniem henny. Bardzo dobrze mieć w kosmetyczce taki uniwersalny produkt. Przyda Wam się do wszystkiego, a wcale nie jest drogi. Teraz zastępują go u mnie oleje: kokosowy, jojoba, ale na pewno kiedyś do niego wrócę. 

4. Sylveco, lekki krem brzozowy.

Uważam, że jest to jeden z lepszych kosmetyków marki Sylveco. Bardzo dobrze sprawdził się u mnie w okresie letnim i jesiennym. Nakładałam go zawsze rano na czystą skórę twarzy. Bardzo higieniczne opakowanie z pompką, takie jakie lubię najbardziej. Lekka konsystencja, która wchłania się w mgnieniu oka. Zapach średni, ale nie o to przecież chodzi. Pod makijaż nadawał się idealnie. Ładnie nawilżał skórę w ciągu dnia. Nie było to jakieś spektakularne nawilżenie, ale na tamten okres mi starczyło. Skład całkiem, całkiem. Olej z pestek winogron, olej sojowy, masło shea, olej arganowy na pierwszych miejscach. Faktycznie jest też alkohol, ale nie zauważyłam, żeby jakoś negatywnie wpłynął na skórę. Nie zapchał mnie, ani nie podrażnił. Z czystym sumieniem go polecam. W okresie letnim na pewno zagości u mnie jeszcze nie raz.

image

5. LaciBios femina.

Jest to żel do codziennej pielęgnacji okolic intymnych. Stosowałam go zawsze po depilacji bikini, aby złagodzić podrażnienia. Gdzieś, kiedyś słyszałam, że działa. Niestety średnio. Niby coś tam złagodził, ale liczyłam na więcej. Jeśli słyszałyście o produkcie, który sprawdzi się w tej roli, dajcie mi koniecznie znać! Tego kosmetyku niestety nie polecam.

6. Sylveco, lniana maska do włosów.

Napisałam dla Was kiedyś post o pierwszych wrażeniach po uzyciu tej maski. Możecie poczytać o nich TUTAJ. Niestety moje zdanie za bardzo się nie zmieniło w tej kwestii. Konsystencja tej maski jest baaardzo dziwna. Niby płynna (aż za bardzo), ale taka jakby piankowa. Strasznie, ale to strasznie plątała mi włosy. Nie mogłam ich rozczesać po nałożeniu, ale tez po spłukaniu nie było lepiej. Po zabiegu włosy bardzo napuszone, jakieś takie nieułożone. W dotyku nie były wcale lepsze. Ani to miękkie, ani lejące, ani nawilżone. Próbowałam uzywać ją na różne sposoby. Na początku, zgodnie z zaleceniami producenta, czyli na umyte włosy i spłukać po 2 minutach albo przed umyciem jako kompres pozostawiony na pół godziny. Pierwszy sposób dodatkowo jakoś obciążał mi włosy. Drugi sposób trochę lepiej, bo nie obciążał, ale z drugiej strony jakoś dziwnie je puszył. No nie polubiłyśmy się. Na pewno nie nawilżyła moich włosów, a wręcz mam wrażenie, że były po niej jakieś suche. Nie widziałam żadnej poprawy w wyglądzie i kondycji włosów. Niestety muszę powiedzieć, że jest to totalny bubel.

7. Purederm, Botanical Choice, plastry na nos.

Kiedyś plastry z tej firmy z olejkiem herbacianym trafiły u mnie do Ulubieńców. Z tych z kolei jestem średnio zadowolona. Nie pomagały mi za bardzo. Ledwo widziałam jakiekolwiek efekty po ich zastosowaniu. Nie zasuszały też wyprysków, które czasem się u mnie zdarzyły, tak jak ich poprzednicy z herbatą. Miałam wrażenie, że nakładam je zupełnie na darmo. Tak dla sportu, a to przecież nie o to chodzi. Nie kupię ich już więcej, tym bardziej, że widziałam że w Hebe są strasznie drogie. Moje opakowanie dostałam kiedyś w Biedronce za nieco ponad 7 zł.

image

8. Vaseline, Intensive care, Essential Healing Lotion, balsam nawilżający.  

Na razie koniec narzekania :P. Między mną, a tym balsamem zaiskrzyło. Polubiliśmy się szczególnie w lato. Z początku używał go tylko mój narzeczony, ale w końcu i ja się do niego przekonałam. Pięknie pchnie, dość szybko się wchłania i całkiem, całkiem nawilża. Ładnie napina skórę i dodaje jej blasku, co jest efektem pożądanym szczególnie latem. Jest mega wydajny! Taka mała pojemność starczyła nam na naprawdę długi czas. Całe szczęście nie pozostawiał lepkiego filmu, który doprowadza mnie do szału, kiedy jest gorąco. Naprawdę zaplusował u mnie!

9. Gillette for Women, Satin Care with a touch of Olay, pianka – żel do golenia dla kobiet.

Pierwszy raz miałam do czynienia z żelem, który zamieniał się w piankę. Serio! Powiem szczerze, że bardzo mi się to spodobało! Produkt jest super wydajny! Pozornie ma się wrażenie, że potrzeba go sporo, ale wystarczy dosłownie odrobinka. Nawet dla długich nóg! Nie wiem jakim sposobem, ale coś w stylu cudownego rozmnożenia chyba :P. Nie wysuszał skóry, a nawet po depilacji była bardzo przyjemnie nawilżona, mięciutka i miła w dotyku. Maszynka gładko sunęła po skórze, nie było z tym żadnego problemu. Zapach jak najbardziej przypadł mi do gustu. Jedynym jej minusem jest wysoka cena (19 zł). Teraz szukam czegoś równie dobrego w lepszej cenie. Mam już coś na oku, ale na razie nic Wam nie powiem :P. Mimo wszystko uważam, że na różnych promocjach warto go kupić i spróbować.  

10. Cetaphil, krem intensywnie nawilżający. 

Ostatni produkt i znów trochę narzekania. A co mi tam :P. Wiem, że wiele osób (w tym lekarze) polecają go, jako świetny środek nawilżający. Uważam, że faktycznie całkiem dobrze nawilża, ale jakim kosztem! On się nigdy nie wchłania! Nawet po nocy zostawał jakiś taki klejący film na skórze. Nie ma mowy o stosowaniu go na dzień. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Tak jakby skóra była wiecznie brudna, poklejona i tłusta. Oj bardzo nie lubię czegoś takiego. Ciężko się też rozprowadzał pomimo dość lekkiej konsystencji. Muszę mu oddać, że jest bardzo wydajny, jednak jest to nieliczna z jego zalet. Cena też nie zachęca, jak w przypadku większości kosmetyków marki Cetaphil. No nie jest to krem dla mnie. Zupełnie się nie sprawdził. Po którymś użyciu zapchał mnie, co mi się praktycznie nie zdarza. Także bez wyrzutów sumienia, nie polecam Wam go.

Tak się prezentuje moje ósme już denko na blogu. Życzę Wam miłego wtorku! Jeśli tylko macie ochotę, napiszcie co Wam udało się ostatnio zdenkować. Zapraszam na mojego Facebooka i Instagrama!

Buziaki:*

HIGHEELS

Czy warto jechać na Erasmusa? I dlaczego TAK!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wróciłam. Nareszcie mam czas na porządne prowadzenia mojego bloga. Przepraszam, że przez jakiś czas posty pojawiały się rzadziej, a i Instagram pozostał trochę zaniedbany. Teraz jednak powracam do Was i zdecydowałam się napisać dla Was post o tym, czy faktycznie warto jechać na Erasmusa. Od razu w pierwszym zdaniu powiem Wam, że zdecydowanie TAK! Ja na przykład nie mogę przeżyć tego, że ta przygoda mojego życia dobiegła już końca… Zacznijmy jednak od początku.

Co to jest Erasmus? Jest to program wymiany studentów, który powstał w 1987 roku. W praktyce wygląda to tak, że Unia daję ci możliwość i pieniążki, żeby studiować przez semestr lub nawet w rok w innym kraju. Kupa papierkowej roboty i załatwiania, ale jest to doświadczenie warte każdej poświęconej temu minucie. Czy Erasmus jest dla każdego? Tak, ale dla niektórych kierunków studiów powinien być wręcz obowiązkowy!

Jeśli studiujesz języki, to znaczy różne filologię lub tego typu kierunki, moim zdaniem, Erasmus jest koniecznością. Nigdzie indziej nie nauczysz się języka, jak właśnie w kraju, w którym się w nim mówi. Chodzi tu też o to, że niestety na uniwerku nie nauczą cię nigdy języka, którym posługuje się młodzież, ale również język, którego używa się na co dzień zdecydowanie różni się od tego uniwersyteckiego. Mówiąc o sobie zawsze będę posługiwać się przykładem języka włoskiego. Pomimo tego, że jest to mój ostatni rok studiów i znajomość włoskiego opanowałam na poziomie C2, ten wyjazd nauczył mnie olbrzymiej ilości nowych słówek, konstrukcji, wyrażeń. Czasem nawet tych banalnych (jak na przykład „klosz”), których nigdy wcześniej nie miałam okazji użyć. Niesamowicie się z tego cieszę. O wiele łatwiej rozmawia mi się teraz z Włochami. Nauczyłam się też takich trywialnych rzeczy, jak przeklinanie (które jest oczywiście bardzo złe), ale zdecydowanie zbliża nas do włoskiego używanego na co dzień przez Włochów. Nie mówię już o tym, że będąc zanurzonym w tym języku, znikają wszystkie bariery językowe. Zdolność wypowiadania się na różne tematy rozwija się i nawet nie spostrzegasz się kiedy to się dzieje. Nawet nie wiesz, kiedy zaczynasz powoli myśleć w tym języku, a nawet śnić. Zaczynasz używać naprzemiennie dwóch języków i nie zdajesz sobie sprawy czasem kiedy mówisz po włosku zamiast po polsku! Niesamowite uczucie! Tak więc, według mnie Erasmus jest to coś co zdecydowanie powinno być obowiązkowe dla studentów wszelkich filologii. Co oczywiście nie wyklucza studentów innych kierunków. Jest to wspaniała okazja, żeby podłapać podstawy nowego języka! 

Nowe znajomości, nowi ludzie, nowe kontakty! To wszystko gwarantuje ci właśnie dłuższy pobyt za granicą! Oczywiście nie wszystkie przetrwają powrót do kraju, ale niektóre z pewnością się utrzymają! Pomyślcie, że możecie w przyszłości odwiedzać znajomych w Szwecji, Niemczech, Hiszpanii, czy nawet w… Bangladeszu! Nie chodzi mi tu tylko o znajomych. Można również podłapać nowe kontakty, które pomogą w życiu zawodowym. Kto wie, może akurat znajdziesz dzięki nim pracę marzeń. Erasmus daje szansę poznawania nowych ludzi praktycznie każdego dnia! Dzięki temu cała nieśmiałość, jaka gdzieś tam w tobie tkwi znika. Otwierasz się na ludzi, opanowujesz to perfekcji „small talk” i starasz się na wszelką cenę zapamiętać wszystkie imiona poznanych ludzi. Marku Zuckerbergu, dzięki Ci za Facebook’a! Bez niego byłoby ciężko. Grono studentów erasmusowych to wspaniała solidarność ludzi, którzy nie mają zbyt wielu pieniędzy, oszczędzają na wszystkim, chcą się bawić i mają te same problemy co ty! (Jak powinnam wypełnić Learning Agreement? Gdzie znaleźć mieszkanie? Co zrobić, jak zginęła moja paczka? Gdzie kupić najtańsze wino?).

Oczywiście po drodze napotkasz masę problemów. Również na uczelni. I to tej macierzystej, jak i tej zagranicą. Zdarzają się trudne egzaminy, dziwni wykładowcy… Jednak moim zdaniem na prawdę zaryzykować. Po takim pobycie na Erasmusie masz wrażenie, że każdą możliwą sprawę jesteś w stanie załatwić (nawet antybiotyk o 23:30, bo okazało się, że w klubie, w którym byłeś tydzień temu ktoś zaraził się bakterią, która powoduje zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i wszyscy uczestnicy imprezy muszą profilaktyczne przyjąć lek). Znalezienie pokoju w 3 dni również staje się sprawą prostą do załatwienia. Wszystko da się załatwić! Koniec języka za przewodnika! Ilość niezapomnianych imprez i spotkań zaskakuje. Ilość przespanych godzin zmniejsza się krytycznie, ale to nic. Przecież to tylko parę miesięcy. Wyśpię się po śmierci. Wszystko zależy też od miejsca, które wybierzecie. W moim przypadku Florencja była strzałem w dziesiątkę, więc polecam ją całym sercem. Oczywiście nie samymi imprezami żyje Erasmus. Są też zajęcia, na które ja akurat musiałam chodzić. Są egzaminy, które trzeba zdać i to po włosku (ja miałam 5 ustnych i wszystkie zaliczone 🙂 ). Aleee… wszystko jest do zrobienia! Dowiedziałam się, że jestem silniejsza niż przypuszczałam.

Jeśli chodzi o wątpliwości, czy wyjechać będąc w związku. Jest to indywidualna sprawa każdego z Was. Ja zaryzykowałam i dałam radę. Na początku jest faktycznie ciężko. Tym bardziej, że jesteś w nowym miejscu i nie znasz jeszcze nikogo. Potem jednak przyzwyczajasz się i z utęsknieniem czekasz na dzień, w którym się spotkacie. I jest to najpiękniejszy dzień, jaki kiedykolwiek przeżyliście! Wszystko zależy od tego, czy sobie ufacie. Dzięki pobycie we Florencji nauczyłam się taaak wiele! I to również o samej sobie. Dowiedziałam się, czego tak naprawdę chcę od życia. Wiem, że brzmi to co najmniej idiotycznie, ale serio, nie żartuję :P. 

Kolejną zaletą jest to, że na zwiedzanie ciekawych turystycznie miejsc masz aż 5 miesięcy! Nie musisz wstawać wcześnie i czekać w olbrzymich kolejkach, żeby zobaczyć na przykład rzeźbę Davida Michała Anioła. Możesz to zrobić, kiedy tylko ci przyjdzie na to ochota. Możesz podróżować! Cinque Terre, San Marino, Rzym, Siena, Verona, Viareggio, Livorno, Pisa… co tylko chcesz! Wszystko jest w zasięgu ręki! Mało tego! Zaczynają ci przeszkadzać regularni turyści, którzy utrudniają swobodne przemieszczanie się w centrum i blokują drogi.

Podsumowując, polecam każdemu wyjazd na Erasmusa! Jest to przygoda życia, której nigdy nie zapomnicie. Ja będąc teraz w fazie depresji poerasmusowej nie mogę przeżyć, że czas minął tak szybko i to wszystko się już skończyło. Jestem pewna, że wrócę do Florencji najszybciej jak tylko będę mogła. Nie bójcie się, zaryzykujcie i jedźcie! Nigdzie nie przeżyjecie tego co na Erasmusie. Uwierzcie mi.

Na koniec chciałabym podziękować moim najkochańszym na świecie towarzyszą Erasmusowym! Po pierwsze osobie, z którą spędziłam prawie każdy dzień we Florencji! Nie wiem, jakim cudem wytrzymałyśmy ze sobą tak długo! Teraz autentycznie mi Ciebie brakuje, mimo że mieszkasz parę kilometrów ode mnie. Kocham całym serduchem! Po drugie moje kochane Poleczki z Flo! Warszawianka, Poznanianka, Wrocławianka, które sprawiły, że ten wyjazd był jeszcze lepszy! Nie będę nawet próbowała wymieniać reszty z imienia, bo po prostu nie będę tego w stanie zrobić. Dziękuję Wam wszystkim! 

Na koniec wklejam Wam parę zdjęć! Mam nadzieję, że się spodobają :).

Buziaki:*

HIGHEELS

higheels
(Cinque Terre)

higheels2
(San Marino)

higheels3
(Firenze)

higheels4
(Verona)

higheels5
(Viareggio)

higheels6
(Viareggio)

image
(Viareggio)

image
(jeszcze raz Viareggio)

image
(Livorno)

image
(Livorno)

image
(Pisa)

image
(Firenze, quanto sei bella!)

image
(Firenze, mi mancherai)

Kosmetyki, których już więcej nie kupię!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj czas na kosmetyczne buble, czyli kosmetyki, które się u mnie nie sprawdziły i już więcej NA PEWNO ich nie kupię. Zaczynamy!

higheels-blog-buble-02

1. Krem do rąk Balea z olejkiem arganowym

Fajne, praktyczne opakowanie z pompką (!), która jest genialnym rozwiązaniem dla kremów do rąk. Ładnie pachnie. No i to na tyle, jeśli chodzi o zalety. Pierwsze co się rzuca w oczy to skład ( silikony, alkohol). Dodatkowo według mnie krem w ogóle nie nawilża. Oczywiście daje uczucie chwilowego rozluźnienia skóry, ale po paru minutach ręce są znów suche… Fakt faktem jest tani, ale za taką cenę znajdziemy również inne produkty, które nawilżają sto razy bardziej. Naprawdę nie polecam.

higheels-blog-buble-06

2. Ziaja krem do stóp zmiękczający z kompleksem AHA

Niska cena idzie tutaj w parze ze złą jakością. Bardzo długo się wchłania, co mnie mega wkurza, bo jak potem iść do łazienki?! I niestety nie nawilża tak, jakbym tego chciała. Mam teraz krem z Rossmanna, który jest po prostu genialny! Dam znać wkrótce 🙂

higheels-blog-buble-04

3.Scholl- krem do stóp regenerujący popękane pięty

Totalna klapa! Kosztuje jakieś 25 zł (!), a prawie wcale nie nawilża, a co tu dopiero mówić o regeneracji popękanych pięt?! Kompletnie się u mnie nie sprawdził. Ciężko się go wsmarowuje, ma dosyć tępą konsystencję, o ile wiecie o co mi chodzi :P. Stopy wcale nie są mięciutkie, wygładzone i nawilżone. Naprawdę się nie opłaca, według mnie.

higheels-blog-buble-09

4. Krem do rąk Yves Rocher

Tutaj mamy do czynienia z lepszym składem, ale co z tego jeśli krem tak czy tak NIE DZIAŁA. Tak jak w przypadku kremu z Balea, przynosi ulgę, ale niestety tylko chwilową. Bardzo ładnie pachnie: czekolada z pomarańczą to jest to co lubię…. Gdyby tak tylko jeszcze ładnie nawilżał i regenerował skórę dłoni…. Nie mogę znaleźć idealnego nawilżacza rąk. Polećcie mi coś koniecznie!

higheels-blog-buble-07

5. Mgiełka do ciała z Netto

No po prostu obłędny zapach! Zdecydowanie letni i odświeżający! Przeeeeecudowny! No ale czy on nie może utrzymywać się dłużej niż 5 sekund? Naprawdę tego pragnę, bo zapach jest genialny! Owszem cena niska (ok. 10 zł), ale bez przesady. Już nigdy więcej nie będę eksperymentować z mgiełkami w supermarketach. O nie, nie….

higheels-blog-buble-05

 6. Tusz do rzęs Avon Aero Volume

Kompletna klapa! Dostałam go w beGLOSSY, więc na szczęście nie wyrzuciłam pieniędzy w błoto. Zacznijmy od tandetnego i brzydkiego opakowania. Odkręcamy tusz i widzimy beznadziejną szczoteczkę, która do niczego się nie nadaje! Bardzo ciężko się z nią pracuję. Tusz strasznie skleja rzęsy, leciutko pogrubia, ale w ogóle nie wydłuża. Nie jest trwały i okropnie się kruszy, co doprowadza mnie do szału! Efekt na rzęsach mi się wcale nie podoba i nie mogę znaleźć nawet jednej jego zalety. No może chociaż to, że zostanie mi po nim szczoteczka, która na pewno się do czegoś przyda.

higheels-blog-buble-08

I to już wszystkie buble, które ostatnio wpadły mi w ręce. Mam nadzieję, że ostrzegłam Was przed niektórymi kosmetykami 🙂 Dajcie znać, czy może Wy też ostatnio trafiłyście na jakieś beznadziejne produkty!

Buziaki:*

HIGHEELS

Oliwka pielęgnacyjna firmy Hipp – czy to działa?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Ostatnio znudziły mnie drogeryjne balsamy do ciała i postanowiłam spróbować czegoś innego. Postawiłam na rozsławione oliwki pielęgnacyjne dla dzieci. Szczególnie zachęciła mnie oliwka firmy Hipp, a najbardziej jej skład, który zawiera TYLKO 4 składniki: olejek z nasion słonecznika (Helianthus Annus Seed Oil), olejek ze słodkich migdałów- mój ulubiony (Prunus Amygdalus Dulcis Oil), przeciwutleniacz, antyoksydant (Tocopherol), który zapobiega lub ogranicza szybkość zachodzenia procesu utleniania zawartych w kosmetyku składników tłuszczowych, np. właśnie olejków roślinnych. Dodatek antyoksydantów zapewnia trwałość produktów, wydłuża ich przydatność do użycia, zabezpiecza przed powstawaniem nieprzyjemnego zapachu, zmianami barwy oraz konsystencji produktu gotowego (źródło). Ostatnim składnikiem jest składnik zapachowy (Parfum), który odpowiada za przecudowny, przewspaniały i przeuroczy zapach malutkiego dziecka! UWIELBIAM! Producent zapewnia, że nie jest to substancja alergizująca i można ją stosować u dzieci od pierwszego dnia życia (a to o czymś chyba świadczy!)

higheels-hipp_00

higheels-hipp_01

Bałam się, że oliwka nie wchłonie się i pozostawi na mojej skórze nieprzyjemny film, aleeee jak bardzo się myliłam! Oliwka bardzo szybko się wchłania (jak to ma w zwyczaju olejek ze słodkich migdałów) i zostawia delikatny, ale niebrudzący ubrań film. Nie większy niż zwykły drogeryjny balsam. Aplikacja dzięki obłędnemu zapachowi i lejącej konsystencji jest bardzo łatwa i przyjemna. Stosuję codziennie wieczorem, po prysznicu, na wilgotną skórę. Dodatkowo muszę podkreślić, że produkt jest wydajny. Na zdjęciach widzicie zużycie po ok. 3 miesiącach stosowania na całe ciało.

higheels-hipp_03

Jeśli chodzi o działanie. Kosmetyk bardzo ładnie nawilża skórę. Nie powiem Wam, że jest to rewolucyjna metoda i że nigdy już nie będziecie mieć ‚suchych nóg’, bo tak nie jest :P. Mimo to, uważam że jest to bardzo fajna, NATURALNA alternatywa dla balsamów nafaszerowanych chemią. Ładnie nawilża i dodatkowo pielęgnuje moją bardzo suchą skórę. Szczególnie polecam tę marki Hipp, bo na przykład sławna oliwka z Johnson & Johnson ma na pierwszym miejscu w składzie parafinę (really?!). Niestety Hipp jest stosunkowo droga, bo w cenie regularnej dostaniemy ją za około 15 złotych. Według mnie nie jest to wygórowana cena za taki skład i działanie, ale wiadomo, że można dostać tańsze zamienniki (które oczywiście będę testować :D).

higheels-hipp_04

Podsumowując, polecam gorąco spróbować (lub chociaż powąchać dyskretnie w sklepie :P)! Zdecydowanie fajne rozwiązanie dla osób brzydzących się barwników, emulgatorów PEG, parabenów i innych syfów :P. Jeśli macie ochotę nawilżyć skórę czymś innym niż balsamem, mleczkiem, masłem itp. to zachęcam!

Buziaki:*

HIGHEELS