Sposób na piękniejsze włosy? Peeling skóry głowy!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć temat, z którym zaznajomiłam się stosunkowo niedawno. Na samym początku nie byłam zbytnio przekonana, ale z czasem okazało się, że jest to absolutni genialna sprawa. Mowa oczywiście o peelingu skóry głowy! Peelingi twarzy, ciała to dla nas chleb powszedni, ale pomyślał z Was ktoś o ścieraniu martwego naskórka ze skalpu? Ja szczerze powiedziawszy nie słyszałam o tym wcześniej i lekko mnie ten temat zaskoczył. Jakie zalety przyniesie nam REGULARNE (powtarzam REGULARNE) stosowanie peelingu głowy?

img_5236

Po pierwsze o wiele dokładniej doczyszczamy wtedy skórę głowy z martwego naskórka i oczywiście z brudu i resztek kosmetyków. Pamiętajmy o tym, że ich nadmiar prowadzi do tego, że wszystkie dobrodziejstwa zawarte w maskach, które tak skrupulatnie nakładamy, nie wchłaniają się tak dobrze jak powinny. Dlatego też warto zadbać o to, żeby wszystkie składniki odżywcze zostały prawidłowo przyswojone. Może się zdarzyć tak, że maska, która nam się wcześniej nie sprawdzała, nagle zacznie rewelacyjnie działać. Po drugie peeling pozwoli wyregulować pracę gruczołów łojowych przez co włosy będą się mniej przetłuszczać. Regularny peeling pomaga również w walce z łupieżem. Masując skórę głowy, tak jak w przypadku peelingów ciała i twarzy, zwiększamy ukrwienie skóry i poprawiamy krążenie, a co za tym idzie? Oczywiście lepsza kondycja włosów, prawdopodobny wysyp baby hair i zmniejszenie ilości wypadających włosów. Jak widzicie, same korzyści! Ja zostałam przekonana i od tej pory wprowadziłam ten zabieg do mojej pielęgnacji włosów.

Jak domowym sposobem wykonać taki peeling? Nic prostszego. Otóż wylewając szampon na dłoń dosypcie do niego odpowiednią ilość cukru. Odpowiednia ilość to taka, która pozwoli bez problemu umyć włosy, a jednocześnie ilość drobinek będzie wystarczająca. Same z czasem wyczujecie, jaka ilość najbardziej się Wam sprawdzi. Na zmoczone, jeszcze brudne włosy nakładacie szampon i delikatnie masujecie skórę. Od razu mówię, że nie jest to proste. Przy długich włosach to już tym bardziej. Trzeba nieźle się napracować, żeby dosięgnąć skóry. Pamiętajcie, że naprawdę warto! 🙂 Zauważycie od razu, że ilość piany zwiększyła się jakieś pięć/sześć razy. Cukier po jakimś czasie się rozpuści. Następnie wystarczy po prostu dokładnie spłukać wszystko wodą. Włosy po zabiegu nie są zlepione. Cukier cały się wypłukuje i włosy są takie jak po każdym innym myciu. Radziłabym nałożyć po myciu jakąś maskę do włosów. 

img_5235

Pamiętajcie, że efekty zauważycie dopiero po dłuższym czasie. Zrobienie takiego peelingu jeden lub dwa razy absolutnie nic nie da. Ja zauważyłam poprawę tak mniej więcej po dwóch miesiącach stosowania. Takiego peelingu nie można też robić za często, bo można sobie nieźle podrażnić skórę głowy. Pomimo tego, że cukier sam w sobie wykazuje działanie nawilżające dla skóry. Radziłabym wykonywanie zabiegu raz na tydzień, a nawet jeszcze rzadziej. Nie chcemy przecież osłabić cebulek i spowodować, że efekt będzie wręcz przeciwny do zamierzonego! 

Jakie efekty zauważyłam u siebie? Zdecydowana poprawa kondycji włosów. Mam też pełno baby hair! Jeśli chodzi o wypadanie… Na zimę zawsze wypada mi ich sporo. Możliwe, że peelingi przyczyniły się do zmniejszenia ich ilości, ale wcale nie jestem tego taka pewna. Koniec końców jestem bardzo zadowolona, bo faktycznie widać różnicę i czuję, że to że doczyszczam bardziej skórę głowy owocuje w nowe baby hair! 🙂 Wiem, że na rynku kosmetycznym pojawiają się gotowe produkty do peelingu skóry głowy, ale ja jednak stawiam na tańsze i bardziej domowe sposoby. Poza tym, nie mam już miejsca na kolejną tubkę w mojej kosmetyczce. Wystarczy iść do kuchni, wziąć cukier i jazda! Można też sięgnąć po peeling kawowy, ale szczerze powiedziawszy nie wyobrażam sobie wypłukiwania kawy z długich włosów! 

Podsumowując, zachęcam Was serdecznie do rozpoczęcia przygody z peelingami głowy! Gwarantuję, że zauważycie efekty, a Wasze włosy będą wyglądały po prostu lepiej! Dajcie znać koniecznie, czy wykonujcie taki zabieg i czy widzicie już poprawę!

Buziaki:*

HIGHEELS

L’Oréal True Match highlight- recenzja by Higheels

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Jezuuu jakie piękne słonko było dzisiaj (sobota :P)! Od razu naładowały mi się baterie. Jestem typowym meteopatą. Jak tylko wychodzi słonko, to mam ochotę biegać, skakać, tańczyć i mój humor poprawia się w sekundę. Aleee do rzeczy.. Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją rozświetlacza, który miałam okazję przetestować dzięki marce L’Oréal. Chodzi o L’Oréal True Match Highlight. Jest to dokładniej puder rozświetlający, który możemy wykorzystywać do techniki makijażowej zwanej strobingiem, czyli do modelowania twarzy światłem. Twarz wygląda wtedy znacznie młodziej. Jest promienna i przepięknie rozświetlona. Czy produkt L’Oréal faktycznie spełnia swoje zadanie? 

img_5138

Po pierwsze trzeba wspomnieć, że produkt składa się z trzech kolorów: ciepły, naturalny i chłodny. Tak więc w cenie jednego produktu mamy praktycznie trzy rozświetlacze w trzech różnych kolorach. W środku znajdziemy też lusterko i pędzelek, ale szczerze powiedziawszy nie jest on moim zdaniem ani użyteczny, ani przyjemny w dotyku. Nie korzystam z niego wcale, wolę moje pędzelki. Nie mogę pominąć kwestii dosyć kiepsko wykonanego opakowania. Niestety jest zrobione z cienkiego plastiku i mam takie wrażenie, że przy pierwszym upadku nie będzie za bardzo czego zbierać. Już po paru użyciach na wierzchu srebrne elementy zaczęły się ścierać. Niestety jeśli chodzi o opakowanie, to pozostawia naprawdę wiele do życzenia. 

img_5139

Według mnie kolory tak naprawdę praktycznie wcale się od siebie nie różnią. Jedynie ten chłodny z lekką niebieską poświatą wyróżnia się na tle tamtych dwóch. Nie lubię tego, że produkt nie jest zbyt dobrze zmielony. Nie lubię rozświetlaczy, po aplikacji których widać na skórze małe świecące drobinki. Wolę zdecydowanie jak jest to delikatna, subtelna poświata. Nie przypadło mi też to gustu to, że nie tak jak w przypadku Mary Lou, wystarczy lekko dotknąć produkt i już otrzymujemy pełen pigment kosmetyku. Tutaj niestety tak nie ma. Na potrzebę zdjęcia ze swatchami musiałam z 3/4 razy maznąć produktem po ręce, aby otrzymać taki efekt końcowy. No cóż.. nie będę ukrywać. Nie jest to mój ulubiony produkt. Rzadko kiedy modeluję twarz rozświetlaczem, bo uważam że jeszcze tego nie potrzebuję. Pomimo zacnych 24 lat :P. Tak więc ten produkt służy mi, jako rozświetlacz pod łukiem brwiowym i w kąciku oka. Ewentualnie na szczyty kości policzkowych. Innych partii twarzy nie rozświetlam. 

img_5140

Wiem, że niektóre dziewczyny są z niego zadowolone. No ja jakoś się z nim nie zaprzyjaźniłam. Myślę, że może też problemem jest sam dobór kolorów. Możliwe, że w przypadku ciemniejszej wersji kolorystycznej byłoby inaczej, a nawet lepiej. Alee nie ma co narzekać. Tak czy tak bardzo dziękuję marce L’Oréal za możliwość przetestowania ich nowego produktu. Ciekawa jestem, czy ktoś z Was go testował? Jeśli tak, to czekam na Wasze opinie!

Buziaki:*

HIGHEELS

Golden Rose BB Cream- RECENZJA!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

W mojej kosmetycznej karierze krem BB pojawił się tylko raz i był to krem BB z Garnier. Na szczęście kiedy tylko moja świadomość odnośnie składów i działania niektórych substancji dodawanych do kosmetyków wzrosła, pozbyłam się go jak najszybciej. Okropnie wysuszał mi skórę! Od tamtego czasu porzuciłam BB kremy i jeśli już, to stosowałam podkłady. Jednak będąc wielką fanką firmy Golden Rose, nie mogłam przejść obojętnie obok kremu, który cieszy się świetnymi recenzjami i jest tak często polecany. Mowa oczywiście o Golden Rose BB Cream Beauty Balm No Light

image

Jeśli chodzi o skład, to cudów nie można się tu spodziewać. Pełno silikonów i składników, których nie możemy zakwalifikować do tych „naturalnych”. Jednak aż tak mi to nie przeszkadza, bo stosuję go raz na jakiś czas, a poza tym bardziej zadziwia mnie to, jak dobrze wygląda na skórze!

Produkt ma bardzo przyjemną, lekką, aksamitną konsystencję. Rozprowadzam go zawsze palcami, bo lepiej się wtedy stapia ze skórą. Gdy robię to gąbeczką lub pędzlem (o nie!) mam wrażenie, że krem nie tworzy ze skórą integralnej całości. Mam kolor nr 02 i na początku wydawało mi się, że będzie dla mnie zbyt ciemny, ale już w momencie nakładania krem idealnie dopasowuje się do koloru mojej skóry. Jest to kolor idealny dla karnacji, która szybko się opala i z natury jest dość ciemna. Na twarzy wygląda super naturalnie! Wydaję mi się niemożliwe zrobić sobie nim krzywdę. Jest delikatny, ale jednak widać jego działanie na skórze. 

image

Co przede wszystkim mi się podoba to to, że jest to bardzo subtelny efekt. Nienawidzę efektu maski i poczucia, że mam coś ciężkiego na twarzy, co zdarza się często w przypadku niektórych podkładów. Wtedy mam ochotę zaraz po przyjściu do domu zmyć wszystko co mam na twarzy, bo czuję się po prostu brudna. W przypadku kremu z Golden Rose nie ma mowy o czymś takim. Jedna warstwa spokojnie wystarcza mi na cały dzień. Fakt, że trochę się ściera w ciągu dnia, ale moim zdaniem jest to naturalne. Krem daje mi poczucie zachowanej naturalności, co jest dla mnie naprawdę najważniejsze. Buzia zyskuje fajny młodzieńczy, promienny wygląd. Wydaję mi się, że można zauważyć delikatny blask na niej, który bardzo ładnie rozświetla zmęczoną skórę. Zawsze po nałożeniu przypudrowuję go, aby go utrwalić i zapobiec nadmiernemu świeceniu w ciągu dnia. Jedno cienka warstwa pudru starcza mi na cały dzień. Jedyne co robię, to ewentualnie zbieram w ciągu dnia nadmiar sebum chusteczką. 

image

Nie będę oszukiwać, że po pierwszym użyciu nie bardzo się polubiłam z tym kremem. Po nałożeniu jakoś za bardzo się lepił, a skóra bardzo świeciła. Nie pomógł nawet puder i twarz wyglądała po prostu źle. Okazało się, że był to efekt mojej zbyt przesuszonej skóry, która z braku wody uzupełniała braki sebum. Normalna reakcja. Szybko temu zaradziłam i od tamtej pory już takich problemów nie miałam. 

Krem w ogóle mnie nie zapchał, nie spowodował uczulenia ani wysypu pryszczy, pomimo silikonów w składzie. Cieszy mnie to niezmiernie, bo naprawdę bardzo przyjemnie mi się z niego korzysta. Kolejnym jedno niezaprzeczalnym plusem jest SPF 20 (UVA/UVB). Jeśli nie wystawiam skóry nadmiernie na słońce w ciągu dnia stosuję tylko ten krem. Jeśli jednak mam zamiar dłużej siedzieć na słońcu to ograniczam się do samego kremu z filtrem. 

Jeśli chodzi o jego krycie. Nie można porównywać go z Color Stay z Revlon lub Double Wear z Estee Lauder. Krycie jest, ale bardzo subtelne. Na cienie pod oczami i niedoskonałości radziłabym jednak korektor. Za to mogę go bardzo pochwalić za wyrównywanie kolorytu skóry. Z zaczerwieniami i przebarwieniami radzi sobie jak nikt inny. Podoba mi się też to, że nie wysusza skóry, a wręcz utrzymuje jej stałe nawilżenie w ciągu dnia. Zawsze pod niego stosuję krem nawilżający z YASE i nigdy nic się nie zważyło, ani nic z tych rzeczy. 

Krem znajdziecie na każdym stoisku Golden Rose. Z pewnością Panie pomogą Wam dobrać odpowiedni kolor. Ja się wahałam i całe szczęście, że posłuchałam rad Pani, która przekonywała mnie, że to właśnie kolor nr 02 będzie dla mnie dobry. No i strzał w dziesiątkę! Jego cena też jak najbardziej mi się podoba. 29.90 zł to według mnie cena idealna za produkt z takim a nie innym składem. Wspomnę jeszcze tylko o opakowaniu, które moim zdaniem jest świetne. Płaska, plastikowa buteleczka, z której możemy wydobyć taką ilość produktu, jaką właśnie potrzebujemy. Jest bardzo higieniczne i schludne. 

Krótko mówiąc, polecam go bardzo serdecznie! Nie sądziłam, że kiedykolwiek przekonam się do takich kremów. Stawiałam raczej na te oryginalne koreańskie z lepszymi składami, ale zawsze szkoda mi było na nie pieniędzy. Ten jak najbardziej spełnia moje wymagania. Jeśli szukacie czegoś taniego, a zarazem naprawdę dobrej jakości, to zapraszam do Golden Rose!

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol.10!

7 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Z okazji wakacji pozwoliłam sobie na mały urlop od pisania postów :P. Ale spokojnie, wracam do Was! Teraz od kiedy Instagram stał się Snapchatem możecie liczyć też tam na krótkie relacje z mojego dnia. Zobaczymy jak to wyjdzie, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba :). Tak więc, przepraszam za przerwę i wracam do Was ze zdwojoną siłą! Siatka ze zużytymi kosmetykami pęka w szwach, a to oznacza tylko jedno- DENKOWY SZAŁ! I o ile dobrze się doliczyłam, to już dziesiąty post z tej serii! Zapraszam!

image

image

1. Alterra- szampony do włosów.

Czy ktoś mi może wyjaśnić, dlaczego odkryłam je tak późno?! Najlepsze szampony drogeryjne, jakie miałam! Przetestowałam wersję dodającą objętości dla włosów delikatnych i pozbawionych witalności z papają i stwierdzam, że jest genialna! Żałuję tylko dwóch rzeczy: małej pojemności (200ml) i lekko dziwnej, galaretowatej konsystencji, do której trzeba się po prostu przyzwyczaić, żeby nie marnować produktu. Następnym przetestowanym szamponem był ten z biotyną i kofeiną dla włosów osłabionych i przerzedzających się. Ta wersja z kolei sprawdziła się trochę gorzej, ale i tak zadowalająco. Trzecia jest z kwiatem lotosu i oliwką dla włosów farbowanych, których ja nie mam, ale oczywiście nie robi to żadnej różnicy :P. Bardzo się polubiłyśmy i umieściłabym ją na drugim miejscu w rankingu. Moje włosy po tych szamponach nie plątają się, są stosunkowo miękkie, a wraz z odżywkami i maskami to już w ogóle baja! Kupiłam je na promocji kiedy kosztowały coś ponad 5 zł (!). 5 zł za taki produkt?! Biorę!! Jeśli ich nie próbowałyście, zróbcie to koniecznie! Genialne szampony! 

2. Isana- żele do mycia ciała.

Ostatnio wzięło mnie na testy tych popularnych już żeli z Isany. Są tanie i łatwo dostępne. Kupiłam je na promocji za chyba nieco ponad 2 zł. Wybrałam: mleko i miód, Hello Spring (owocowy generalnie), borówka. Opakowanie cieszą oko, tak samo oczywiście jak widok ceny na półce :P. Jeśli chodzi o jakość, to naprawdę nie jest źle. Ładnie się pienią, są stosunkowo wydajne. Mam tylko jedno „ale”, otóż wolę generalnie żele bardziej świeże. Takie które dodadzą mi energii i po których użyciu czuję się jak świeżo narodzona. Tutaj niestety aż takiego szału nie ma. W przypadku mleka z miodem miałam wrażenie, że jestem jakby niedomyta. Nie wiem w sumie dlaczego :P. Gwoli ścisłości, potrafię się dobrze umyć, więc myślę, że jest to wina produktu :P. Polecam Wam polować na promocje i wypróbować te żele, a nuż Wam się spodobają. Ja teraz robię przerwę i poszukam czegoś orzeźwiającego.

image

3. Avebio- hydrolat oczarowy.

Pierwszy kosmetyk od Avebio i kolejny hydrolat w mojej kolekcji. Dobrze wiecie, że uwielbiam hydrolaty, a oczarowy to już w ogóle numer jeden. Ten powiem Wam, że jest w porządku. Jakiegoś większego szału nie robi, ale jest ok. Bardziej sprawdzał mi się hydrolat oczarowy z ECOSPA. Nie wiem na czym to polega, ale ECOSPA moim zdaniem lepsze. Chociaż przyznam, że obydwa dobrze odświeżają i koją skórę. Ten z ECOSPA ma po prostu, moim zdaniem, lepsze działanie antyseptyczne. Więcej pewnie go nie kupię, ale fajnie było go wypróbować :).

4. Maybelline COLORAMA- lakiery do paznokci w kolorze 06 (różowy) i 214 (miętowy).

Swojego czasu bardzo lubiłam te lakiery. Bardzo dobrze trzymają się na paznokciach i są wystarczająco kryjące. Niestety przegrywają z lakierami od Golden Rose. Po pierwsze są droższe, po drugie mają mniejszy, mniej poręczny pędzelek, a krycie suma summarum jest trochę mniejsze. Chyba zawsze będę polecać lakiery z Golden Rose. Chociaż Dziewczyny…POMOCY! Ostatnio poważnie rozważam zakup zestawy startowego do robienia hybryd. Nie wiem tylko na jaką firmę się zdecydować Semilac czy Neonail? Pomóżcie!

5. Lancome- O d’azur.

Są to perfumy, które zgapiłam chyba ze sto lat temu od mojej mamy. Uwielbiam je na zimę. Są bardzo kobiece, dość ciężkie i mega intensywne. Według mnie ten zapach jest mega seksowny i kobiecy. Domyślam się, że nie każdemu będzie pasował, ale jeśli będziecie miały okazję, koniecznie koniecznie powąchajcie go w jakieś drogerii. Polecam je bardzo, bo zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo, są trwałe i pachną tak samo przez cały dzień.

Teraz chciałabym Wam wspomnieć pokrótce o produktach, o których już kiedyś Wam pisałam, ale dopiero teraz je zdenkowałam.

image

6. ECOSPA- maska algowa peel off.

Moja pierwsza maska algowa, która od razu pojawiła się w Ulubieńcach. Świetna sprawa i świetny produkt. Będę testować też inne maski algowe. O tak! Link do Ulubieńców znajdziecie TUTAJ.

7. Eveline Advance Lumiere- serum do rzęs.

Nie wiem sama, ile opakowań już zużyłam. Polecam i zawsze polecać będę. Wytuszowane rzęsy z nałożonym wcześniej tym produktem wyglądają o niebo lepiej!

8. Bourjois Helathy Mix- podkład. 

Całkiem przyjemnie mi się z niego korzystało. Rozświetlający, lekki podkład, o którym pisałam całą recenzję TUTAJ

9. Resibo- krem pod oczy.

Fajny, fajny, ale jakiegoś większego szału nie zrobił. O nim również napisałam dla Was całego posta. Możecie przeczytać go właśnie TUTAJ

10. Essence Make Me Brow- żel do brwi.

Najlepszy żel do brwi, jaki kiedykolwiek miałam! Bardzo polecam. Sprawdza się nawet na szybko, kiedy wychodzę do sklepu i na szybko chcę poprawić brwi. Cały wpis TUTAJ!

Dooobra, oto całe denko. Patrzę teraz, że już kolejne puste opakowania wylądowały w siatce :P. To się nigdy nie kończy! 😀 Polecam Wam szczególnie szampony z Alterry. Dzisiaj w Rossmannie widziałam je w promocji. No dobra, kupiłam dwie kolejne butelki :P. Miłego wieczoru!

Buziaki:*

HIGHEELS

Fit brownie z czerwonej fasoli! Nie, to nie jest żart!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Tak, to pierwszy kulinarny wpis na higheels.pl ! Na wstępie chciałam Wam zaznaczyć, że absolutnie nie jestem specjalistką do spraw gotowania czy pieczenia. Nie znam się za bardzo na tym i nie zamierzam udawać, że jest inaczej :P. Po prostu jakiś czas temu wpadłam na przepis, który mnie na tyle zaciekawił, że postanowiłam sama spróbować. Chodzi o brownie, którego składnikiem bazowym jest czerwona fasola (!). Sama nie wierzyłam i sama nie byłam przekonana, ale po spróbowaniu zmieniłam zdanie. Jest to super alternatywa dla normalnych, ciężkich, tłustych i kalorycznych ciast. Staram się normalnie nie jeść słodyczy i wychodzi mi to całkiem dobrze. Jednak od czasu do czasu mam ochotę na coś czekoladowego, wtedy właśnie idę po fasolę i robię właśnie to ciasto. Myślę, że spokojnie możecie je jeść nawet będąc na diecie! I na dodatek jest pyszne- puszyste i mocno czekoladowe! Co więcej jest banalnie proste i szybkie w przygotowaniu. Nawet taki laik i leniuch jak ja (przynajmniej w dziedzinie „Kuchnia”) sobie świetnie radzi. A więc do roboty!

Co potrzebujemy?

image

Składniki:

Ciasto:

– 2 puszki czerwonej fasoli,
– 4 jajka,
– 2 banany,
– 3 łyżki kakao,
– 1/3 szklanki cukru trzcinowego,
– półtora łyżki miodu (ja miałam lipowy),
– półtora łyżeczki proszku do pieczenia,
– 3 łyżki oleju kokosowego (albo w zamian rzepakowego).

Polewa:

– tabliczka gorzkiej czekolady (im więcej procent kakao tym lepiej, ja miałam 90%)
– 1/4 szklanki mleka (podczas rozpuszczania można dolewać więcej)
– dwie łyżki kakao.

Jak to robimy?

Otwieramy puszki z fasolą, płuczemy ją dokładnie i wsypujemy do dużej miski. Następnie dodajemy resztę składników. Po kolei: jajka, olej kokosowy, banany, kakao, proszek do pieczenia, cukier i miód. Teraz włączamy mikser i zostawiamy na dobre 8 minut. Jeśli po tym czasie nadal widzicie skórki fasoli lub masa po prostu nie jest gładka, sięgnijcie po blender i zblendujcie wszystko dodatkowo. Kiedy pierwszy raz robiłam to ciasto postawiłam tylko na mikser i ciasto nie było tak puszyste i czasem zdarzyła się właśnie jakaś skórka, która zdradzała całą tajemnicę ciasta! 

image

Gotową już masę przelewamy do foremki. U mnie silikonowa forma z Ikei w bardzo niepasującym mi kolorze, ale niestety innej wtedy nie było. Wkładamy do rozgrzanego wcześniej piekarnika do 180 stopni. I tak pieczemy ok. 45 minut. W oryginalnym przepisie widziałam 40-60 minut, ale wystarczy spokojnie 45 minut. Zresztą sprawdźcie sobie patyczkiem drewnianym po tym czasie. Pewnie znacie się na tym bardziej niż ja :P. 

image

Pod koniec pieczenia zabieramy się za polewę! Do małego garnuszka wrzućcie połamaną czeko. Do tego wlejcie mleko i wsypcie kakao. Na bardzo małym ogniu powoli rozpuszczajcie wszystko cały czas mieszając. Jeśli jest zbyt gęste, to dolejcie mleka. Jeśli polewa będzie dla Was zbyt gorzka, to weźcie połowę gorzkiej, a połowę słodkiej czekolady. Dla mnie gorzka jest super w połączeniu z ciastem.

Co teraz? Wyciągamy ciasto i polewamy!

image

Nie mam pojęcia, dlaczego ciasto postanowiło sobie tak popękać, ale bez obaw, polewa wszystko wyrównała, a w środku jest jak najbardziej w porządku!

image

Co tu dużo mówić… Ciasto pycha! Nie dość, że zdrowe i wpisujące się idealnie w ostatnie modną filozofię FIT, to jeszcze w smaku przepyszne. Koniecznie spróbujcie! Aha i nie, nie czuć w smaku fasoli. Uwierzcie mi, inaczej mój mężczyzna nie zjadłby nawet kawałka, a właśnie wcina drugi. Bez problemu oszukacie każdego niejadka, że to najzwyklejsze na świecie brownie :). Dajcie znać, czy zrobiłyście!

Buziaki:*

HIGHEELS