Sposób na piękniejsze włosy? Peeling skóry głowy!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć temat, z którym zaznajomiłam się stosunkowo niedawno. Na samym początku nie byłam zbytnio przekonana, ale z czasem okazało się, że jest to absolutni genialna sprawa. Mowa oczywiście o peelingu skóry głowy! Peelingi twarzy, ciała to dla nas chleb powszedni, ale pomyślał z Was ktoś o ścieraniu martwego naskórka ze skalpu? Ja szczerze powiedziawszy nie słyszałam o tym wcześniej i lekko mnie ten temat zaskoczył. Jakie zalety przyniesie nam REGULARNE (powtarzam REGULARNE) stosowanie peelingu głowy?

img_5236

Po pierwsze o wiele dokładniej doczyszczamy wtedy skórę głowy z martwego naskórka i oczywiście z brudu i resztek kosmetyków. Pamiętajmy o tym, że ich nadmiar prowadzi do tego, że wszystkie dobrodziejstwa zawarte w maskach, które tak skrupulatnie nakładamy, nie wchłaniają się tak dobrze jak powinny. Dlatego też warto zadbać o to, żeby wszystkie składniki odżywcze zostały prawidłowo przyswojone. Może się zdarzyć tak, że maska, która nam się wcześniej nie sprawdzała, nagle zacznie rewelacyjnie działać. Po drugie peeling pozwoli wyregulować pracę gruczołów łojowych przez co włosy będą się mniej przetłuszczać. Regularny peeling pomaga również w walce z łupieżem. Masując skórę głowy, tak jak w przypadku peelingów ciała i twarzy, zwiększamy ukrwienie skóry i poprawiamy krążenie, a co za tym idzie? Oczywiście lepsza kondycja włosów, prawdopodobny wysyp baby hair i zmniejszenie ilości wypadających włosów. Jak widzicie, same korzyści! Ja zostałam przekonana i od tej pory wprowadziłam ten zabieg do mojej pielęgnacji włosów.

Jak domowym sposobem wykonać taki peeling? Nic prostszego. Otóż wylewając szampon na dłoń dosypcie do niego odpowiednią ilość cukru. Odpowiednia ilość to taka, która pozwoli bez problemu umyć włosy, a jednocześnie ilość drobinek będzie wystarczająca. Same z czasem wyczujecie, jaka ilość najbardziej się Wam sprawdzi. Na zmoczone, jeszcze brudne włosy nakładacie szampon i delikatnie masujecie skórę. Od razu mówię, że nie jest to proste. Przy długich włosach to już tym bardziej. Trzeba nieźle się napracować, żeby dosięgnąć skóry. Pamiętajcie, że naprawdę warto! 🙂 Zauważycie od razu, że ilość piany zwiększyła się jakieś pięć/sześć razy. Cukier po jakimś czasie się rozpuści. Następnie wystarczy po prostu dokładnie spłukać wszystko wodą. Włosy po zabiegu nie są zlepione. Cukier cały się wypłukuje i włosy są takie jak po każdym innym myciu. Radziłabym nałożyć po myciu jakąś maskę do włosów. 

img_5235

Pamiętajcie, że efekty zauważycie dopiero po dłuższym czasie. Zrobienie takiego peelingu jeden lub dwa razy absolutnie nic nie da. Ja zauważyłam poprawę tak mniej więcej po dwóch miesiącach stosowania. Takiego peelingu nie można też robić za często, bo można sobie nieźle podrażnić skórę głowy. Pomimo tego, że cukier sam w sobie wykazuje działanie nawilżające dla skóry. Radziłabym wykonywanie zabiegu raz na tydzień, a nawet jeszcze rzadziej. Nie chcemy przecież osłabić cebulek i spowodować, że efekt będzie wręcz przeciwny do zamierzonego! 

Jakie efekty zauważyłam u siebie? Zdecydowana poprawa kondycji włosów. Mam też pełno baby hair! Jeśli chodzi o wypadanie… Na zimę zawsze wypada mi ich sporo. Możliwe, że peelingi przyczyniły się do zmniejszenia ich ilości, ale wcale nie jestem tego taka pewna. Koniec końców jestem bardzo zadowolona, bo faktycznie widać różnicę i czuję, że to że doczyszczam bardziej skórę głowy owocuje w nowe baby hair! 🙂 Wiem, że na rynku kosmetycznym pojawiają się gotowe produkty do peelingu skóry głowy, ale ja jednak stawiam na tańsze i bardziej domowe sposoby. Poza tym, nie mam już miejsca na kolejną tubkę w mojej kosmetyczce. Wystarczy iść do kuchni, wziąć cukier i jazda! Można też sięgnąć po peeling kawowy, ale szczerze powiedziawszy nie wyobrażam sobie wypłukiwania kawy z długich włosów! 

Podsumowując, zachęcam Was serdecznie do rozpoczęcia przygody z peelingami głowy! Gwarantuję, że zauważycie efekty, a Wasze włosy będą wyglądały po prostu lepiej! Dajcie znać koniecznie, czy wykonujcie taki zabieg i czy widzicie już poprawę!

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol.10!

7 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Z okazji wakacji pozwoliłam sobie na mały urlop od pisania postów :P. Ale spokojnie, wracam do Was! Teraz od kiedy Instagram stał się Snapchatem możecie liczyć też tam na krótkie relacje z mojego dnia. Zobaczymy jak to wyjdzie, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba :). Tak więc, przepraszam za przerwę i wracam do Was ze zdwojoną siłą! Siatka ze zużytymi kosmetykami pęka w szwach, a to oznacza tylko jedno- DENKOWY SZAŁ! I o ile dobrze się doliczyłam, to już dziesiąty post z tej serii! Zapraszam!

image

image

1. Alterra- szampony do włosów.

Czy ktoś mi może wyjaśnić, dlaczego odkryłam je tak późno?! Najlepsze szampony drogeryjne, jakie miałam! Przetestowałam wersję dodającą objętości dla włosów delikatnych i pozbawionych witalności z papają i stwierdzam, że jest genialna! Żałuję tylko dwóch rzeczy: małej pojemności (200ml) i lekko dziwnej, galaretowatej konsystencji, do której trzeba się po prostu przyzwyczaić, żeby nie marnować produktu. Następnym przetestowanym szamponem był ten z biotyną i kofeiną dla włosów osłabionych i przerzedzających się. Ta wersja z kolei sprawdziła się trochę gorzej, ale i tak zadowalająco. Trzecia jest z kwiatem lotosu i oliwką dla włosów farbowanych, których ja nie mam, ale oczywiście nie robi to żadnej różnicy :P. Bardzo się polubiłyśmy i umieściłabym ją na drugim miejscu w rankingu. Moje włosy po tych szamponach nie plątają się, są stosunkowo miękkie, a wraz z odżywkami i maskami to już w ogóle baja! Kupiłam je na promocji kiedy kosztowały coś ponad 5 zł (!). 5 zł za taki produkt?! Biorę!! Jeśli ich nie próbowałyście, zróbcie to koniecznie! Genialne szampony! 

2. Isana- żele do mycia ciała.

Ostatnio wzięło mnie na testy tych popularnych już żeli z Isany. Są tanie i łatwo dostępne. Kupiłam je na promocji za chyba nieco ponad 2 zł. Wybrałam: mleko i miód, Hello Spring (owocowy generalnie), borówka. Opakowanie cieszą oko, tak samo oczywiście jak widok ceny na półce :P. Jeśli chodzi o jakość, to naprawdę nie jest źle. Ładnie się pienią, są stosunkowo wydajne. Mam tylko jedno „ale”, otóż wolę generalnie żele bardziej świeże. Takie które dodadzą mi energii i po których użyciu czuję się jak świeżo narodzona. Tutaj niestety aż takiego szału nie ma. W przypadku mleka z miodem miałam wrażenie, że jestem jakby niedomyta. Nie wiem w sumie dlaczego :P. Gwoli ścisłości, potrafię się dobrze umyć, więc myślę, że jest to wina produktu :P. Polecam Wam polować na promocje i wypróbować te żele, a nuż Wam się spodobają. Ja teraz robię przerwę i poszukam czegoś orzeźwiającego.

image

3. Avebio- hydrolat oczarowy.

Pierwszy kosmetyk od Avebio i kolejny hydrolat w mojej kolekcji. Dobrze wiecie, że uwielbiam hydrolaty, a oczarowy to już w ogóle numer jeden. Ten powiem Wam, że jest w porządku. Jakiegoś większego szału nie robi, ale jest ok. Bardziej sprawdzał mi się hydrolat oczarowy z ECOSPA. Nie wiem na czym to polega, ale ECOSPA moim zdaniem lepsze. Chociaż przyznam, że obydwa dobrze odświeżają i koją skórę. Ten z ECOSPA ma po prostu, moim zdaniem, lepsze działanie antyseptyczne. Więcej pewnie go nie kupię, ale fajnie było go wypróbować :).

4. Maybelline COLORAMA- lakiery do paznokci w kolorze 06 (różowy) i 214 (miętowy).

Swojego czasu bardzo lubiłam te lakiery. Bardzo dobrze trzymają się na paznokciach i są wystarczająco kryjące. Niestety przegrywają z lakierami od Golden Rose. Po pierwsze są droższe, po drugie mają mniejszy, mniej poręczny pędzelek, a krycie suma summarum jest trochę mniejsze. Chyba zawsze będę polecać lakiery z Golden Rose. Chociaż Dziewczyny…POMOCY! Ostatnio poważnie rozważam zakup zestawy startowego do robienia hybryd. Nie wiem tylko na jaką firmę się zdecydować Semilac czy Neonail? Pomóżcie!

5. Lancome- O d’azur.

Są to perfumy, które zgapiłam chyba ze sto lat temu od mojej mamy. Uwielbiam je na zimę. Są bardzo kobiece, dość ciężkie i mega intensywne. Według mnie ten zapach jest mega seksowny i kobiecy. Domyślam się, że nie każdemu będzie pasował, ale jeśli będziecie miały okazję, koniecznie koniecznie powąchajcie go w jakieś drogerii. Polecam je bardzo, bo zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo, są trwałe i pachną tak samo przez cały dzień.

Teraz chciałabym Wam wspomnieć pokrótce o produktach, o których już kiedyś Wam pisałam, ale dopiero teraz je zdenkowałam.

image

6. ECOSPA- maska algowa peel off.

Moja pierwsza maska algowa, która od razu pojawiła się w Ulubieńcach. Świetna sprawa i świetny produkt. Będę testować też inne maski algowe. O tak! Link do Ulubieńców znajdziecie TUTAJ.

7. Eveline Advance Lumiere- serum do rzęs.

Nie wiem sama, ile opakowań już zużyłam. Polecam i zawsze polecać będę. Wytuszowane rzęsy z nałożonym wcześniej tym produktem wyglądają o niebo lepiej!

8. Bourjois Helathy Mix- podkład. 

Całkiem przyjemnie mi się z niego korzystało. Rozświetlający, lekki podkład, o którym pisałam całą recenzję TUTAJ

9. Resibo- krem pod oczy.

Fajny, fajny, ale jakiegoś większego szału nie zrobił. O nim również napisałam dla Was całego posta. Możecie przeczytać go właśnie TUTAJ

10. Essence Make Me Brow- żel do brwi.

Najlepszy żel do brwi, jaki kiedykolwiek miałam! Bardzo polecam. Sprawdza się nawet na szybko, kiedy wychodzę do sklepu i na szybko chcę poprawić brwi. Cały wpis TUTAJ!

Dooobra, oto całe denko. Patrzę teraz, że już kolejne puste opakowania wylądowały w siatce :P. To się nigdy nie kończy! 😀 Polecam Wam szczególnie szampony z Alterry. Dzisiaj w Rossmannie widziałam je w promocji. No dobra, kupiłam dwie kolejne butelki :P. Miłego wieczoru!

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol.9!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Emocje po konkursie opadły (przynajmniej u mnie :P), także można powrócić juŻ do rzeczywistości i zabrać się za nowy wpis dla Was! Sama nie wiem kiedy, ale moja torba w której magazynuję zużyte produkty, zaczęła pękać w szwach. Co to oznacza? A no nic innego, jak kolejną dawkę Projektu Denko! Mam dla Was naprawdę sporo produktów, w tym ulubieńcy i kosmetyki, które średnio się sprawdziły. Po publikacji pierwszego Makijażowego Denka, postanowiłam zachować na stałe podział na zbiór zużytych kosmetyków pielęgnacyjnych i tych kolorowych. Dziś czas na pielęgnacje! 

image

image

1. Isana- żurawinowy żel pod prysznic.

Niby edycja limitowana, ale jednak widziałam go jeszcze ostatnio w Rossmannie. Bardzo fajny żel pod prysznic. Zapach przyjemny, aczkolwiek nie oceniłabym go jako najlepszy, jaki kiedykolwiek wąchałam. Ma bardzo intensywny czerwony kolor, więc po wysmarowaniu się nim wyglądamy (przytoczę tu słowa jednej Dziewczyny z Instagrama. P.S. Pozdrawiam Cię cieplutko!) jak Dexter po robocie :D. Ładnie myje, jest tani. Niestety nie jest super wydajny. Chociaż nie wykluczam tego, że jest to moja wina, bo nie żałowałam sobie go. Polecam wypróbować! Polujcie szczególnie na promocyjne ceny. Wtedy te żele kosztują jakieś 3 zł!

2. ECOSPA- olej kokosowy ze świeżego miąższu.

Chyba nie muszę po raz kolejny Wam powtarzać, że jest to mój absolutnie ulubiony olej! Jego wszystkie zastosowania wypisałam Wam TUTAJ, ale najbardziej lubię go używać do olejowania włosów! Moje włosy go uwielbiają! Nic ich tak nie wygładza i nie poprawia ich kondycji jak on! Pamiętajcie, że najlepiej wybierać nierafinowany! Taki, który zachował wszystkie swoje właściwości. Ten z ECOSPA jak najbardziej się sprawdził. Oczywiście już zamówiłam kolejne opakowanie. Kto jeszcze nie próbował, ten natychmiast musi nadrobić zaległości!

3. Lierac- olejek z trzech kwiatów do ciała, włosów i twarzy.

Dostałam go bardzo temu w moim pudełku beGLOSSY. Kompletnie się u mnie nie sprawdził. Włosy mi obciążał. Nawet wtedy, gdy stosowałam go na same końcówki na wilgotne włosy. Na twarz nie nakładałam, bo zbyt mocno przeszkadzał mi ostry, kwiatowy zapach. A skóry np. nóg w ogóle nie nawilżał. Niestety niewypał. Straszny niewypał.

4. Stara mydlarnia- nawilżające serum z olejkiem arganowym i witaminą E.

Bardzo, bardzo dobry produkt. Gdy zaczęłam go używać widziałam zmiany już po pierwszych paru użyciach. Zauważalnie rozświetlona i nawilżona skóra buzi. Dodatkowo mięciutka jak pupa niemowlaka. Stosowałam go wtedy, kiedy moja skóra była mocno przesuszona. Zawsze mi pomógł. Pod koniec buteleczki miałam wrażenie, że skóra się do niego przyzwyczaiła i już aż tak nie działa, ale tak czy siak zużyłam z przyjemnością. Bardzo wygodny aplikator w postaci szklanej pipetki + ciemna, szklana butelka, czyli gwarancja zachowania świeżości olejku. Skład serum jest bardzo krótki i nie znajdziecie tam niepotrzebnych, szkodliwych dodatków. Naprawdę warto się w niego zaopatrzyć. Szczególnie sprawdza się u mnie w zimę i jestem pewna, że jak tylko zrobi się zimno, to znów po niego sięgnę. Jest to w ogóle już drugie pudełko, które zużyłam. Fajnie też, że jest to produkt, który można z powodzeniem stosować, jako prewencję przeciwzmarszczkową. Zapobiega powstawaniu wolnych rodników i opóźnia proces starzenia skóry. Polecam całym serduszkiem!

image

5. Glinka biała anapska i czarna z morza Martwego.

W końcu udało mi się zużyć glinki! Nie macie pojęcia (a może i macie) jakie one są wydajne. Uwielbiam je za ich uniwersalność. Mogę dodawać do nich takie składniki, na jakie moja skóra ma aktualnie ochotę. Glinka anapska jest nieco łagodniejsza i ładnie nawilża buzię. Czarna glinka ma natomiast sile działanie antyseptyczne, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożniej. Jednej kartonik zawiera dwie saszetki z glinkami, a kosztuje jakieś 5 zł (!). Nie wiem sama, ile maseczek z tego zrobiłam. Mam wrażenie, że z milion :P. Jeśli nie wiecie, jak przygotować maseczkę z glinek, zapraszam TUTAJ. Glinki pięknie oczyszczają skórę i przekazują jej zawarte w nich minerały i mikroelementy. Miłośniczki maseczek muszą je wypróbować!

6. Neutrogena- skoncentrowany krem do rąk.

Niesamowicie wkurzała mnie jego konsystencja. Był mega gęsty i ciężko się rozsmarowywał, ale muszę mu przyznać, że bardzo dobrze nawilżał i regenerował skórę. Nawet w zimę, kiedy stan moich dłoni był tragiczny, wystarczyła jedna aplikacja na noc i problem z głowy. Kiedy mój narzeczony miał problemy z bardzo suchymi miejscami na dłoniach, takimi, że aż skóra schłodziła, właśnie ten krem mu pomógł. Koniecznie kazał mi to przekazać :P. Teraz kupiłam mu coś nowego i twierdzi, że jest jest jeszcze lepiej, ale o tym wkrótce! Podsumowując, polecam!

7. Isana- krem do ciała z masłem shea i kakao.

Ten krem/balsam/a może nawet trochę masło do ciała bardzo dobrze się u mnie sprawdził. Nieziemski zapach, który czuć nawet następnego dnia po wieczornej aplikacji, zdecydowanie na plus! Bardzo dobry skład. Jak na tak tani kosmetyk drogeryjny (kupiłam chyba za 7 zł w promocji) skład jest wręcz niespotykany. Ładnie nawilżał skórę, szybko się wchłaniał i nie pozostawiał na skórze lepkiego filmu. Jeżeli chcecie poczytać o nim więcej, to zapraszam TUTAJ. Opisałam Wam też jeszcze jedno jego niekonwencjonalne zastosowanie. Na pewno wypróbuję też inne masła z tej serii. Polecacie jakieś?

image

8. Planeta Organica- szampon do włosów z masłem shea.

Tak jak wersja tego szamponu z mango się u mnie nie sprawdziła, to ta z masłem shea pozytywnie mnie zaskoczyła. Włosy mi się po nim nie plątały, były gładkie i nie puszyły się. Nawet bez odżywki były całkiem do zniesienia, co uważam za spory sukces. Jest to bardzo delikatny szampon o całkiem dobrym składzie. Bardzo dobrze oczyszczał skórę głowy nie przesuszając i nie podrażniając jej przy tym. Według mnie jest poprawny, ale nie zaskoczył mnie na tyle, aby kupić go ponownie. 

9. Garnier- płyn micelarny 3 w 1.

Kolejna butelka tego cuda ląduje w denku! Zdecydowanie najlepszy płyn micelarny, jaki kiedykolwiek miałam. Co testuję jakiś inny produkt, to po jakimś czasie wracam do niego z podkulonym ogonem. Pięknie zmywa makijaż, nawet najgrubsze, czarne krechy eyelinerem, nie podrażniając przy tym oka. Nie trzeba mocno trzeć, ani się męczyć. Dodatkowo cena przystępna i dostępny w każdej drogerii. Oczywiście nowa butla zasiliła już szeregi moich kosmetyków. Kiedyś porównywałam go z dwoma innymi popularnymi płynami. Jeśli jesteście ciekawi jak wypadł w klasyfikacji, wbijajcie TU. Polecam go całą sobą! Każda osoba, jak na razie, której go poleciłam jest zadowolona. Także myślę, że to już o czymś świadczy!

10. Cztery Pory Roku- odżywczy krem do rąk i paznokci z wiśnią japońską.

Ogromna tuba, którą kupiłam za grosze w jakieś promocji, starczyła mi chyba na rok sporadycznego używania. Sporadycznego dlaczego? Bo nie nawilżał on jakoś spektakularnie. Sprawdzał się bardziej, jako środek zapobiegający przesuszeniu niż jako krem, który miał im pomóc. Niestety mimo dobrej ceny i pięknego zapachu nie kupię go ponownie, a szkoda. 

Koniec! Tak się prezentuje moje DENKO! Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie albo że przestrzegłam Was przed zakupem niektórych kosmetyków :P. Miłego wieczoru i wolnego czwartku. Ja się szykuję i uciekam zobaczyć się ze znajomymi!

Buziaki:*

HIGHEELS

Isana- kakaowe masło do ciała nie tylko do ciała!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj czas na pięknie pachnące masło do ciała (a właściwie balsam w masłowym opakowaniu) marki Isana (Body Creme Sheabutter & Kakao). Jeśli lubicie czekoladowo-kakaowy wywołujący ślinotok aromat, ten zapach jest dla Was!  Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczu- olbrzymia pojemność, bo aż 500 ml i teraz najważniejsze CENA. Otóż za tak olbrzymie opakowanie zapłaciłam… uwaga… 7 zł! Tak, to nie żart. Masło było akurat na promocji, ale w regularnej cenie tak czy siak kosztuje ok. 8,50 zł. Dostaniecie go w każdym Rossmannie i co więcej bardzo często ląduje na promocji.

image

Kolejna rzecz to naprawdę zaskakująco dobry skład jak na tak tani kosmetyk. Nie znajdziemy w nim parafiny, czy silikonów. Jest gliceryna, ale jest też masło shea na ósmym miejscu, olej kokosowy na piątym, panthenol, masło kakaowe. Jestem w szoku, bo jest na taki balsam skład jest rewelacyjny! Bardzo podoba mi się opakowanie, bo zazwyczaj w przypadku balsamów, jeśli nie rozetniemy na końcu opakowania, jakaś część produktu się marnuje. Tutaj zużywamy go do samego końca, dozując sobie taką ilość produktu jaką tylko chcemy. 

Konsystencja nie jest treściwa, ale nie jest też zbyt rzadka. Nie spływa ze skóry. Szybko się wchłania i co najważniejsze nie zostawia lepiącego filmu. Nie ma gorszego uczucia niż lepiące nogi w pościeli. No nienawidzę tego! 

image

Jeśli chodzi o działanie na skórze. Na pewno wygładza i zmiękcza skórę. Delikatnie nawilża, ale nie jest to niestety głębokie, mocne nawilżenie. Dla kogoś z bardzo suchą skórą nie wystarczy. Jednak do codziennej, rutynowej pielęgnacji spisuje się całkiem nieźle. W przypadku kiedy moja skóra była bardziej przesuszona sięgałam po inne balsamy na przykład TEN z Evree. Bardzo ładnie łagodzi podrażnienia po depilacji. Szybko koi skórę i przywraca jej równowagę. Dzięki delikatnej konsystencji bez problemu się rozprowadza. Jako balsam do ciała daję mu solidne 4/5! No i ten zapach, który utrzymuje się na skórze do rana <3!

Jednak bardziej zachwyciło się jego inne zastosowanie. Odkryłam je dzięki dziewczynom na Instagramie, za co Wam bardzo, bardzo dziękuję. A mianowicie kremuję nim włosy! Co to jest kremowanie włosów? Dokładnie to co olejowanie, tylko zamiast oleju nakładamy krem. Nie byle jaki krem, tylko taki który w swoim składzie ma właśnie oleje i nawilżające masła. Dla moich nieskoporowatych włosów olej kokosowy, masło kakaowe i shea to idealny zestaw. Nakładam krem na suche włosy i rozprowadzam grzebieniem na całej ich długości. Nakładam folię i tak sobie chodzę przez około godzinkę. Później myję włosy i… cieszę się miękkimi, nawilżonymi, gładkimi i lejącymi włosami! Powiedziałabym, że efekt jest lepszy niż po olejowaniu. A to za sprawą mixu dobroci, który znajdujemy w składzie. Włosy się nie puszą i mówię Wam- są tak niesamowicie miękkie!

Powiem szczerze, że nie spodziewałam się, że będzie to tak wielofunkcyjny produkt. Zużywam go do kremowania całego ciała i włosów, a w opakowaniu ledwo co ubywa. Dostać za taką cenę tak dobry i wydajny produkt, to naprawdę niespotykana rzecz. Polecam Wam spróbować go szczególnie na włosy! Jeśli macie takie jak ja, to na pewno się nie zawiedziecie. 
 image

Koniecznie dorwijcie go na promocji i przetestujcie! Jak nie do włosów, to jako balsam :).

Miłej soboty, Kochani!

Buziaki:*

HIGHEELS

Kosmetyczne buble, buble i jeszcze raz buble!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj będzie duuuużo narzekania. Ale co tam, czasem można :P. Od czasu do czasu trafiają mi się kosmetyki, które absolutnie się u mnie nie sprawdzają. Mimo tego staram się zużyć je do końca, bo taką mam zasadę- „nic nie może się zmarnować”. No chyba że powodują u mnie podrażnienia, oczywiście. Ostatnimi czasy zebrało się u mnie aż 6 kosmetyków bubli. Niektóre pielęgnacyjne, niektóre do włosów, a nawet kolorówka! A więc, bez zbędnego przeciągania, zaczynamy!

image

image

1. Isana Med Korperlotion.

Jest to balsam a raczej emulsja do ciała do bardzo suchej i szorstkiej skóry z mocznikiem 10%. Szukałam na szybko jakiegoś balsamu, a widząc, że ten akurat dziewczyny polecają, postanowiłam spróbować. Booooże jak ja się zawiodłam. Nie dość, że śmierdzi jakoś dziwnie, to konsystencja jest na tyle tępa, że nie da się go normalnie rozprowadzić! Trzeba się nieźle narobić, żeby równomiernie rozsmarować kosmetyk. Mało tego! On się w ogóle nie wchłaniał. Po aplikacji miałam uczucie, że coś lepkiego i ciężkiego oblepiło moją skórę. FUUUUJ! Jeśli chodzi o działanie to nie było rewelacyjne… A musiałoby być ponadprzeciętne, żeby wynagrodzić cierpienia aplikacji. Nienawidzę, kiedy kładę się spać, a nogi kleją się do siebie. Okropność. Nie polecam najgorszemu wrogowi :P.

2. Biały Jeleń- odżywka do włosów z czystą bawełną i proteinami pszenicy.

Ostatni bubel to odżywka z firmy Biały Jeleń. Kupiłam ją w zestawie z szamponem, który pojawił się w którymś denku. Zachęcający opis, niska cena i nic więcej. Miałam wrażenie, ze dodatkowo obciąża mi włosy. Po zabiegu były napuszone i naprawdę nie wyglądały dobrze. Zużyłam ją do zmiękczania pędzli i go golenia :P.

3. Isana Hair, Birken-Haarwasser (Woda brzozowa).

Ten produkt, pomimo swojej bajecznie niskiej ceny (5/6 zł za 500 ml), nie zrobił zupełnie nic. Beznadziejne opakowanie, które utrudnia aplikacje i wylewa zbyt dużą ilość produktu. Najlepiej przelać do opakowania z atomizerem. Strasznie drażni mnie zapach, który jest dość ciężki i bardzo nachalny. Czuć alkohol, który jest wysoko w składzie. Nic, zupełnie nic nie stało się z moimi włosami. Zero odświeżenia, polepszenia kondycji włosów, no nic. Kompletnie bezużyteczny kosmetyk. Bardzo źle zainwestowane 5 zł. 

image

4. Maybelline, Eye Studio, Master Precise Liquid Eyeliner (Master Drama)- eyeliner w pisaku.

Może nie jest to totalny bubel, ale na pewno nie jest to dobry i godny polecenia produkt. Aplikacja niby łatwa, ale jednak wolę eyelinery z pędzelkiem, jakos łatwiej mi zrobić cienką, delikatną kreskę. Niestety nie był dostatecznie czarny. Musiałam nałożyć kilka warstw, żeby kolor byl faktycznie ciemny. W końcu po nałożeniu kreska nie była matowa. Jakby delikatnie połyskiwała, co mnie strasznie wkurzało, bo wyglądało jak jakiś tani, beznadziejny produkt. Nie jest to co prawda wodoodporny eyeliner, ale też bez przesady! Nie może tak być, że kreska rozmazuje się przy najmniejszym kontakcie z wilgocią! Nie dość tego, trwałość to rzeczownik, który zdecydowanie nie powinien być wiązany z tym kosmetykiem. Pod koniec dnia jaskółka była rozmazana, a kreska wyglądała baaardzo źle. Dośc szybko też mi się skończył. Nie przypadł mi do gustu i zdecydowanie wolę eyeliner z Eveline , o którym pisałam Wam w Ulubieńcach.

5. Carmex Mint.

Generalnie bardzo lubię Carmex w słoiczku. Jest on niezastąpiony w zimę, kiedy moje usta wołają o pomstę do nieba. Myślałam, że wersja miętowa też będzie godna polecenia, ale niestety nie. Po pierwsze zapach, który był nie do zniesienia. Był tak mocny i męczący, że nie mogłam go w ogóle przez jakiś czas używać. W końcu nie dałam rady i wyrzuciłam końcówkę. Nie nawilżał tak dobrze jak wesja w słoiczku. Miałam nawet wrażenie, że od czasu do czasu wysuszał usta. Koniec końców wracam z podkulonym ogonek do słoiczkowego, oryginalnego Carmexu.

6. Peeling do ciała Kropla zdrowia. 

Pisałam Wam o maśle do ciała z tej samej serii, które niezbyt mnie zachwyciło. Tak samo zachował się peeling. Zapach nawet fajny, taki jak balsam. Ale drobinki po nałożeniu na ciało i krótkim masażu znikały. Po prostu się rozpuszczały. Nie zdążyłam nawet dobrze się wymasować. Oprócz tego, tak jak masło, ten peeling miał drobinki! Jak ja nienawidzę złotych, błyszczących drobinek! Po peelingu dwa razy się myłam, żeby upewnić się, że żaden złoty akcent nie został na mojej skórze. Zdecydowanie wolę peeling kawowy i to taki, który robię sama w domu. Jeśli przegapiłyście ten wpis, zapraszam TU.

To już koniec narzekania na dziś. Miejmy nadzieję, że buble będą trafiały się coraz rzadziej. A Wy ostatnio trafiłyście na jakiś beznadziejny produkt?

Buziaki:*

HIGHEELS