Ulubieńcy września i października!

7 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Ale zimno! Dzisiaj czekając na autobus trzęsłam się jak galareta! U Was też? Dzisiaj mam dla Was Ulubieńców! Wiem, wiem.. trochę się spóźniłam, ale spokojnie już są ULUBIEŃCY ostatnich dwóch (no dobra dwóch i pół) miesięcy! Długo zastanawiałam się, które produkty powinny się tu znaleźć, ale w końcu wybrałam PIĄTKĘ najlepszych! Możecie mi wierzyć na słowo, że te oto rzeczy ułatwiły i zdecydowanie umiliły mi ostatnio życie. 

img_5265

  1. Evree- różany tonik do twarzy.
    Rozważając to co powinnam Wam o nim napisać wpadłam na jedno zdanie, które idealnie wyrazi to co o nim myślę. Mianowicie: jestem w stanie dla niego porzucić wszelkie hydrolaty! Tak, dobrze wiecie jak kocham hydrolaty: różany, oczarowy, aloesowy, z kwiatów gorzkiej pomarańczy, ale ten tonik spokojnie zastąpi je na dłuższy czas w mojej pielęgnacji. Jest rewelacyjny! Odświeża skórę, zmniejsza zaczerwienienia, lekko nawilża. Stosuję go po umyciu twarzy, przed nałożeniem kremu rano i wieczorem, po zmyciu maseczki… Używam go cały czas! Jest wydajny, stosunkowo tani. Skład ma krótki i nie ma w nim nic co mogłoby zaszkodzić mi i mojej skórze. Pachnie różą i to co mnie jeszcze zachwyca to opakowanie z atomizerem! W ten sposób kosmetyk się nie marnuje, aplikacja jest higieniczna, prosta i przyjemna. Jestem zachwycona tym produktem i z pewnością przetestuję drugi tonik, który marka Evree posiada w swojej ofercie. 
  2. Idea Toscana- Crema Viso Idratante, czyli nawilżający krem do twarzy.
    Jest to krem, który zawiera w sobie Biologiczną Toskańską Oliwę z Oliwek IPG i jest memu sercu szczególnie bliski ze względu na fakt, że został wyprodukowany niedaleko Florencji, w której mieszkałam przez pół roku. TUTAJ możecie przeczytać, co tam robiłam :). Produkty marki Idea Toscana są ekologiczne i nie zawierają w składach parabenów, silikonów, olejów mineralnych, sztucznych barwników, czy syntetycznych substancji zapachowych. Skład jest faktycznie bardzo w porządku według mnie. Ten krem stosuję na noc i przyznam szczerze, że jest genialny! Z założenia ma nawilżać (oleje roślinne), odżywiać, zmiękczać (skwalen warzywny) i wzmacniać skórę. Nie mam podstaw nie zgodzić się z tymi założeniemi. Krem ma lekką konsystencję, która szybko się wchłania i nie pozostawia na twarzy nieprzyjemnego filmu. Z powodzeniem można stosować go też na dzień. Uwielbiam szklane, solidne opakowanie z pompką! Wydobywamy odpowiednią ilośc produktu nie brudząc przy tym palców. I nic nie wchodzi pod paznokcie (Was też to tak wkurza?!). Genialnie nawilża i zmiękcza skórę! Rano budzę się zawsze z mięciutką, przyjemną w dotyku skórą. Nie mam problemu z przesuszeniem nawet teraz, gdy jest zimno. Genialny produkt! Ma dość specyficzny zapach lekko lawendowy. Nie jest moim ulubionym, ale przyzwyczaiłam się już do niego i nie przeszkadza mi ani trochę. Jeśli będziecie mieć okazję, koniecznie go wypróbujcie! Cudo!

    img_5266

  3. Wibo- Growing Lahes Stimulator Mascara.
    Kupiłam ją jak tylko sama zdjęłam sobie przedłużane rzęsy, bo szukałam czegoś taniego, nowego a jednocześnie dobrego. No i znalazłam, a co! Genialna szczoteczka- mała, silikonowa, dociera wszędzie. Nie brudzi powieki. Pomalowanie dolnych rzęs nie sprawia mi żadnego problemu, a niestety nie zawsze tak bywało. Ładnie wydłuża i pogrubia rzęsy nie pozostawiając na nich grudek. Trzyma się cały dzień! Przy pierwszej aplikacji po paru godzinach zaczął się kruszyć. Nie wiem dlaczego, bo później już tego problemu nie zauważyłam. Nie rozmazuje się w ciągu dnia, nawet jak lekko kropi lub jest mżawka. Łatwo się zmywa. Kupiłam go w Rossmannie za 11,90 zł bez promocji, więc jak na to, jak działa cena jak najbardziej odpowiednia. Dorównuje nawet mojemu absolutnemu hitowi, czyli Lovely Pump Up Mascara. Lovely może jest troszkę lepsza, bo podkręca lepiej rzęsy i szybciej je rozdziela. Tak czy siak jestem bardzo zadowolona. Koniecznie wypróbujcie! Aha i nie spodziewałabym się, że będzie stymulować wzrost rzęs :P.
     
  4. Urban Decay- paletka cieni Naked Basics.
    Jest to obecnie jedyna paletka, z której korzystam i nie mam na razie zamiaru wracać do innych lub szukać czegoś nowego. Nie dość, że sam produkt cieszy oko, posiada solidne opakowanie z lusterkiem, to cienie są naprawdę dobrej jakości. Najbardziej cieszy mnie to, że jest to pierwsza paletka w mojej kolekcji, z której wszystkie cienie mi się podobają i ze wszystkich korzystam. W pudełku znajduje się 5 matowych cieni i jeden perłowy, delikatnie świecący, który idealnie nadaje się pod łuk brwiowy lub w wewnętrznym kąciku oka (Venus). Są to najbardziej uniwersalne kolory na świecie! Wykonacie nimi każdy makijaż: ten dzienny i ten mocniejszy wieczorowy. U mnie nawet bez bazy, a z kamuflażem Catrice na powiecie, makijaż oka trzyma się praktycznie cały dzień. Korzystam z każdego koloru, żaden się marnuję, co uspokaja moje sumienie po wydaniu dość sporej kwoty na tę paletkę- 145 zł. Pamiętam, że skorzystałam z dużej zniżki i finalnie zapłaciłam ok 100 zł, ale jak powszechnie wiadomo, jest to całkiem sporo jak na paletkę. Niemniej jednak nie żałuję. Na początku musiałam się nauczyć z nimi pracować, bo delikatnie się osypują, ale teraz już wiem, jak je poprawnie nałożyć, żeby nie marnować kosmetyku. Jestem niesamowicie zadowolona z tej paletki. Korzystam z niej codziennie, a produktu jakby nie ubywa. Gorąco ją wszystkim polecam! Szczególnie na promocjach oczywiście!
  5. Zoeva- Brow Line pędzelek do brwi (322).
    Nie mogę nie wspomnieć o moim ulubionym pędzelku, który odpowiada za codzienny makijaż moich brwi. W połączeniu z rewelacyjnym produktem, o którym wkrótce Wam opowiem, tworzy efekt, który pożądałam od zawsze. Jest idealnie miękki i idealnie ścięty. Pomalowanie brwi zajmuje dosłownie minutkę i jest przyjemne jak nigdy. Według mnie ma doskonałą szerokość i grubość. Nie zamieniłabym go na żaden inny. Moim zdaniem jest to najlepszy pędzelek do brwi, jaki możecie znaleźć i mój faworyt jeśli chodzi o pędzle marki Zoeva. Łatwo się domywa, nie zmienia swojego kształtu po wielu, wielu myciach i wciąż jest super miękki. Zdecydowanie polecam!

Moim Drodzy, tak się prezentują moi Ulubieńcy ostatnich miesięcy. Mam nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie. Jestem też ciekawa, jakie produkty sprawdziły się u Was w ostatnim czasie! Piszcie koniecznie, a ja jem banana i lecę pobiegać!

Buziaki:*

HIGHEELS

Czy warto jechać na Erasmusa? I dlaczego TAK!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wróciłam. Nareszcie mam czas na porządne prowadzenia mojego bloga. Przepraszam, że przez jakiś czas posty pojawiały się rzadziej, a i Instagram pozostał trochę zaniedbany. Teraz jednak powracam do Was i zdecydowałam się napisać dla Was post o tym, czy faktycznie warto jechać na Erasmusa. Od razu w pierwszym zdaniu powiem Wam, że zdecydowanie TAK! Ja na przykład nie mogę przeżyć tego, że ta przygoda mojego życia dobiegła już końca… Zacznijmy jednak od początku.

Co to jest Erasmus? Jest to program wymiany studentów, który powstał w 1987 roku. W praktyce wygląda to tak, że Unia daję ci możliwość i pieniążki, żeby studiować przez semestr lub nawet w rok w innym kraju. Kupa papierkowej roboty i załatwiania, ale jest to doświadczenie warte każdej poświęconej temu minucie. Czy Erasmus jest dla każdego? Tak, ale dla niektórych kierunków studiów powinien być wręcz obowiązkowy!

Jeśli studiujesz języki, to znaczy różne filologię lub tego typu kierunki, moim zdaniem, Erasmus jest koniecznością. Nigdzie indziej nie nauczysz się języka, jak właśnie w kraju, w którym się w nim mówi. Chodzi tu też o to, że niestety na uniwerku nie nauczą cię nigdy języka, którym posługuje się młodzież, ale również język, którego używa się na co dzień zdecydowanie różni się od tego uniwersyteckiego. Mówiąc o sobie zawsze będę posługiwać się przykładem języka włoskiego. Pomimo tego, że jest to mój ostatni rok studiów i znajomość włoskiego opanowałam na poziomie C2, ten wyjazd nauczył mnie olbrzymiej ilości nowych słówek, konstrukcji, wyrażeń. Czasem nawet tych banalnych (jak na przykład „klosz”), których nigdy wcześniej nie miałam okazji użyć. Niesamowicie się z tego cieszę. O wiele łatwiej rozmawia mi się teraz z Włochami. Nauczyłam się też takich trywialnych rzeczy, jak przeklinanie (które jest oczywiście bardzo złe), ale zdecydowanie zbliża nas do włoskiego używanego na co dzień przez Włochów. Nie mówię już o tym, że będąc zanurzonym w tym języku, znikają wszystkie bariery językowe. Zdolność wypowiadania się na różne tematy rozwija się i nawet nie spostrzegasz się kiedy to się dzieje. Nawet nie wiesz, kiedy zaczynasz powoli myśleć w tym języku, a nawet śnić. Zaczynasz używać naprzemiennie dwóch języków i nie zdajesz sobie sprawy czasem kiedy mówisz po włosku zamiast po polsku! Niesamowite uczucie! Tak więc, według mnie Erasmus jest to coś co zdecydowanie powinno być obowiązkowe dla studentów wszelkich filologii. Co oczywiście nie wyklucza studentów innych kierunków. Jest to wspaniała okazja, żeby podłapać podstawy nowego języka! 

Nowe znajomości, nowi ludzie, nowe kontakty! To wszystko gwarantuje ci właśnie dłuższy pobyt za granicą! Oczywiście nie wszystkie przetrwają powrót do kraju, ale niektóre z pewnością się utrzymają! Pomyślcie, że możecie w przyszłości odwiedzać znajomych w Szwecji, Niemczech, Hiszpanii, czy nawet w… Bangladeszu! Nie chodzi mi tu tylko o znajomych. Można również podłapać nowe kontakty, które pomogą w życiu zawodowym. Kto wie, może akurat znajdziesz dzięki nim pracę marzeń. Erasmus daje szansę poznawania nowych ludzi praktycznie każdego dnia! Dzięki temu cała nieśmiałość, jaka gdzieś tam w tobie tkwi znika. Otwierasz się na ludzi, opanowujesz to perfekcji „small talk” i starasz się na wszelką cenę zapamiętać wszystkie imiona poznanych ludzi. Marku Zuckerbergu, dzięki Ci za Facebook’a! Bez niego byłoby ciężko. Grono studentów erasmusowych to wspaniała solidarność ludzi, którzy nie mają zbyt wielu pieniędzy, oszczędzają na wszystkim, chcą się bawić i mają te same problemy co ty! (Jak powinnam wypełnić Learning Agreement? Gdzie znaleźć mieszkanie? Co zrobić, jak zginęła moja paczka? Gdzie kupić najtańsze wino?).

Oczywiście po drodze napotkasz masę problemów. Również na uczelni. I to tej macierzystej, jak i tej zagranicą. Zdarzają się trudne egzaminy, dziwni wykładowcy… Jednak moim zdaniem na prawdę zaryzykować. Po takim pobycie na Erasmusie masz wrażenie, że każdą możliwą sprawę jesteś w stanie załatwić (nawet antybiotyk o 23:30, bo okazało się, że w klubie, w którym byłeś tydzień temu ktoś zaraził się bakterią, która powoduje zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i wszyscy uczestnicy imprezy muszą profilaktyczne przyjąć lek). Znalezienie pokoju w 3 dni również staje się sprawą prostą do załatwienia. Wszystko da się załatwić! Koniec języka za przewodnika! Ilość niezapomnianych imprez i spotkań zaskakuje. Ilość przespanych godzin zmniejsza się krytycznie, ale to nic. Przecież to tylko parę miesięcy. Wyśpię się po śmierci. Wszystko zależy też od miejsca, które wybierzecie. W moim przypadku Florencja była strzałem w dziesiątkę, więc polecam ją całym sercem. Oczywiście nie samymi imprezami żyje Erasmus. Są też zajęcia, na które ja akurat musiałam chodzić. Są egzaminy, które trzeba zdać i to po włosku (ja miałam 5 ustnych i wszystkie zaliczone 🙂 ). Aleee… wszystko jest do zrobienia! Dowiedziałam się, że jestem silniejsza niż przypuszczałam.

Jeśli chodzi o wątpliwości, czy wyjechać będąc w związku. Jest to indywidualna sprawa każdego z Was. Ja zaryzykowałam i dałam radę. Na początku jest faktycznie ciężko. Tym bardziej, że jesteś w nowym miejscu i nie znasz jeszcze nikogo. Potem jednak przyzwyczajasz się i z utęsknieniem czekasz na dzień, w którym się spotkacie. I jest to najpiękniejszy dzień, jaki kiedykolwiek przeżyliście! Wszystko zależy od tego, czy sobie ufacie. Dzięki pobycie we Florencji nauczyłam się taaak wiele! I to również o samej sobie. Dowiedziałam się, czego tak naprawdę chcę od życia. Wiem, że brzmi to co najmniej idiotycznie, ale serio, nie żartuję :P. 

Kolejną zaletą jest to, że na zwiedzanie ciekawych turystycznie miejsc masz aż 5 miesięcy! Nie musisz wstawać wcześnie i czekać w olbrzymich kolejkach, żeby zobaczyć na przykład rzeźbę Davida Michała Anioła. Możesz to zrobić, kiedy tylko ci przyjdzie na to ochota. Możesz podróżować! Cinque Terre, San Marino, Rzym, Siena, Verona, Viareggio, Livorno, Pisa… co tylko chcesz! Wszystko jest w zasięgu ręki! Mało tego! Zaczynają ci przeszkadzać regularni turyści, którzy utrudniają swobodne przemieszczanie się w centrum i blokują drogi.

Podsumowując, polecam każdemu wyjazd na Erasmusa! Jest to przygoda życia, której nigdy nie zapomnicie. Ja będąc teraz w fazie depresji poerasmusowej nie mogę przeżyć, że czas minął tak szybko i to wszystko się już skończyło. Jestem pewna, że wrócę do Florencji najszybciej jak tylko będę mogła. Nie bójcie się, zaryzykujcie i jedźcie! Nigdzie nie przeżyjecie tego co na Erasmusie. Uwierzcie mi.

Na koniec chciałabym podziękować moim najkochańszym na świecie towarzyszą Erasmusowym! Po pierwsze osobie, z którą spędziłam prawie każdy dzień we Florencji! Nie wiem, jakim cudem wytrzymałyśmy ze sobą tak długo! Teraz autentycznie mi Ciebie brakuje, mimo że mieszkasz parę kilometrów ode mnie. Kocham całym serduchem! Po drugie moje kochane Poleczki z Flo! Warszawianka, Poznanianka, Wrocławianka, które sprawiły, że ten wyjazd był jeszcze lepszy! Nie będę nawet próbowała wymieniać reszty z imienia, bo po prostu nie będę tego w stanie zrobić. Dziękuję Wam wszystkim! 

Na koniec wklejam Wam parę zdjęć! Mam nadzieję, że się spodobają :).

Buziaki:*

HIGHEELS

higheels
(Cinque Terre)

higheels2
(San Marino)

higheels3
(Firenze)

higheels4
(Verona)

higheels5
(Viareggio)

higheels6
(Viareggio)

image
(Viareggio)

image
(jeszcze raz Viareggio)

image
(Livorno)

image
(Livorno)

image
(Pisa)

image
(Firenze, quanto sei bella!)

image
(Firenze, mi mancherai)

Miesiąc życia we Florencji- wrażenia by Higheels

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Minął już miesiąc od kiedy jestem we Florencji. Pomyślałam, że może warto podzielić się z Wami moimi przemyśleniami. Ogólnie rzecz biorąc jestem zachwycona życiem tutaj i ani trochę nie żałuję, że podjęłam taką decyzję! Po pierwsze życie tutaj jest zupełnie inne niż w Polsce. Ludzie są niesamowicie mili i pomocni. Już pierwszego dnia tutaj przekonałyśmy się o tym. Taszcząc za sobą ciężkie walizki w upale wynoszącym 35 stopni szukałyśmy naszego hostelu. Niestety bez skutku. Nagle podszedł do nas jakiś pan i wyraźnie zaniepokojony spytał czy nam nie pomóc. Oczywiście dzięki jego pomocy znalazłyśmy hostel :). Ludzie są tu bardzo uprzejmi i zawsze chętnie służą ci pomocą. 

Florencja jest przepięknym miastem! Wszędzie znajdziemy jakieś zabytki, dzieła sztuki, jak przystało na renesansowe miasto, oczywiście! Nawet latarnie wyglądają inaczej. Oczywiście, przez to jest też bardzo dużo turystów, którzy spowalniają nam drogę do celu, kiedy już tu mieszkamy i na przykład śpieszymy się na zajęcia. Ale spokojnie da się przeżyć :P. Jest to tez centrum życia studenckiego. Jest tu bardzo wiele klubów i miejsc, w których spotykają się i bawią studenci, także nie da się tu nudzić! Tak naprawdę Florencja wcale nie jest wcale taka duża. Owszem, można się pogubić w tych ciasnych, urokliwych uliczkach, ale jakimś cudem zawsze dotrzemy do głównej katedry (Duomo). Dla wszystkich fanów zwiedzania zabytków i kościołów mam dobrą wiadomość- jest ich tu pełno! I na pewno nie da się zobaczyć wszystkiego w dwa lub trzy dni. 

Następnym niekwestionowanym plusem jest pogoda i temperatura! Jest tu o wiele cieplej niż w Polsce! I o wiele bardziej słonecznie. Owszem, czasem pada, ale śniegu jeszcze nie ma i pewnie nie będzie. Mam zamiar schować się tu przed polską zimą :P.

Kolejną zaletą, która zdecydowanie umila mi pobyt jest włoska kuchnia! Uwielbiam włoską kuchnię! Pizze, makarony, sery… to wszystko, co kocham! No i oczywiście lody! Na tripadvisor znajduje się ranking najlepszych lodziarni we Florencji i postanowiłyśmy spróbować lodów w każdej z nich. Na razie najlepsze lody jadłam w Gelateria dei Neri na Via dei Neri. Wybrałam oczywiście jogurtowe (moje ulubione) i Nutellę! Nawet nie wiem, jak Wam opisać ten smak :D. Oczywiście nie można zapomnieć o włoskim winie, którego jest wszędzie pełno. Dla studentów i ludzi nie wymagających wiele od wina wspomnę, że można tu kupić całkiem dobre butelkowane wina za niecałe 2 euro 😉 ! 

Niestety wszystko ma też swoje minusy. Jest tu bardzo drogo. Szczególnie dla nas Polaków zarabiających z złotówkach. Ceny bolą w szczególności studentów zagranicznych, a nawet tych włoskich. Wynajem pokoju dwuosobowego waha się pomiędzy 250-500 euro za osobę, także zupełnie bez porównania z cenami w Polsce. Jedzenie jest też oczywiście droższe, dlatego my studenci nie jadamy w restauracjach. Wybieramy raczej stołówki studenckie lub gotowanie w domu. Nawet w McDonald’s ceny są wyższe, np. Big Maca bez zestawu dostaniemy tu za niecałe 5 euro… Niestety trzeba uważać i rozsądnie wydawać pieniądze, żeby później nie zostać na lodzie. 

Jeśli chodzi o minusy, to wymienię również zdecydowanie pogorszenie stanu mojej skóry. Nie jest to spowodowane oczywiście samą Florencją, ale myślę, że tutejsza woda mogła jej zaszkodzić. Również dochodzi do tego: stres związany z przeprowadzką, tęsknota za bliskimi, zmiana kosmetyków itd. Na początku było fatalnie. Nie poznawałam swojej własnej skóry. Teraz się poprawiło i wierzę, że zmierzam w dobrym kierunku.

Oczywiście tęsknota towarzyszy mi każdego dnia, ale nauczyłam się z nią żyć i cieszyć tym co mam teraz. Wiem, że czas szybko mija i za jakiś czas (dokładnie 9 dni :P) zobaczę swojego narzeczonego, moich przyjaciół i rodzinę (tu trochę dłużej). Nic mi nie ucieknie. Mam zamiar wrócić do Polski na Święta. Pewnie ani się nie obejrzę, już będę musiała pakować walizkę :P. 

A teraz zapraszam na kilka zdjęć, które udało mi się zrobić!

image
(wnętrze kopuły Duomo z freskami Vasariego)

image
(ciasne, kręte uliczki- czyli to o uwielbiam!)
 image
(takie znaki i wiele innych możemy spotkać we Florencji)

image
(widok z Piazzale Michelangelo) 

image
(Forte Belvedere)

image
(dziwna wystawa w Forte Belvedere)

image
(widok z Forte Belvedere)

image
(pyszne lody jogurtowo-sernikowe na tle Ponte Vecchio)

image
(w Fiesole- małym miasteczku górującym nad Florencją)

image
(Fiesole)

image
(Fiesole- nasze stopy na tle Florencji)

image
(Fiesole- Toskania taka piękna!)
 image
(Fiesole- Florencja nocą)

 image
(Benvenuti in Paradiso- Witamy w raju, czyli wycieczka do Cinque Terre)

image
(Manarola- Cinque Terre)

image
(Manarola- Cinque Terre)

image
(Manarola- Cinque Terre)

image
(Cinque Terre)

image
(Cinque Terre i przepiękne morze)

image
(Hot Bananas- cokolwiek to jest :P. Znalezione na targu)

image
(na targu we Florencji)

image
(taka oto przesyłka dotarła do mnie w moje urodziny- narzeczony taki kochany <3)

Podsumowując, jeśli wahacie się, czy zaryzykować i rozpocząć przygodę życia, odpowiem Wam: oczywiście, że tak! Nie ukrywam, że na początku jest trochę dziwnie i ciężko, ale z czasem to wszystko mija i zaczynasz się cieszyć tym, co tu jest. Poznajesz wielu (oj bardzo wielu) nowych ludzi z różnych zakątków świata i codziennie doświadczasz czegoś nowego. Najgorzej jest wyjść ze strefy komfortu i opuścić dom. Później już wszystko staje się łatwiejsze. Polecam dzisiaj nie kosmetyki, ale właśnie wszelkiego rodzaju wyjazdy. Na przykład właśnie z programem dla studentów- Erasmus!

Buziaki:*

HIGHEELS

P.S. Weźcie coś na komary, bo jest ich tu dużo, co z kolei spowodowane jest dużą wilgotnością powietrza!

Zmiany, zmiany, zmiany…

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

W moim życiu i na blogu zaszły ostatnio duże zmiany. No może na blogu trochę mniejsze, ale i tak warto o nich wspomnieć. Najpierw chcę zacząć od bloga. 

BLOG

Postanowiłam pójść z duchem czasu i dodać kolejną zakładkę w głównym menu. Jest nią WISHLIST. Wiele dziewczyn właśnie coś takiego dodało, spodobało mi się i stwierdziłam, że to całkiem fajny pomysł. Znajdują się na niej rzeczy, które bardzo chciałabym mieć, ale oczywiście z pewnych względów (najczęściej finansowych oczywiście) ich nie mam. Jest to fajny pomysł, aby motywować się do działania i spełniać swoje małe marzenia. Zachęcam Was to zrobienia swojej WISHLIST, a moją możecie przejrzeć TUTAJ.

ŻYCIE:

A teraz rzeczy ważniejsze. Możecie się spodziewać czasem u mnie zdjęć z Florencji, bo…. przeprowadziłam się tutaj na 5 miesięcy! Postanowiłam zaryzykować i skorzystać z programu Erasmus dla studentów! Od tygodnia jestem już we Florencji i zaczynam powoli przyzwyczajać się do nowego życia. Wyjazd wiąże się oczywiście z rozłąką. Z rodziną, z przyjaciółmi i…. z narzeczonym. Było bardzo ciężko pożegnać się z osobą, z którą jesteś tak długo i którą widzisz, jak kładziesz się spać i jak wstajesz rano. Półroczny pobyt we Włoszech jest dla mnie niewyobrażalnie wielką szansą na rozwój. Szczególnie zależy mi na języku, jako że kończę właśnie studia na kierunku filologia włoska. Mam zamiar polepszyć swoje kompetencje językowe, poznać wielu cudownych ludzi i spędzić zimę w cieplejszym miejscu :P. Będę bardzo tęsknić. Ba! Już tęsknię! Ale wiem, że damy radę. Przecież to tylko 5 miesięcy. 

Pomyślałam, że może fajnie byłoby czasem wstawić post o życiu we Włoszech. Jestem ciekawa, czy chcielibyście poczytać dla odmiany coś innego. Czekam na Wasze opinie i dajcie mi koniecznie znać, czy któraś z Was przeżywa jakąś długą rozłąkę z kimś bliskim i jak sobie z tym radzicie. 

12048805_950499008340781_956826121_n

 

12026712_950884608302221_833024898_n

12025551_950884538302228_570119163_n12047268_950884768302205_996469670_n

 

Takie właśnie zmiany zaszły ostatnio w moim życiu. Mam nadzieję, że nie macie mi za złe, że dzisiaj na blogu jest tak bardzo osobiście. Czułam, że muszę się z Wami tym podzielić :).

Buziaki z Florencji:*

HIGHEELS