Denkowy szał vol. 11!

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dziękuję, że ze mną jesteście i tu zaglądacie! Co u mnie? A no zostałam w końcu panią Magister 😀 Stąd też niestety były opóźnienia w postach, bo praca sama się skończyć nie chciała. Teraz już studia za mną i wracam do Was ze zdwojonymi siłami i obiecuję być już pilną i sumienną blogerką! Dziś rano dorzucając kolejne pudełko do papierowej siaty, która pęka w szwach, stwierdziłam, że to najwyższy czas na DENKO. Też tak macie, że wszystkie kosmetyki kończą się Wam w jednym czasie?! Nie rozumiem, jakim cudem, ale u mnie jest tak zawsze. Tak więc najwyższy czas zaprosić Was na nowe Denko!

img_5117

img_5118

  1. Garnier- płyn micelarny 3w1.
    Sama nie wiem, które to już moje opakowanie. Wiecie dobrze z porównania płynów micelarnych, że jest to najlepszy płyn, jaki kiedykolwiek miałam. Nie podrażnia, zmywa najlepiej na świecie i cenę ma również przyzwoitą. Co tu dużo mówić… no polecam i to bardzo. Spróbujcie koniecznie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście!
  2. Resibo- olejek do demakijażu.
    Wiele razy pojawiał się w Ulubieńcach i dopiero teraz udało mi się do zdenkować. Oznacza to tylko jedno- produkt jest niesamowicie wydajny. Szczerze powiedziawszy nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Sprawdza się idealnie i spełnia wszystkie założenia, który opisuje na stronie producent. Doskonale oczyszcza skórę, odżywia i pozostawia ją miękką i przyjemną w dotyku po demakijażu. Rozpuszcza nawet wodoodporny makijaż. Nawilża i niweluje uczucie ściągnięcia. A na dodatek skład to mieszanka naturalnych olei, o których pisałam Wam szczerzej TUTAJ. Jest serio świetny i podpisuję się pod nim pełnym imieniem i nazwiskiem. Koniecznie wypróbujcie!
  3. Evree Hand Care Max Repair- regenerujący krem do rąk.
    Nie zachwycił mnie. Na początku wydawało mi się, że całkiem dobrze sobie radzi, ale nawilżenie było tylko chwilowe. Glicerynka, moi Drodzi. Stosowałam go na noc, a rano budziłam się ze skórą już lekko ściągniętą. W lato jeszcze jako tako się dogadywaliśmy, bo moje dłonie w lato wiele do szczęścia nie potrzebują. W zimę za to permanentnie są wysuszone i potrzebuję czegoś mocniejszego. To, że ten krem się u mnie nie sprawdził, nie spowodował jednak tego, że odwróciłam się od marki Evree. Wręcz przeciwnie! Postanowiłam wypróbować odżywczy krem do rąk w różowym opakowaniu. Jak na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że widać różnicę i ten krem zdecydowanie lepiej nawilża. Na jego bardziej szczegółową recenzję musicie jeszcze trochę poczekać.
  4. Organic Shop- żelowa maseczka nawilżająca z aloesem i bambusem.
    Muszę przyznać, że bardzo miło mi się z niej korzystało. Lekka, żelowa konsystencja idealnie sprawdzała się wtedy, kiedy bardzo chciałam zrobić coś więcej dla skóry, ale nie miałam na to zbyt dużo czasu. Przemawia do mnie też poręczna, higieniczna tubka. Nie trzeba grzebać w niej paluchami i wyciskamy dokładnie tyle produktu, ile chcemy. O dziwo, była też mega wydajna. Baaaardzo długo z niej korzystałam. Skład mnie satysfakcjonuje: aloes na pierwszym miejscu, gliceryna, bambus, pantenol, trochę alkoholu, puder z korzenia dziwidła, olejek ylangowy, cynk. Jak najbardziej można zaliczyć go do szerokiej kategorii „dobrych składów”. Maska fajnie nawilża skórę. Daję uczucie rozluźnienia i działa jak chłodzący kompres, dzięki czemu zmniejsza opuchliznę i wszelkie obrzęki. Skóra po aplikacji jest fajnie napięta i ukojona. Muszę przyznać, że jak na swoją niezwykle niską cenę, jest to produkt zdecydowanie wart uwagi. Mimo swojej konsystencji, nie spływa z twarzy i po paru minutach staje się lepka. Przepiękny zapach, którego nie umiem Wam ani troszkę opisać. Ale gwarantuję, że jest świeży, lekki i przyjemny! Polecam bardzo!

    img_5119

  5. Woda termalna Uriage.
    Znamy się nie od dziś, a najlepiej dogadujemy się właśnie w lato. Stąd też ta oto pusta butelka w mojej siatce. Uwielbiam po zmyciu makijażu spsikać sobie buzię wodą termalną. Ta z Uriage pięknie koi i nawilża skórę. Fakt, że dostarcza mojej skórze niezbędnych minerałów przekonuje mnie tym bardziej, że jest to produkt, który warto wprowadzić do codziennej pielęgnacji. W lato świetnie chłodzi i przynosi ukojenie skórze. W zimę fajnie się sprawdzi jako nawilżacz przy pracujących cały dzień grzejnikach. Krótko mówiąc bardzo polecam!
  6. Make Me Bio Garden Roses- nawilżający krem do twarzy.
    Jest to już drugie moje opakowanie, a sam krem wylądował już raz w Ulubieńcach. W jego składzie nie znajdziecie siarczanów, parabenów, czy konserwantów, ale dużo naturalnych olejków (makadamia, jojoba, mango, róża). Przez to jego termin ważności co prawda się skraca, ale jeśli kupujemy go z zamiarem używania codziennie, nie będzie żadnego problemu z zużyciem go w terminie. Ja stosowałam go jako krem na noc i, jak domyślacie się już po pierwszym zdaniu, bardzo dobrze się u mnie sprawdza. Róża, w postaci hydrolatu, olejku, działa na mojej skórze cuda. Krem świetnie nawilżał skórę, nawet przy okazji kuracji kwasami. Ładnie ją regenerował i zdecydowanie zmniejszył ilość niedoskonałości, które czasem się pojawiały. Naprawdę jestem z niego zadowolona i mam zamiar sięgać po niego od czasu do czasu. Jedyny jego minus to słoiczek, z którego wygrzebywanie końcówki kremu z długimi pazurami graniczy z cudem. Wybaczam mu jednak za działanie!
  7. Idea Toscana- krem do rąk. 
    Dzięki współpracy z firmą Idea Toscana miałam możliwość przetestowania parę ich produktów. Między innymi wpadł mi w ręce właśnie ten krem. Niestety mimo tego, że większość kosmetyków tej marki się u mnie sprawdza, ten krem jakoś niespecjalnie spełnił swoje zadanie. Nie zauważyłam tak naprawdę jego działania. Nie nawilżał, nie pielęgnował i nie regenerował skóry. Niestety nie polubiliśmy się za bardzo. Zużyłam go co prawda do końca (Tak, tak, mieszkam w Poznaniu i nigdy nie wyrzucam, zanim nie zużyję :P), ale koniec końców nie polecam.
  8. Joanna z apteczki babuni- serum wygładzająco-regenerujące do końcówek włosów.
    Kupiłam kiedyś na próbę, bo kosztowało naprawdę grosze. Jest to typowe silikonowe serum do zabezpieczania końcówek. Szczerze powiedziawszy nie widzę, żeby jakoś specjalnie poprawiło kondycję moich końcówek, a wręcz mam wrażenie, że szybciej się przesuszyły. No cóż, nie kupię ponownie i szukam czegoś lepszego do pielęgnacji końcówek. Może możecie mi coś polecić? img_5120

  9.  Lactacyd- emulsja do higieny intymnej sensitive.
    Temat może dla niektórych tabu, trochę krępujący, ale dla mnie najnormalniejszy na świecie. Jeśli Cię to krępuję, przejdź od razu do kolejnego kosmetyku :). Naprawdę długo nie mogłam znaleźć dobrego żelu do higieny intymnej, który nie podrażniał by tych wrażliwych okolic i zawierałby mydła. Ten spełnia moje oczekiwania! W składzie ma kwas mlekowy, dzięki czemu nie podrażnia i bardzo delikatnie dba o okolice intymne. Bardzo polecam!
  10. Avebio- hydolat aloesowy.
    Kolejny hydrolat w mojej kolekcji, który bardzo dobrze się sprawdził. Nie mam mu nic do zarzucenia. Po demakijażu, przed nałożeniem kremu rano i wieczorem, po maseczce, zawsze dobrze się u mnie sprawdzał. Miałam nawet wrażenie, że delikatnie nawilżał moją skórę. Tani, wydajny, o bardzo subtelnym aloesowym zapachu. Czego chcieć więcej? Proszę sobie koniecznie wpisać ten hydrolat, jako kolejny w kolejce do wypróbowania! Zaraz po różanym i oczarowym. Tak właśnie radzi Higheels!
  11. Stara Mydlarnia Eco Receptura- wybielająca maseczka z witaminą C.
    Ostatni produkt na dziś! Myślałam, że nigdy się nie skończy. Używałam i używałam, a tu nic nie schodziło. No ale w końcu się udało. Bardzo podoba mi się opakowanie z pompką. Znów nie musimy brudzić paluchów w kosmetyku i dostajemy zawsze taką ilość, jaką chcemy. Maseczka ma dość mocny charakterystyczny zapach. Jakby cytrynowy, ale taki bardziej sztuczny. Generalnie jestem z niej całkiem zadowolona. Jeśli chodzi o efekt wybielający, rozjaśniający przebarwienia, to nie bardzo zauważyłam takie działanie. Natomiast jeśli chodzi o ogóle rozświetlenie, to jak najbardziej się zgadzam. Po zabiegu, skóra była super rozświetlona, jakby bardziej wypoczęta i jakby zdrowsza. Tak przynajmniej mi się wydawało! Dodatkowo zdecydowanie można było poczuć nawilżenie i ukojenie. W końcowym rozrachunku dałabym jej 3,5/5. Nie planuję ponownego zakupu, ale może kiedyś skuszę się na inny produkt  z tej serii. 

To już koniec na dziś! Mam nadzieję, że zachęciłam Wam do niektórych produktów, a przed niektórymi przestrzegłam. Przepraszam raz jeszcze na swoją nieobecność i jeszcze raz zapewniam, że nadrobię zaległości! Teraz czas umyć pędzle i uciekać załatwić milion spraw. Miłego dnia, moi Drodzy! 

Buziaki:*

HIGHEELS

Floslek masło do ciała= tani zamiennik dla The Body Shop?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dobrze wiecie, że masło z The Body Shop o zapachu mango to mój niekwestionowany Ulubieniec wszech czasów. Jak dla mnie nie ma piękniejszego zapachu i mogłabym za każdym wejściem do łazienki otwierać i wąchać właśnie to masło. No nie ma ładniejszego zapachu! Dlaczego zatem ten produkt nie gościu u mnie na półce przez cały czas? Z 3 powodów. Po pierwsze, nie chcę, żeby mi się znudził. Po drugi,e niestety mój portfel nie jest w stanie udźwignąć regularnej ceny tych maseł (65 zł za 200 ml ). A trzeci powód to dostępność kosmetyków The Body Shop. Niestety stacjonarnie trudno jest znaleźć w Polsce oryginalny sklep TBS. U mnie w Poznaniu jest jeden sklep, który oferuje ich kosmetyki, jednak nie robi on takich promocji jak właśnie TBS. Jak żyć?! Kiedyś jak byłam w Warszawie trafiłam na czas wyprzedażowy (zupełnym przypadkiem oczywiście :P) i udało mi się dostać aż 400 mililitrową pojemność tego cudeńka za jakieś 69 zł! Boże, ale byłam szczęśliwa. Niestety było to tylko raz.

Trafiłam ostatnio na masło do ciała marki Floslek właśnie o zapachu mango. Jego cena na ezebra.pl bardzo mnie zachęciła. Kosztowało coś ponad 20 zł. Pamiętam, że kiedyś miałam to masło w wersji czekoladowej i bardzo dobrze mi się sprawdzało, więc postanowiłam zaryzykować. Cena w końcu kilkukrotnie niższa niż TBS. Jak tylko kurier Mateusz dotarł z moją paczką, pierwsze co zrobiłam to je rozerwałam papier i powąchałam produkt. Niestety zawiodłam się. To nie ten zapach :(. TBS pachnie mango z lekką nutką brzoskwini. Floslek niestety pachnie też marakują. Oczywiście nie wywaliłam go za to do śmieci. Lekko zawiedziona zaczęłam używać.

img_4851

Skład może nie jest najbardziej naturalny i eko na świecie, ale naturalne oleje tam znajdziemy, na przykład: słonecznikowy, babassu, oliwa z oliwek, masło Shea. Porównując to masło do TBS na pewno różni je konsystencja. To ma zdecydowanie mniej „maślaną” konsystencję. Nie znaczy to nic innego jak to, że troszkę ciężej się rozsmarowuje. Masło z Body Shop sunie po ciele i doskonale się rozprowadza. Przy bardziej zbitej konsystencji masła z Floslek, trzeba się bardziej napracować, aczkolwiek nie nazwałabym tej czynności męczącą.

Przechodząc do kwestii ważnej, o ile nie najważniejszej, czyli do działania, na wstępie zaznaczę, że masło z The Body Shopu postawiło poprzeczkę bardzo wysoko. Nic tak nie nawilżało mojej skóry, jak właśnie ono! Tak więc do jego floslekowego odpowiednika podeszłam z rezerwą. Przyznam bez bicia, że przesadziłam, bo Floslek poradził sobie całkiem dobrze. Niestety do pięt TBS nie dorasta. Faktycznie nawilżał skórę, ale nie na długo. Stosowałam go zawsze przed pójściem spać i rano skóra była jako tako nawilżona. Niestety pod koniec dnia ewidentnie była już lekko przesuszona. W przypadku TBS nie było o czymś takim mowy. Zapach niestety też nie utrzymywał się tak długo jak w przypadku mojego Ulubieńca. Także niestety produkt nie spełnił do końca moich oczekiwań. Jako lekkie masło nawilżające dla skóry raczej normalnej, bez specjalnych skłonności do przesuszania mógłby się sprawdzić. Tym bardziej, że jego cena jest zachęcająca.

Jeśli chodzi o wydajność, Floslek znowu przegrywa. Masła z TBS starczają na baaaaardzo długo. Dzięki konsystencji, nie trzeba ich nakładać dużo i kosmetyk wystarcza na dobrych parę miesięcy. Masło z Floslek zużyłam o wiele szybciej. Nie tylko ze względu na konsystencję, ale też na to że aż tak dobrze nie działało.

Podsumowując, Moi Drodzy, pozostaję wierna masłom z The Body Shop. Może i cena masła z Floslek jest niska, może i jest bardziej dostępne, ale nie zachwyciło mnie na tyle, żeby kupić je ponownie. Niestety jak na razie nic ne zbliżyło się nawet w połowie do zapachu brzoskwini z TBS. Może Wy znacie jakiś tańszy zamiennik? Jeśli tak, koniecznie się ze mną podzielcie tą wiedzą. Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na promocję w TBS i liczyć na to, że w końcu otworzą swój sklep w Poznaniu :P.

Buziaki:*

HIGHEELS

Lepsza wersja konturówki do ust Inglot w kolorze nude!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Jakiś czas temu porównywałam dla Was dwie konturówki do ust w kolorze nude. Była to konturówka z Lovely Perfect Line numer 1 i sławna już konturówka Inglot Soft Precision o numerze 74. Cały tekst możecie znaleźć TUTAJ. Tak więc z tych dwóch konturówek zdecydowanie częściej sięgałam po produkt z Inglota. Na tyle często, aż w końcu gdzieś mi się zawieruszył :(. No dobra, przepadł na zawsze. Prawdopodobnie wypadł mi gdzieś z torebki. Jako że kolor konturówki z Lovely nie do końca mi pasował, wyjście było tylko jedno… ZAKUPY W INGLOCIE!

Poszłam z zamiarem kupienia jeszcze raz tej samej konturówki i pomady do brwi (Napiszę o niej wkrótce, ale powiem Wam tylko jedno słowo- SZTOS!). Niestety Pani sprzedawczyni pokrzyżowała mi plany, ponieważ poleciła mi gorąco produkt uważany przez nią za lepszą wersję numeru 74. Zaufałam i nie żałuję! Mówię o Inglot Lip Pencil w kolorze 32. Jest to wysuwana kredka do ust, która z powodzeniem może robić też za konturówkę. 

image

Powiem szczerze, że zakochałam się w tym produkcie bez pamięci. Dawno żadna kredka do ust aż tak nie przypadła mi do gustu. Po pierwsze bardzo podoba mi się to, że powierzchnia, którą się maluje jest większa. Nie jest to cieniutka końcówka, którą trzeba się nieźle namachać, żeby pokryć całe usta. O nieee! Tutaj wystarczy nam dosłownie parę pociągnięć i gotowe. Przy tym, należy podkreślić, że jest bardzo precyzyjna. Bez problemu obrysujemy sobie nią usta, nie martwiąc się, ze wyjedziemy poza ich kontur. Co jeśli końcówka się stępi i będzie zbyt gruba? A no w takim przypadku mamy pod ręką malutką temperówkę, która ukryta jest na końcu opakowania. Dzięki niej w każdej chwili i w każdym miejscu można naoszczyć kredkę. Niezmiernie mnie to cieszy, bo wielokrotnie zapominałam naoszczyć kredki w domu i dopiero, gdy sięgałam po produkt, którym ni jak się nie dało pomalować ust, w mojej głowie krążyło tylko „Higheels, Ty zapominalska kretynko!”. Teraz na szczęście takiego problemu już nie mam. 

image

Jeśli chodzi o kolor, to jest on bardzo zbliżony, praktycznie identyczny jak numerek 74. Tak samo pięknie wygląda na co dzień i tak samo efektownie prezentuje się przy mocniejszym, wieczornym makijażu. Uwielbiam go za jego uniwersalność. Jestem przekonana, że pasowałby większości osób! Jest to przepiękny nudziak z lekko zgaszoną, fioletową nutą. Absolutnie genialne połączenie! 

image

Konsystencja nadal jest dość tępa, ale na szczęście nie przeszkadza mi to tak bardzo jak w przypadku pierwszej kredki, bo nie muszę tyle razy szarpać nią ust, dzięki większej powierzchni produktu. Przy kredce nr 74 moje usta niestety czasem błagały o pomstę do nieba. Szczególnie wtedy, kiedy były lekko wysuszone. Tutaj kontakt z produktem przy aplikacji jest skrócony o tyle, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Producent informuje, że w składzie zawarty jest olejek awokado, który powinien dodatkowo nawilżać i regenerować usta, ale nie liczyłabym na to zważywszy na to, że jest to kosmetyk o matowym wykończeniu. Produkt jest bardzo dobrze napigmentowany, a więc żeby otrzymać pełnię koloru, wystarczy dosłownie jedna warstwa. A co za tym idzie? Oczywiście niesamowita wydajność kosmetyku. Nie mogę narzekać, bo mam ją chyba od miesiąca, stosuję regularnie, a zużycie jest naprawdę ledwo zauważalne.

Bardzo podoba mi się opakowanie, bo jest bardzo schludne i przede wszystkim solidne. Nie ma mowy, aby kredka otworzyła się w torebce i ubrudziła połowę jej zawartości (been there done that). Produkt bez problemu się wysuwa, nie zacina się i póki co nie łamie. 

Przekonuję mnie też jej trwałość. Tak jak w przypadku kredki nr 74 trwałość jest niesamowicie długa, a nawet wydaję mi się, że pomadka utrzymuję się na ustach dłużej niż jej poprzedniczka. Są to solidne 3/4 godziny pełnego koloru, który ściera się równomiernie przez następne 2/3 godziny. 

Niestety ta wersja jest nieco droższa, bo kosztuje 33 zł. Według mnie produkt o takiej jakości, wydajności i trwałości, bez wątpienia, zasługuje na taką cenę. Spróbujcie, a przekonacie się na pewno! Polecam gorąco całym serduchem tę kredkę! Jest najlepsza na świecie i na pewno szybko z niej nie zrezygnuję.

Dziękuję Wam bardzo za trzymanie kciuków wczoraj! :* Egzamin jako tako poszedł. Mam nadzieję, że będzie do przodu! Możliwe, że jutro będę miała dla Was małą niespodziankę! Bądźcie czujni około 21 na Instagramie i Facebooku

Buziaki:*

HIGHEELS

Golden Rose BB Cream- RECENZJA!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

W mojej kosmetycznej karierze krem BB pojawił się tylko raz i był to krem BB z Garnier. Na szczęście kiedy tylko moja świadomość odnośnie składów i działania niektórych substancji dodawanych do kosmetyków wzrosła, pozbyłam się go jak najszybciej. Okropnie wysuszał mi skórę! Od tamtego czasu porzuciłam BB kremy i jeśli już, to stosowałam podkłady. Jednak będąc wielką fanką firmy Golden Rose, nie mogłam przejść obojętnie obok kremu, który cieszy się świetnymi recenzjami i jest tak często polecany. Mowa oczywiście o Golden Rose BB Cream Beauty Balm No Light

image

Jeśli chodzi o skład, to cudów nie można się tu spodziewać. Pełno silikonów i składników, których nie możemy zakwalifikować do tych „naturalnych”. Jednak aż tak mi to nie przeszkadza, bo stosuję go raz na jakiś czas, a poza tym bardziej zadziwia mnie to, jak dobrze wygląda na skórze!

Produkt ma bardzo przyjemną, lekką, aksamitną konsystencję. Rozprowadzam go zawsze palcami, bo lepiej się wtedy stapia ze skórą. Gdy robię to gąbeczką lub pędzlem (o nie!) mam wrażenie, że krem nie tworzy ze skórą integralnej całości. Mam kolor nr 02 i na początku wydawało mi się, że będzie dla mnie zbyt ciemny, ale już w momencie nakładania krem idealnie dopasowuje się do koloru mojej skóry. Jest to kolor idealny dla karnacji, która szybko się opala i z natury jest dość ciemna. Na twarzy wygląda super naturalnie! Wydaję mi się niemożliwe zrobić sobie nim krzywdę. Jest delikatny, ale jednak widać jego działanie na skórze. 

image

Co przede wszystkim mi się podoba to to, że jest to bardzo subtelny efekt. Nienawidzę efektu maski i poczucia, że mam coś ciężkiego na twarzy, co zdarza się często w przypadku niektórych podkładów. Wtedy mam ochotę zaraz po przyjściu do domu zmyć wszystko co mam na twarzy, bo czuję się po prostu brudna. W przypadku kremu z Golden Rose nie ma mowy o czymś takim. Jedna warstwa spokojnie wystarcza mi na cały dzień. Fakt, że trochę się ściera w ciągu dnia, ale moim zdaniem jest to naturalne. Krem daje mi poczucie zachowanej naturalności, co jest dla mnie naprawdę najważniejsze. Buzia zyskuje fajny młodzieńczy, promienny wygląd. Wydaję mi się, że można zauważyć delikatny blask na niej, który bardzo ładnie rozświetla zmęczoną skórę. Zawsze po nałożeniu przypudrowuję go, aby go utrwalić i zapobiec nadmiernemu świeceniu w ciągu dnia. Jedno cienka warstwa pudru starcza mi na cały dzień. Jedyne co robię, to ewentualnie zbieram w ciągu dnia nadmiar sebum chusteczką. 

image

Nie będę oszukiwać, że po pierwszym użyciu nie bardzo się polubiłam z tym kremem. Po nałożeniu jakoś za bardzo się lepił, a skóra bardzo świeciła. Nie pomógł nawet puder i twarz wyglądała po prostu źle. Okazało się, że był to efekt mojej zbyt przesuszonej skóry, która z braku wody uzupełniała braki sebum. Normalna reakcja. Szybko temu zaradziłam i od tamtej pory już takich problemów nie miałam. 

Krem w ogóle mnie nie zapchał, nie spowodował uczulenia ani wysypu pryszczy, pomimo silikonów w składzie. Cieszy mnie to niezmiernie, bo naprawdę bardzo przyjemnie mi się z niego korzysta. Kolejnym jedno niezaprzeczalnym plusem jest SPF 20 (UVA/UVB). Jeśli nie wystawiam skóry nadmiernie na słońce w ciągu dnia stosuję tylko ten krem. Jeśli jednak mam zamiar dłużej siedzieć na słońcu to ograniczam się do samego kremu z filtrem. 

Jeśli chodzi o jego krycie. Nie można porównywać go z Color Stay z Revlon lub Double Wear z Estee Lauder. Krycie jest, ale bardzo subtelne. Na cienie pod oczami i niedoskonałości radziłabym jednak korektor. Za to mogę go bardzo pochwalić za wyrównywanie kolorytu skóry. Z zaczerwieniami i przebarwieniami radzi sobie jak nikt inny. Podoba mi się też to, że nie wysusza skóry, a wręcz utrzymuje jej stałe nawilżenie w ciągu dnia. Zawsze pod niego stosuję krem nawilżający z YASE i nigdy nic się nie zważyło, ani nic z tych rzeczy. 

Krem znajdziecie na każdym stoisku Golden Rose. Z pewnością Panie pomogą Wam dobrać odpowiedni kolor. Ja się wahałam i całe szczęście, że posłuchałam rad Pani, która przekonywała mnie, że to właśnie kolor nr 02 będzie dla mnie dobry. No i strzał w dziesiątkę! Jego cena też jak najbardziej mi się podoba. 29.90 zł to według mnie cena idealna za produkt z takim a nie innym składem. Wspomnę jeszcze tylko o opakowaniu, które moim zdaniem jest świetne. Płaska, plastikowa buteleczka, z której możemy wydobyć taką ilość produktu, jaką właśnie potrzebujemy. Jest bardzo higieniczne i schludne. 

Krótko mówiąc, polecam go bardzo serdecznie! Nie sądziłam, że kiedykolwiek przekonam się do takich kremów. Stawiałam raczej na te oryginalne koreańskie z lepszymi składami, ale zawsze szkoda mi było na nie pieniędzy. Ten jak najbardziej spełnia moje wymagania. Jeśli szukacie czegoś taniego, a zarazem naprawdę dobrej jakości, to zapraszam do Golden Rose!

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol.10!

7 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Z okazji wakacji pozwoliłam sobie na mały urlop od pisania postów :P. Ale spokojnie, wracam do Was! Teraz od kiedy Instagram stał się Snapchatem możecie liczyć też tam na krótkie relacje z mojego dnia. Zobaczymy jak to wyjdzie, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba :). Tak więc, przepraszam za przerwę i wracam do Was ze zdwojoną siłą! Siatka ze zużytymi kosmetykami pęka w szwach, a to oznacza tylko jedno- DENKOWY SZAŁ! I o ile dobrze się doliczyłam, to już dziesiąty post z tej serii! Zapraszam!

image

image

1. Alterra- szampony do włosów.

Czy ktoś mi może wyjaśnić, dlaczego odkryłam je tak późno?! Najlepsze szampony drogeryjne, jakie miałam! Przetestowałam wersję dodającą objętości dla włosów delikatnych i pozbawionych witalności z papają i stwierdzam, że jest genialna! Żałuję tylko dwóch rzeczy: małej pojemności (200ml) i lekko dziwnej, galaretowatej konsystencji, do której trzeba się po prostu przyzwyczaić, żeby nie marnować produktu. Następnym przetestowanym szamponem był ten z biotyną i kofeiną dla włosów osłabionych i przerzedzających się. Ta wersja z kolei sprawdziła się trochę gorzej, ale i tak zadowalająco. Trzecia jest z kwiatem lotosu i oliwką dla włosów farbowanych, których ja nie mam, ale oczywiście nie robi to żadnej różnicy :P. Bardzo się polubiłyśmy i umieściłabym ją na drugim miejscu w rankingu. Moje włosy po tych szamponach nie plątają się, są stosunkowo miękkie, a wraz z odżywkami i maskami to już w ogóle baja! Kupiłam je na promocji kiedy kosztowały coś ponad 5 zł (!). 5 zł za taki produkt?! Biorę!! Jeśli ich nie próbowałyście, zróbcie to koniecznie! Genialne szampony! 

2. Isana- żele do mycia ciała.

Ostatnio wzięło mnie na testy tych popularnych już żeli z Isany. Są tanie i łatwo dostępne. Kupiłam je na promocji za chyba nieco ponad 2 zł. Wybrałam: mleko i miód, Hello Spring (owocowy generalnie), borówka. Opakowanie cieszą oko, tak samo oczywiście jak widok ceny na półce :P. Jeśli chodzi o jakość, to naprawdę nie jest źle. Ładnie się pienią, są stosunkowo wydajne. Mam tylko jedno „ale”, otóż wolę generalnie żele bardziej świeże. Takie które dodadzą mi energii i po których użyciu czuję się jak świeżo narodzona. Tutaj niestety aż takiego szału nie ma. W przypadku mleka z miodem miałam wrażenie, że jestem jakby niedomyta. Nie wiem w sumie dlaczego :P. Gwoli ścisłości, potrafię się dobrze umyć, więc myślę, że jest to wina produktu :P. Polecam Wam polować na promocje i wypróbować te żele, a nuż Wam się spodobają. Ja teraz robię przerwę i poszukam czegoś orzeźwiającego.

image

3. Avebio- hydrolat oczarowy.

Pierwszy kosmetyk od Avebio i kolejny hydrolat w mojej kolekcji. Dobrze wiecie, że uwielbiam hydrolaty, a oczarowy to już w ogóle numer jeden. Ten powiem Wam, że jest w porządku. Jakiegoś większego szału nie robi, ale jest ok. Bardziej sprawdzał mi się hydrolat oczarowy z ECOSPA. Nie wiem na czym to polega, ale ECOSPA moim zdaniem lepsze. Chociaż przyznam, że obydwa dobrze odświeżają i koją skórę. Ten z ECOSPA ma po prostu, moim zdaniem, lepsze działanie antyseptyczne. Więcej pewnie go nie kupię, ale fajnie było go wypróbować :).

4. Maybelline COLORAMA- lakiery do paznokci w kolorze 06 (różowy) i 214 (miętowy).

Swojego czasu bardzo lubiłam te lakiery. Bardzo dobrze trzymają się na paznokciach i są wystarczająco kryjące. Niestety przegrywają z lakierami od Golden Rose. Po pierwsze są droższe, po drugie mają mniejszy, mniej poręczny pędzelek, a krycie suma summarum jest trochę mniejsze. Chyba zawsze będę polecać lakiery z Golden Rose. Chociaż Dziewczyny…POMOCY! Ostatnio poważnie rozważam zakup zestawy startowego do robienia hybryd. Nie wiem tylko na jaką firmę się zdecydować Semilac czy Neonail? Pomóżcie!

5. Lancome- O d’azur.

Są to perfumy, które zgapiłam chyba ze sto lat temu od mojej mamy. Uwielbiam je na zimę. Są bardzo kobiece, dość ciężkie i mega intensywne. Według mnie ten zapach jest mega seksowny i kobiecy. Domyślam się, że nie każdemu będzie pasował, ale jeśli będziecie miały okazję, koniecznie koniecznie powąchajcie go w jakieś drogerii. Polecam je bardzo, bo zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo, są trwałe i pachną tak samo przez cały dzień.

Teraz chciałabym Wam wspomnieć pokrótce o produktach, o których już kiedyś Wam pisałam, ale dopiero teraz je zdenkowałam.

image

6. ECOSPA- maska algowa peel off.

Moja pierwsza maska algowa, która od razu pojawiła się w Ulubieńcach. Świetna sprawa i świetny produkt. Będę testować też inne maski algowe. O tak! Link do Ulubieńców znajdziecie TUTAJ.

7. Eveline Advance Lumiere- serum do rzęs.

Nie wiem sama, ile opakowań już zużyłam. Polecam i zawsze polecać będę. Wytuszowane rzęsy z nałożonym wcześniej tym produktem wyglądają o niebo lepiej!

8. Bourjois Helathy Mix- podkład. 

Całkiem przyjemnie mi się z niego korzystało. Rozświetlający, lekki podkład, o którym pisałam całą recenzję TUTAJ

9. Resibo- krem pod oczy.

Fajny, fajny, ale jakiegoś większego szału nie zrobił. O nim również napisałam dla Was całego posta. Możecie przeczytać go właśnie TUTAJ

10. Essence Make Me Brow- żel do brwi.

Najlepszy żel do brwi, jaki kiedykolwiek miałam! Bardzo polecam. Sprawdza się nawet na szybko, kiedy wychodzę do sklepu i na szybko chcę poprawić brwi. Cały wpis TUTAJ!

Dooobra, oto całe denko. Patrzę teraz, że już kolejne puste opakowania wylądowały w siatce :P. To się nigdy nie kończy! 😀 Polecam Wam szczególnie szampony z Alterry. Dzisiaj w Rossmannie widziałam je w promocji. No dobra, kupiłam dwie kolejne butelki :P. Miłego wieczoru!

Buziaki:*

HIGHEELS