Denkowy szał vol. 8!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Czy kiedykolwiek wyjdzie słońce?! Jeszcze tydzień i depresja u Higheels murowana. Nie poddaję się jednak i piszę dla Was NOWEGO POSTA. Jestem w szoku, ile produktów udało mi się zużyć w ostatnim czasie! Właśnie zerkam do mojej siatki z opakowaniami i nie dowierzam, ile pudełek od kosmetyków makijażowych w niej leży! Oznacza to tylko jedno- denko makijażowe zrobię osobno. Tak, pierwszy raz na moim blogu :D. Dzisiaj jednak zapraszam Was na standardowy Projekt Denko kosmetyków raczej pielęgnacyjnych. Dziś aż 10 produktów, ale nie martwcie się, bo niektóre już dobrze znacie.

image

image

1. Vichy, Normaderm, żel głęboko oczyszczający. 

Ten produkt jest mega, super, hiper wydajny! Nie da się go zużyć w czasie, który przewiduje producent. Na szczęście nie zmienia swoich właściwości po upływie daty ważności, dlatego spokojnie można zużywać go do końca. Używałam go przez dobrych parę lat i byłam z niego pozornie zadowolona na początku. Później jednak zauważyłam, że moja skóra nadmiernie się błyszczy. Okazało się, że płyn ten bardzo mocno ją wysuszał. Nie powiedziałabym, że oczyścił głęboko moją skórę. Może faktycznie zwęził pory i zredukował ilość wyprysków. Po myciu jednak skóra była tępa, kiedy przejeżdżałam po niej palcem. Była zbyt czysta! Naturalna warstwa ochronna sebum nie istniała! Ten żel wysuszał ją wręcz drastycznie. Zaczęłam stosować go rzadziej, ale tak czy siak nadal ją wysuszał. Przy myciu baaaardzo się pienił, co oczywiście zawdzięczamy obecności Sodium Laureth Sulfate (sławne SLS) w składzie. Nie mówię o tym, że jak dostał się do oczy, to je po prostu wypalał. Fakt faktem zmywał nawet najcięższy podkład, ale dziękuję bardzo za takie wysuszenie! Dodatkowo jest drogi… Podsumowując, nie polecam go. 

2. Vichy Capital Soleil SPF 50.

Chyba nie muszę Wam mówić, że jest to mój ulubiony krem z filtrem! Widać to chociażby po Denkach i Ulubieńcach. Kolejne opakowanie, tym razem SPF 50, wylądowało w koszu. Uwielbiam go i na pewno nie zrezygnuję z niego szybko. Teraz w kosmetyczce stoi świeżo otwarta wersja SPF 30. Jeśli jeszcze go nie próbowaliście, to zachęcam gorąco!

3. Surowe masło shea z zrobsobiekrem.pl.

Zużywałam je bardzo długo, ale z wielką przyjemnością. Przydawało się praktycznie do wszystkiego. Do wysuszonych miejsc (łokcie, pięty, skórki przy paznokciach). Po regulacji brwi, aby czerwone miejsca szybciej zniknęły. Po depilacji, żeby złagodzić skórę. Użyteczne również przy hennie brwi do natłuszczania przed nałożeniem henny. Bardzo dobrze mieć w kosmetyczce taki uniwersalny produkt. Przyda Wam się do wszystkiego, a wcale nie jest drogi. Teraz zastępują go u mnie oleje: kokosowy, jojoba, ale na pewno kiedyś do niego wrócę. 

4. Sylveco, lekki krem brzozowy.

Uważam, że jest to jeden z lepszych kosmetyków marki Sylveco. Bardzo dobrze sprawdził się u mnie w okresie letnim i jesiennym. Nakładałam go zawsze rano na czystą skórę twarzy. Bardzo higieniczne opakowanie z pompką, takie jakie lubię najbardziej. Lekka konsystencja, która wchłania się w mgnieniu oka. Zapach średni, ale nie o to przecież chodzi. Pod makijaż nadawał się idealnie. Ładnie nawilżał skórę w ciągu dnia. Nie było to jakieś spektakularne nawilżenie, ale na tamten okres mi starczyło. Skład całkiem, całkiem. Olej z pestek winogron, olej sojowy, masło shea, olej arganowy na pierwszych miejscach. Faktycznie jest też alkohol, ale nie zauważyłam, żeby jakoś negatywnie wpłynął na skórę. Nie zapchał mnie, ani nie podrażnił. Z czystym sumieniem go polecam. W okresie letnim na pewno zagości u mnie jeszcze nie raz.

image

5. LaciBios femina.

Jest to żel do codziennej pielęgnacji okolic intymnych. Stosowałam go zawsze po depilacji bikini, aby złagodzić podrażnienia. Gdzieś, kiedyś słyszałam, że działa. Niestety średnio. Niby coś tam złagodził, ale liczyłam na więcej. Jeśli słyszałyście o produkcie, który sprawdzi się w tej roli, dajcie mi koniecznie znać! Tego kosmetyku niestety nie polecam.

6. Sylveco, lniana maska do włosów.

Napisałam dla Was kiedyś post o pierwszych wrażeniach po uzyciu tej maski. Możecie poczytać o nich TUTAJ. Niestety moje zdanie za bardzo się nie zmieniło w tej kwestii. Konsystencja tej maski jest baaardzo dziwna. Niby płynna (aż za bardzo), ale taka jakby piankowa. Strasznie, ale to strasznie plątała mi włosy. Nie mogłam ich rozczesać po nałożeniu, ale tez po spłukaniu nie było lepiej. Po zabiegu włosy bardzo napuszone, jakieś takie nieułożone. W dotyku nie były wcale lepsze. Ani to miękkie, ani lejące, ani nawilżone. Próbowałam uzywać ją na różne sposoby. Na początku, zgodnie z zaleceniami producenta, czyli na umyte włosy i spłukać po 2 minutach albo przed umyciem jako kompres pozostawiony na pół godziny. Pierwszy sposób dodatkowo jakoś obciążał mi włosy. Drugi sposób trochę lepiej, bo nie obciążał, ale z drugiej strony jakoś dziwnie je puszył. No nie polubiłyśmy się. Na pewno nie nawilżyła moich włosów, a wręcz mam wrażenie, że były po niej jakieś suche. Nie widziałam żadnej poprawy w wyglądzie i kondycji włosów. Niestety muszę powiedzieć, że jest to totalny bubel.

7. Purederm, Botanical Choice, plastry na nos.

Kiedyś plastry z tej firmy z olejkiem herbacianym trafiły u mnie do Ulubieńców. Z tych z kolei jestem średnio zadowolona. Nie pomagały mi za bardzo. Ledwo widziałam jakiekolwiek efekty po ich zastosowaniu. Nie zasuszały też wyprysków, które czasem się u mnie zdarzyły, tak jak ich poprzednicy z herbatą. Miałam wrażenie, że nakładam je zupełnie na darmo. Tak dla sportu, a to przecież nie o to chodzi. Nie kupię ich już więcej, tym bardziej, że widziałam że w Hebe są strasznie drogie. Moje opakowanie dostałam kiedyś w Biedronce za nieco ponad 7 zł.

image

8. Vaseline, Intensive care, Essential Healing Lotion, balsam nawilżający.  

Na razie koniec narzekania :P. Między mną, a tym balsamem zaiskrzyło. Polubiliśmy się szczególnie w lato. Z początku używał go tylko mój narzeczony, ale w końcu i ja się do niego przekonałam. Pięknie pchnie, dość szybko się wchłania i całkiem, całkiem nawilża. Ładnie napina skórę i dodaje jej blasku, co jest efektem pożądanym szczególnie latem. Jest mega wydajny! Taka mała pojemność starczyła nam na naprawdę długi czas. Całe szczęście nie pozostawiał lepkiego filmu, który doprowadza mnie do szału, kiedy jest gorąco. Naprawdę zaplusował u mnie!

9. Gillette for Women, Satin Care with a touch of Olay, pianka – żel do golenia dla kobiet.

Pierwszy raz miałam do czynienia z żelem, który zamieniał się w piankę. Serio! Powiem szczerze, że bardzo mi się to spodobało! Produkt jest super wydajny! Pozornie ma się wrażenie, że potrzeba go sporo, ale wystarczy dosłownie odrobinka. Nawet dla długich nóg! Nie wiem jakim sposobem, ale coś w stylu cudownego rozmnożenia chyba :P. Nie wysuszał skóry, a nawet po depilacji była bardzo przyjemnie nawilżona, mięciutka i miła w dotyku. Maszynka gładko sunęła po skórze, nie było z tym żadnego problemu. Zapach jak najbardziej przypadł mi do gustu. Jedynym jej minusem jest wysoka cena (19 zł). Teraz szukam czegoś równie dobrego w lepszej cenie. Mam już coś na oku, ale na razie nic Wam nie powiem :P. Mimo wszystko uważam, że na różnych promocjach warto go kupić i spróbować.  

10. Cetaphil, krem intensywnie nawilżający. 

Ostatni produkt i znów trochę narzekania. A co mi tam :P. Wiem, że wiele osób (w tym lekarze) polecają go, jako świetny środek nawilżający. Uważam, że faktycznie całkiem dobrze nawilża, ale jakim kosztem! On się nigdy nie wchłania! Nawet po nocy zostawał jakiś taki klejący film na skórze. Nie ma mowy o stosowaniu go na dzień. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Tak jakby skóra była wiecznie brudna, poklejona i tłusta. Oj bardzo nie lubię czegoś takiego. Ciężko się też rozprowadzał pomimo dość lekkiej konsystencji. Muszę mu oddać, że jest bardzo wydajny, jednak jest to nieliczna z jego zalet. Cena też nie zachęca, jak w przypadku większości kosmetyków marki Cetaphil. No nie jest to krem dla mnie. Zupełnie się nie sprawdził. Po którymś użyciu zapchał mnie, co mi się praktycznie nie zdarza. Także bez wyrzutów sumienia, nie polecam Wam go.

Tak się prezentuje moje ósme już denko na blogu. Życzę Wam miłego wtorku! Jeśli tylko macie ochotę, napiszcie co Wam udało się ostatnio zdenkować. Zapraszam na mojego Facebooka i Instagrama!

Buziaki:*

HIGHEELS

Zimowa pielęgnacja mojej skóry- dobre rady cioci Higheels

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dziś chciałabym Wam trochę opowiedzieć o mojej pielęgnacji twarzy zimą. Jako że różni się ona znacznie od tej, którą stosuję w ciągu lata, myślę że warto jest Wam co nieco o niej opowiedzieć.

image

A więc zawsze w okresie późnej jesieni i zimy stosuję terapię kwasami. Dlaczego? Żeby przede wszystkim rozjaśnić przebarwienia po lecie no i oczywiście pozbyć się zanieczyszczeń. W tym roku moją kurację kwasami zaczęłam dość późno z uwagi an to, że we Włoszech w listopadzie jeszcze świeciło ostre słońce i bałam się powstania przebarwień. Około grudnia zdecydowałam się zużyć krem, który dostałam dawno temu w beGLOSSY z Bandi. Jest to krem z kwasami migdałowym i polihydroksykwasami (PHA). Z założenia jest to krem nawilżający o działaniu złuszczająco- biostymulującym, który nie podrażnia skóry. Na stronie firmy Bandi czytamy, że krem ten:

  • delikatnie usuwa nagromadzone, martwe komórki warstwy rogowej
  • oczyszcza i zwęża rozszerzone pory oraz ogranicza błyszczenie skóry
  • łagodzi objawy aktywnego trądziku
  • głęboko i długotrwale nawilża

Ogólnie muszę powiedzieć, że jestem zadowolona z niego. Stosowałam go zawsze raz dziennie wieczorem (nie stosujcie kremów z kwasami częściej, bo może to przynieść efekty zupełnie odwrotne do tych pożądanych). Krem faktycznie oczyścił moją skórę. Pozbyłam się męczących mnie wcześniej zaskórników zamkniętych na policzkach. Zgadzam się, że zwęził rozszerzone pory. Teraz ich praktycznie wcale nie widać, co mnie niezmiernie cieszy. Zredukował również ilość zaskórników otwartych. W ogóle stan mojej skóry zdecydowanie się poprawił w czasie stosowania tego kremu. Skóra się rozjaśniła, wygładziła (mimo tego, że nie mam zmarszczek wydaję mi się, że to się właśnie z nią stało :P). Wygląda na zdecydowanie bardziej zadowoloną z życia. W ogóle jej nie podrażnił. Generalnie polecam go wszystkim tym, którzy zaczynają przygodę z kwasami. Jest on naprawdę delikatny w swoim działaniu. Tylko pamiętajcie zawsze, że przy kuracji kwasami warto nakładać codziennie krem z wysokim filtrem, bo kwasy maja działanie fotouczulające i niszczą (szczególnie te mocne, jak retinoidy) naturalną zdolność skóry do obrony przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. Nie stosując filtrów narażamy się na ryzyko wystąpienia przebarwień na skórze. 

Jedyny minus kremu z Bandi był taki, że nie nawilżył mojej skóry. W życiu nie nazwałabym go kremem nawilżającym. Dlatego też stosowałam go co dwa dni na  przemian z moim niezawodnym nawilżaczem skóry, który zawsze w takich sytuacjach mi pomaga. Mowa o arganowym serum nawilżającym z witaminą E ze Starej Mydlarni (Argan & Neroli, Organic Face Serum with Vit. E). Uwielbiam ten produkt i sięgam po niego zawsze wtedy, gdy moja skóra potrzebuję szybkiego nawilżenia. Jest to serum, które składa się tylko z olejku arganowego, olejku z neroli (co nadaje mu przepiękny pomarańczowy zapach), witaminy E i lecytyny, która jest świetnym składnikiem odżywczym ze względu na obecność kwasu linolenowego, ale też emulgatorem, który umożliwia mieszanie się wody z tłuszczem. Dzięki temu serum ma jednolitą konsystencję. Tak więc dokładnie takie składy Higheels lubi najbardziej. Krótkie, naturalne i bez zbędnych dodatków. Oprócz tego, że serum genialnie nawilża skórę, to na dodatek dzięki witaminie C i E rozjaśnia skórę, hamuje procesy starzenia się i neutralizuje wolne rodniki. Jest to już moja druga buteleczka i nie zamierzam na niej poprzestać. Swoją drogą buteleczka jest bardzo wygodna w użyciu. Ciemne szkło i pipetka, którą odmierzymy idealną ilość produktu. Uwielbiam moją skórę rano po użyciu tego kosmetyku! Jest mięciutka, odżywiona i promienna. 

image
(tak, to małe pudełeczko to krem Bandi :P)

Rano z kolei przemywałam twarz tylko wodą lub przecierałam wacikiem zwilżonym hydrolatem (najczęściej oczarowym) i nakładałam krem nawilżający. Wróciłam do kremu z Tołpy- Tołpa Botanic czarna róża, odzywczy krem-miód regenerujący, bogaty. Uwielbiam przede wszystkim jego zapach. Tak bardzo kojarzy mi się z Panadolem, którego kochałam w dzieciństwie :P. Tołpa bardzo dobrze nawilża moja skórę w ciągu dnia, odżywia i idealnie sprawdza się pod makijaż. Jest to już drugie moje opakowanie. Pod koniec (o ile o tym pamiętałam) nakładałam filtr. Wiem, że jestem trochę hipokrytką. Ciągle powtarzam, żeby stosować krem z filtrem przy kuracji kwasami, a samej mi się zdarza o nim zapomnieć. Ale nie martwcie się, dostałam za swoje- 2 nowe przebarwienia na policzku :P. Najbardziej lubię oczywiście krem z Vichy Capital Soleil, chociaż ostatnio też stosowałam jego tani zamiennik, czyli krem z Sun Ozon. Niestety nie jest on tak niezawodny pod makijaż jak Vichy.

Od czasu do czasu oczywiście w ciągu dnia zdarzały się też peelingi i maseczki. Najczęściej opisywane Wam jużz wcześniej saszetki od Banii Agafii. Możecie o nich poczytać TUTAJ.

I tak mniej więcej wyglądała moja pielęgnacja skóry podczas tych chłodniejszych miesięcy. Dogłębne oczyszczenie przy jednoczesnym zachowaniu nawilżonej skóry. Jestem ciekawa, jakich produktów Wy używałyście. Dajcie znać koniecznie!

Buziaki:*

HIGHEELS

Kosmetyki, których już więcej nie kupię!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj czas na kosmetyczne buble, czyli kosmetyki, które się u mnie nie sprawdziły i już więcej NA PEWNO ich nie kupię. Zaczynamy!

higheels-blog-buble-02

1. Krem do rąk Balea z olejkiem arganowym

Fajne, praktyczne opakowanie z pompką (!), która jest genialnym rozwiązaniem dla kremów do rąk. Ładnie pachnie. No i to na tyle, jeśli chodzi o zalety. Pierwsze co się rzuca w oczy to skład ( silikony, alkohol). Dodatkowo według mnie krem w ogóle nie nawilża. Oczywiście daje uczucie chwilowego rozluźnienia skóry, ale po paru minutach ręce są znów suche… Fakt faktem jest tani, ale za taką cenę znajdziemy również inne produkty, które nawilżają sto razy bardziej. Naprawdę nie polecam.

higheels-blog-buble-06

2. Ziaja krem do stóp zmiękczający z kompleksem AHA

Niska cena idzie tutaj w parze ze złą jakością. Bardzo długo się wchłania, co mnie mega wkurza, bo jak potem iść do łazienki?! I niestety nie nawilża tak, jakbym tego chciała. Mam teraz krem z Rossmanna, który jest po prostu genialny! Dam znać wkrótce 🙂

higheels-blog-buble-04

3.Scholl- krem do stóp regenerujący popękane pięty

Totalna klapa! Kosztuje jakieś 25 zł (!), a prawie wcale nie nawilża, a co tu dopiero mówić o regeneracji popękanych pięt?! Kompletnie się u mnie nie sprawdził. Ciężko się go wsmarowuje, ma dosyć tępą konsystencję, o ile wiecie o co mi chodzi :P. Stopy wcale nie są mięciutkie, wygładzone i nawilżone. Naprawdę się nie opłaca, według mnie.

higheels-blog-buble-09

4. Krem do rąk Yves Rocher

Tutaj mamy do czynienia z lepszym składem, ale co z tego jeśli krem tak czy tak NIE DZIAŁA. Tak jak w przypadku kremu z Balea, przynosi ulgę, ale niestety tylko chwilową. Bardzo ładnie pachnie: czekolada z pomarańczą to jest to co lubię…. Gdyby tak tylko jeszcze ładnie nawilżał i regenerował skórę dłoni…. Nie mogę znaleźć idealnego nawilżacza rąk. Polećcie mi coś koniecznie!

higheels-blog-buble-07

5. Mgiełka do ciała z Netto

No po prostu obłędny zapach! Zdecydowanie letni i odświeżający! Przeeeeecudowny! No ale czy on nie może utrzymywać się dłużej niż 5 sekund? Naprawdę tego pragnę, bo zapach jest genialny! Owszem cena niska (ok. 10 zł), ale bez przesady. Już nigdy więcej nie będę eksperymentować z mgiełkami w supermarketach. O nie, nie….

higheels-blog-buble-05

 6. Tusz do rzęs Avon Aero Volume

Kompletna klapa! Dostałam go w beGLOSSY, więc na szczęście nie wyrzuciłam pieniędzy w błoto. Zacznijmy od tandetnego i brzydkiego opakowania. Odkręcamy tusz i widzimy beznadziejną szczoteczkę, która do niczego się nie nadaje! Bardzo ciężko się z nią pracuję. Tusz strasznie skleja rzęsy, leciutko pogrubia, ale w ogóle nie wydłuża. Nie jest trwały i okropnie się kruszy, co doprowadza mnie do szału! Efekt na rzęsach mi się wcale nie podoba i nie mogę znaleźć nawet jednej jego zalety. No może chociaż to, że zostanie mi po nim szczoteczka, która na pewno się do czegoś przyda.

higheels-blog-buble-08

I to już wszystkie buble, które ostatnio wpadły mi w ręce. Mam nadzieję, że ostrzegłam Was przed niektórymi kosmetykami 🙂 Dajcie znać, czy może Wy też ostatnio trafiłyście na jakieś beznadziejne produkty!

Buziaki:*

HIGHEELS

La Roche-Posay Effaclar K – recenzja

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

W końcu zakończyłam kurację kremem od La Roche-Posay Effaclar K i przyszedł czas na recenzję! Postanowiłam sobie, że w tym roku rozpocznę pierwszą w swoim życiu kurację kwasami. Po zapoznaniu się z recenzjami miliona kremów w końcu zdecydowałam się właśnie na Effaclar K. Wahałam się pomiędzy nim, a Effaclar Duo, ale pani w Superpharm ostatecznie przekonała mnie do K. Moim celem było zmniejszenie ilości zaskórników zamkniętych, dogłębne oczyszczenie porów po lecie, a więc odetkanie i jednocześnie zmniejszenie porów. Nie mam dużych problemów z niedoskonałościami, ale chciałam szczególnie pozbyć się zaskórników. Nie ukrywam, że pokładałam bardzo duże nadzieje w tym kremie i niestety przez to się na nim zawiodłam.

la-roche-posay-effaclar-K-krem

Źródło

No może nie tak zupełnie, ale spodziewałam się czegoś lepszego. Zdecydowałam się na niego, bo chciałam rozpocząć kurację z retinolem. W składzie Effaclar K znajdziemy połączenie Retinol linolate – czyli pochodną retinolu o silnym działaniu, która przeznaczona jest dla cery tłustej lub mieszanej z kwasami LHA.

Zaczęłam używać tego kremu pod koniec sierpnia i skończyłam moją tubkę dopiero wczoraj, więc od razu rzuca nam się o czy, że jest to bardzo wydajny produkt. Ma bardzo schludne i proste opakowanie, które zdecydowanie ułatwia nam aplikację produktu. Według mnie bardzo ładnie pachnie, trochę jakby świeżym ogórkiem. Bardzo szybko się wchłania i na pewno nie zostawia lepkiego filmu. Przy pierwszym użyciu czułam lekkie mrowienie skóry, ale następnego dnia nic takiego się już nie wydarzyło. Nie uczulił mnie, ani nie podrażnił. Po miesiącu ( co najmniej tyle musimy czekać, żeby zobaczyć efekty kuracji takimi kremami) skóra zaczęła się delikatnie oczyszczać, co oznacza, że pojawia się wysyp grudek podskórnych, które dość szybko schodzą. Po tym czasie zauważyłam, że ilość zaskórników się zmniejszyła, więc uradowana czekałam na dalsze efekty.

Processed with VSCOcam with c1 preset

I jak się okazało już się ich nie doczekałam. Effaclar K nie zrobił niczego nadzwyczajnego z moją skórą. Owszem ilość zaskórników zamkniętych zmniejszyła się, ale nie do zera. Na otwarte w ogóle nie zadziałał. Faktycznie pory troszkę się zmniejszyły, ale też bez szału. Przed pierwsze miesiące moja skóra przestała się świecić, ale niestety później znowu zaczęła. Krem na pewno wysuszył dość mocno moja skórę, co jest normalne przy kuracji retinoidami. Na początku używałam go codziennie wieczorem, ale widząc, że skóra jest coraz bardziej sucha zaczęłam stosować go co drugi dzień. Mimo tego i dobrego kremu nawilżającego niestety cera wciąż  była przesuszona.

Processed with VSCOcam with c1 preset

Nie nabawiłam się przebarwień, mimo tego że stosowałam go pod koniec lata, ale ZAWSZE CODZIENNIE stosowałam krem z wysokim filtrem (Vichy Capital Soleil). Kolejnym minusem jest dość wysoka cena ok. 56zł/30ml.

poranna-pielengnacja-higheels_04

Może za dużo od niego wymagałam i przez to się przeliczyłam? Nie wiem. Ale Effaclar K nie zadziałał tak jakbym tego chciała. Nie jestem z niego zadowolona. Teraz mam zamiar zregenerować i nawilżyć moją cerę i może po jakimś czasie spróbuje Effaclar Duo, ale tym razem postaram się za bardzo nie napalać na super efekty :D. Koniecznie dajcie mi znać, jeżeli stosujecie jakiś dobry krem z kwasami!

Buziaki:*

HIGHEELS

Ziaja med, matujący krem do twarzy, SPF 50

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Niedawno był hit, a więc dzisiaj będzie kit 🙂 Moim pierwszym kremem z wysokim filtrem był właśnie krem z Ziaji z serii MED. Wybrałam oczywiście produkt matujący do skóry tłustej i mieszanej dodatkowo skłonnej do trądziku. Tubka o pojemności 50 ml kosztowała mnie ok. 20 zł w firmowym sklepie Ziaji.

ziaja-spf-50_00

Co obiecuje producent:
– zapewnia bardzo wysoką ochronę przed promieniowaniem UVA i UVB,
– zapobiega podrażnieniom słonecznym,
– chroni naskórkowe zmiany barwnikowe – znamiona i pieprzyki,
– zabezpiecza skórę przed powstawaniem przebarwień,
– neutralizuje wolne rodniki odpowiedzialne za fotostarzenie,
– skutecznie absorbuje nadmiar sebum (!),
– pozostawia na skórze niewidoczną warstwę matującą (!).

ziaja-spf-50_01

ziaja-spf-50_02

Po opisie mogłoby się wydawać, że będzie to produkt idealny. Niestety tak nie jest (przynajmniej w mojej opinii :P). 

Krem bardzo przyjemnie pachnie. Według mnie jak większość kremów, które bierzemy ze sobą na plaże, a więc zdecydowanie dobrze się kojarzy. Konsystencja jest dość lekka, ale mimo to niezbyt dobrze się go nakłada. Powiedziałabym, że jest  ‚tępy’ i ciężko się go rozsmarowuje. Bardzo długo się wchłania, co tym bardziej sprawia mi problem, bo rano po prostu się spieszę. Dodatkowo zostawia na skórze lekko żółtawy film, który lepi się, czego serdecznie nienawidzę. Czuje wtedy, że moja skóra jest brudna i nieświeża.

ziaja-spf-50_03

A teraz bardzo ważna dla mnie kwestia – efekt matu i wytrzymałość makijażu. Filtr ten nie ma z matem nic wspólnego. Po nałożeniu moja skóra bardzo się błyszczy. Krem dodatkowo ją przetłuszcza, czego zdecydowanie nie mogę tolerować. Po nałożeniu podkładu i podwójnej dawki pudru sypkiego (dopiero wtedy uzyskałam pożądany efekt matu) makijaż wyglądał fatalnie. Moja twarz wyglądała jakbym nałożyła makijaż na brudną cerę. Był całkowicie zważony, nieświeży i nieprzyjemny na twarzy. Dodatkowo twarz zaczęła się na nowo błyszczeć po około 40 minutach. Niestety zupełnie nie sprawdził się w tej roli. I co gorsza, po tygodniowym użytkowaniu zauważyłam, że mnie zapycha. 

Jeśli chodzi o ochronę, to nie mogę zarzekać. SPF 50, ochrona przed promieniowaniem UVA niska, ale jest, nosząc go nie opaliłam się, pomimo pobytu na słońcu. Chociaż w okresie letnim, gdy słońce mocno przygrzewa może być zbyt słaby.

Zdecydowanym plusami są cena i ochrona przed słońcem. Jednak minusów jest znacznie więcej. Myślę, że pożegnam się z tym kremem i zostanę przy Vichy Capital Soleil. Na pewno go zużyje we wakacje, gdy nie będę się malować, np. na basenie, nad jeziorem, nad morzem, bo fakt faktem chroni przed słońcem. Szkoda, że się nie sprawdził, bo jednak jest dwa razy tańszy niż Vichy. Nie jest to całkowity bubel, ale na pewno nie stanie się też ulubieńcem.

Jestem ciekawa Waszych opinii 🙂

Buziaki :*

Higheels