Lepsza wersja konturówki do ust Inglot w kolorze nude!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Jakiś czas temu porównywałam dla Was dwie konturówki do ust w kolorze nude. Była to konturówka z Lovely Perfect Line numer 1 i sławna już konturówka Inglot Soft Precision o numerze 74. Cały tekst możecie znaleźć TUTAJ. Tak więc z tych dwóch konturówek zdecydowanie częściej sięgałam po produkt z Inglota. Na tyle często, aż w końcu gdzieś mi się zawieruszył :(. No dobra, przepadł na zawsze. Prawdopodobnie wypadł mi gdzieś z torebki. Jako że kolor konturówki z Lovely nie do końca mi pasował, wyjście było tylko jedno… ZAKUPY W INGLOCIE!

Poszłam z zamiarem kupienia jeszcze raz tej samej konturówki i pomady do brwi (Napiszę o niej wkrótce, ale powiem Wam tylko jedno słowo- SZTOS!). Niestety Pani sprzedawczyni pokrzyżowała mi plany, ponieważ poleciła mi gorąco produkt uważany przez nią za lepszą wersję numeru 74. Zaufałam i nie żałuję! Mówię o Inglot Lip Pencil w kolorze 32. Jest to wysuwana kredka do ust, która z powodzeniem może robić też za konturówkę. 

image

Powiem szczerze, że zakochałam się w tym produkcie bez pamięci. Dawno żadna kredka do ust aż tak nie przypadła mi do gustu. Po pierwsze bardzo podoba mi się to, że powierzchnia, którą się maluje jest większa. Nie jest to cieniutka końcówka, którą trzeba się nieźle namachać, żeby pokryć całe usta. O nieee! Tutaj wystarczy nam dosłownie parę pociągnięć i gotowe. Przy tym, należy podkreślić, że jest bardzo precyzyjna. Bez problemu obrysujemy sobie nią usta, nie martwiąc się, ze wyjedziemy poza ich kontur. Co jeśli końcówka się stępi i będzie zbyt gruba? A no w takim przypadku mamy pod ręką malutką temperówkę, która ukryta jest na końcu opakowania. Dzięki niej w każdej chwili i w każdym miejscu można naoszczyć kredkę. Niezmiernie mnie to cieszy, bo wielokrotnie zapominałam naoszczyć kredki w domu i dopiero, gdy sięgałam po produkt, którym ni jak się nie dało pomalować ust, w mojej głowie krążyło tylko „Higheels, Ty zapominalska kretynko!”. Teraz na szczęście takiego problemu już nie mam. 

image

Jeśli chodzi o kolor, to jest on bardzo zbliżony, praktycznie identyczny jak numerek 74. Tak samo pięknie wygląda na co dzień i tak samo efektownie prezentuje się przy mocniejszym, wieczornym makijażu. Uwielbiam go za jego uniwersalność. Jestem przekonana, że pasowałby większości osób! Jest to przepiękny nudziak z lekko zgaszoną, fioletową nutą. Absolutnie genialne połączenie! 

image

Konsystencja nadal jest dość tępa, ale na szczęście nie przeszkadza mi to tak bardzo jak w przypadku pierwszej kredki, bo nie muszę tyle razy szarpać nią ust, dzięki większej powierzchni produktu. Przy kredce nr 74 moje usta niestety czasem błagały o pomstę do nieba. Szczególnie wtedy, kiedy były lekko wysuszone. Tutaj kontakt z produktem przy aplikacji jest skrócony o tyle, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Producent informuje, że w składzie zawarty jest olejek awokado, który powinien dodatkowo nawilżać i regenerować usta, ale nie liczyłabym na to zważywszy na to, że jest to kosmetyk o matowym wykończeniu. Produkt jest bardzo dobrze napigmentowany, a więc żeby otrzymać pełnię koloru, wystarczy dosłownie jedna warstwa. A co za tym idzie? Oczywiście niesamowita wydajność kosmetyku. Nie mogę narzekać, bo mam ją chyba od miesiąca, stosuję regularnie, a zużycie jest naprawdę ledwo zauważalne.

Bardzo podoba mi się opakowanie, bo jest bardzo schludne i przede wszystkim solidne. Nie ma mowy, aby kredka otworzyła się w torebce i ubrudziła połowę jej zawartości (been there done that). Produkt bez problemu się wysuwa, nie zacina się i póki co nie łamie. 

Przekonuję mnie też jej trwałość. Tak jak w przypadku kredki nr 74 trwałość jest niesamowicie długa, a nawet wydaję mi się, że pomadka utrzymuję się na ustach dłużej niż jej poprzedniczka. Są to solidne 3/4 godziny pełnego koloru, który ściera się równomiernie przez następne 2/3 godziny. 

Niestety ta wersja jest nieco droższa, bo kosztuje 33 zł. Według mnie produkt o takiej jakości, wydajności i trwałości, bez wątpienia, zasługuje na taką cenę. Spróbujcie, a przekonacie się na pewno! Polecam gorąco całym serduchem tę kredkę! Jest najlepsza na świecie i na pewno szybko z niej nie zrezygnuję.

Dziękuję Wam bardzo za trzymanie kciuków wczoraj! :* Egzamin jako tako poszedł. Mam nadzieję, że będzie do przodu! Możliwe, że jutro będę miała dla Was małą niespodziankę! Bądźcie czujni około 21 na Instagramie i Facebooku

Buziaki:*

HIGHEELS

Matte Crayon Lipstick- matowe kredki z Golden Rose!

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Tak, zrobiłam to. Kupiłam kolejne dwie pomadki do ust… Ale jak miałam tego nie robić, skoro moje ukochane Golden Rose wydaje nowe matowe kredki do ust i jeszcze wszyscy dookoła je polecają?! No nie dałam rady się powstrzymać i jako rasowa maniaczka pomadek do ust skusiłam się na dwa kolory kredek Matte Crayon Lipstick. Jeden, bardzo podobny do tych które już mam, czyli numer 16 i jeden zupełnie inny, którego w kolekcji nie posiadam, czyli nr 8.

image

image

Numer 16 jest to fuksja z dodatkiem czerwieni. Bardzo ładny kolor, który uwielbiam! Jednak mam już podobne w kolekcji, więc nie było super mega wow, kiedy pierwszy raz go nałożyłam. Za to kolor nr 8 jest po prostu absolutną rewelacją! Jest to brudny róż, ale wpadający we fiolet. Nigdy nie nosiłam tego typu kolorów, ale ten jest po prostu genialny. Nie jest blady, także nie wyglądam w nim jak trup, ani zbyt fioletowy. Idealny na jesień! Jestem w nim po prostu zakochana. Dodatkowo mam wrażenie, że ten kolor wybiela zęby, także same plusy ;). Uważam, że jest to bardzo oryginalny i niestandardowy kolor. Koniecznie sprawdźcie go na jednej z wysepek Golden Rose.

image
(po lewej nr 16, a po prawej 08)

Przejdźmy teraz do konkretów. Opakowanie jest według mnie bardzo solidne. Nie jak w przypadku pomadek w kredce z firmy Celia, które mi się połamały i ciężko się nimi teraz malować. Bardzo łatwo pomalować nimi usta, właśnie dzięki temu, że są w kredce. Bez problemu można narysować nią kontur i zwyczajnie go wypełnić. Wykończenie tej pomadki nie jest do końca matowe. To nie jest mat jaki daje na przykład pomadka z Bourjois Rouge Edition Velvet. Powiedziałabym, że jest to bardziej satyna. Może to i lepiej, bo łatwiej się rozprowadza taką pomadkę. Pomalowane usta pozostają niezmienne przez 3/4 godziny. Później jeśli coś jemy, czy pijemy ścierają się, ale na szczęście równomiernie, więc nie ma tragedii. Aha i nie przesuszają ust! Tylko raz czułam lekkie przesuszenie, jak malowałam się nimi dzień w dzień non stop przez jakieś 4/5 dni. Ale mówimy tutaj o ekstremalnym warunkach :P. Przy normalnym użytkowaniu nie wysuszają. Pomadka zastyga na ustach po pomalowaniu. Delikatnie czuć, że się lepi, ale dosłownie troszeczkę. Nie przeszkadza

Podsumowując, uważam że te kredki są naprawdę super! Szczególnie polecam kolor numer 8, bo jest mega oryginalny! Cała kolekcja zresztą jest warta uwagi. Jest dużo nudziaków, są też czerwienie. Kolejny raz Golden Rose mnie pozytywnie zaskakuje. Uwielbiam ich produkty do ust i nie tylko! W ogóle coraz bardziej przekonuje się do pomadek w kredce. Moim zdaniem ta seria jest świetna. Oczywiście kolejnym plusem produktów Golden Rose jest cena, ponieważ jedna kredka kosztuje 10 albo 11 zł. Także rewelacja! Czuję, że z kolorem nr 8 zaprzyjaźnimy się na bardzo długo :). 

Dziewczyny, testowałyście już te kredki?

Buziaki:*

HIGHEELS