Ulubieńcy ostatnich miesięcy by Higheels!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Już dawno u mnie na blogu nie było ULUBIEŃCÓW. Ostatni taki wpis pojawił się na początku roku (!). Zdecydowanie hańba, Higheels! Tak być dalej nie może. Tak więc dziś zapraszam wszystkim na krótkie recenzję kosmetyków, które ostatnimi czasy przypadły mi szczególnie do gustu. Wybrałam pięciu najlepszych, z czego o jednym rozpiszę się szczególnie. Zaczynamy!

image

1. Golden Rose- korektor kamuflaż w kolorze

Po tym jak życie mojego ukochanego korektora Prolonger Concealer z MAC dobiegło końca postanowiłam poszukać czegoś dorównującego jego jakości, ale jednak trochę tańszego. Zachęcona wieloma pozytywnymi opiniami, skusiłam się na produkt z Catrice. Wiedziałam, że musi być dobry, bo po wielu próbach nie udało mi się go zdobyć w żadnej drogerii. Ciągle był wyprzedany! W takim przypadku nie zawiódł mnie Mintishop. Przy okazji większego zamówienia wrzuciłam do koszyka właśnie ten kamuflaż. Powiem Wam, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Bardzo duża pojemność. Mam wrażenie, że on nigdy się nie skończy. Miałam dwa kolory. Najpierw kupiłam najjaśniejszy Ivory, ale okazał się niestety za jasny, więc powędrował do mojej siostry. Dla mnie idealny okazał mnie Light Beige. Stosuję go głownie, aby przykryć niedoskonałości i cienie pod oczami. Tak, stosuję go pod oczy. Absolutnie nie roluje się, nie nie waży. Wiem, że dużo osób miało z tym problem. Może jest to kwestia pudru albo jego braku. Ja zawsze dodatkowo wklepuje (wklepuje, a nie rozcieram) puder na warstwie korektora. Krycie produktu oceniłabym na porównywalne z korektorem z MAC, czyli bardzo bardzo mocne. No może MAC jest odrobinę mocniejszy. Konsystencja kosmetyku z Catrice jest zbita, ale jednocześnie dość tłusta, więc bardzo łatwo się z nim pracuje. Nie zasycha zbyt szybko, więc na spokojnie można go jeszcze rozprowadzić. Chociaż jeśli doprowadzimy do zaschnięcia, może być ciężko. Trzyma się w niezmienionym stanie przez cały dzień. Nie roluje się, nie ściera. Wiadomo, jeśli będziemy pocierać zakryte miejsce ręką, może zejść, ale przy normalnym noszeniu nic się z nim nie dzieje. Nie wysusza mojej skóry. Nawet pod oczami. Stosuję go również jako bazę pod cienie na powieki. Też bardzo dobrze się sprawdza. Jeśli nakładam go pod oczy lub właśnie na powieki robię to palcami. Jeśli zakrywam niedoskonałości zawsze robię to pędzelkiem, bo wtedy uzyskuje największe krycie. Podsumowując, bardzo, bardzo polecam! Nie dość, że dobry, to jeszcze tani (ok. 13 zł bez promocji). Koniecznie go wypróbujcie!

2. Bielenda- nawilżające serum z kwasem hialuronowym.

O tym serum pisałam Wam już TUTAJ. Jestem naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczona jego działaniem! Idealnie nawilża moją skórę! Przekonuje mnie jego konsystencja lekko żelowa, ale nie lepiąca. Bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia po sobie żadnego śladu na twarzy. Pięknie pachnie! Stosuję go rano razem z kremem z Make Me Bio i moja twarz więcej nawilżenia już nie potrzebuje. Muszę przyznać, że jest to naprawdę dobre drogeryjne serum nawilżające w przystępnej cenie. Aktualnie czekam na promocje, żeby kupić właśnie to i na próbę jego brata z kwasem migdałowym. Zdradzę Wam w tajemnicy, że nawet mój narzeczony, który ma wiecznie problem z suchą skórą twarzy, się do niego przekonał. Jego recenzja: „No nareszcie coś czego nie czuję na twarzy!”. To już o czymś świadczy, prawda?

3. ECOSPA- algowa maseczka typu peel off.

W sumie jest to moja pierwsza maseczka algowa. Nie wiem dlaczego wcześniej się nie zdecydowałam na wypróbowanie tego typu masek, bo ta to istna rewelacja! Wystarczy zmieszać ja z wodą, rozmieszać i nałożyć na twarz. Nie nakładajcie na brwi! A jak już nałożycie to nie zrywajcie, tylko zmyjcie wodą. Inaczej za jednym pociągnięciem możecie pozbyć się brwi! 😛 Nie, na szczęście mi się to nie zdarzyło! Wtedy to już na pewno by mi nigdy nie odrosły brwi. Maska super chłodzi i odświeża skórę. Po 20 minutach na twarzy skóra jest ściągnięta i rozjaśniona. Pomaga przy gojeniu się ran i przyspieszania redukcję niedoskonałości. Niestety nie udało mi się nigdy za jednym razem ściągnąć jej z twarzy. Trzeba robić to mniejszymi fragmentami, bo zasycha na konturach. Jestem w stanie jej to wybaczyć, bo działanie jest zauważalne od razu po użyciu. Zakochałam się w maskach algowych! Koniecznie polećcie mi jakąś. Słyszałam, że te z Organique są w porządku. Szczególnie kusi mnie borówkowa!

4. Golden Rose Liquid Matt Lipstick- kolor 03.

Przez ostatnie miesiące na moich ustach prawie zawsze gości właśnie kolor nr 3 Liquid Matt Lipstick z Golden Rose! Przepiękny, nienarzucający się kolor. Pasuje do wszystkiego i nadaje świeżości twarzy. Uwielbiam te aplikatory! Dzięki ich kształtowi nakładam kosmetyk w kilka sekund. Produkt zasycha w ciągu kilkudziesięciu sekund i tak już zostaje na ustach przez długie godziny. Jednocześnie równiutko się ściera, więc nawet wtedy kiedy nie chce nam się poprawiać ust tragedii naprawdę nie ma. Raz pomalowane usta, wyglądają dobrze przez cały wieczór. Uwielbiam konsystencję, zapach, kolor, opakowanie, WSZYSTKO! Te pomadki naprawdę skradły moje serce. Bardzo polecam! Pisałam o nich oddzielny post TUTAJ.

Tak prezentują się moi Ulubieńcy ostatnich miesięcy! Nie jest ich wiele, ale są to absolutne HITY, z którymi nie pożegnam się przez dłuższy czas. Czekam na Waszych Ulubieńców!

Buziaki:*

HIGHEELS

L’Oréal Volume Million Lashes Extra-Black mascara- co myśli Higheels?

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Najwyższy czas, żeby napisać kilka słów o tuszu do rzęs, który dostałam jakiś czas temu od firmy L’Oréal. Mowa oczywiście o jednej z licznych maskar z serii Volume Million Lashes. Jako że dostałam do przetestowania aż dwie z nich, najpierw postanowiłam wypróbować wersję Extra Black. Kiedyś bardzo dawno temu używałam wersji pogrubiającej w złotym opakowaniu i byłam z niej umiarkowanie zadowolona, więc z przyjemnością sięgnęłam po jej czarne wydanie. 

12750192_995895573829452_1554211477_n

image

Tusz pięknie wydłuża i rozdziela rzęsy. Do tego stopnia, że mój narzeczony zauważył, że mam coś innego na oczach niż zazwyczaj i spytał, o co chodzi :P. Faktycznie efekt jest inny niż daje mój ulubiony tusz z Lovely. Bardzo podoba mi się to, że nie skleja rzęs. Oczy wydają się optycznie większe i bardziej otwarte. Po aplikacji tworzy się przepiękna, delikatna firanka rzęs. Jest to efekt dość subtelny i powiedziałabym ‚lekki’. Nie ma uczucia ciężkich, obciążonych włosków. Kolor jest faktycznie Extra Black. Pierwsza warstwa bez problemu sprawia, że możemy cieszyć się pełnią koloru. Dzięki kształtowi szczoteczki rzęsy można też ładnie podkręcić. Jeśli chodzi o działanie to jedyny czego można by się czepiać, to brak efektu pogrubienia. Ale może to i dobrze, bo dzięki temu osiągamy właśnie pożądany (przynajmniej ostatnio przeze mnie) efekt lekkości. 

image

Tusz utrzymuje się na rzęsach przez cały dzień. Nie kruszy się, nie osypuje. Wygląda ładnie wieczorem tak samo jak i rano zaraz po aplikacji. 

Opakowanie bardzo schludne, estetyczne i porządnie wykonane. Jak wszystkie tusze z serii Volume Million Lashes. Szczoteczka silikonowa. Rzęsy maluje się szybko, bo tusz szybko pokrywa dokładnie każdy włosek i całe szczęście, bo nienawidzę, jak na przykład rzęsy u nasady nie są do końca pomalowane. Jedyną wadą szczoteczki jest to, że jest zbyt duża w stosunku do mojego oka. Musiałam nauczyć się z nią pracować, tak aby nie ubrudzić sobie powiek. Z górną powieką jako tako nie ma problemu, ale jeśli chodzi o rzęsy na dolnej powiece jest gorzej. Moje są po prostu zbyt krótkie i zawsze gdzieś tam się ubrudzę. Niestety wolę trochę mniejsze szczoteczki. 

Tusz jest też wydajny. Na pewno bardziej niż ten z Lovely, który po dwóch/trzech miesiącach jest już do wywalenia. Moje opakowanie otworzyłam pod koniec lutego i jak na razie wszystko jest tak jak na początku. 

Niewątpliwym minusem jest jego cena. W Rossmannie widziałam go za ok. 60 zł (!). Na szczęście są też drogerie internetowe, gdzie tusz ten można dostać w rozsądniejszych cenach. No chyba, że skusicie się na promocje -49%, która nadchodzi wielkimi krokami! Słyszałyście? 

Podsumowując, uważam że jest to naprawdę przyzwoity produkt. Bardzo przyjemnie mi się z niego korzysta. Podoba mi się ten efekt, którego już bardzo dawno na swoich rzęsach nie widziałam. Niesamowicie kobiecy i zmysłowy. Rzęsy wydłużone do maksimum, ale jednocześnie pięknie rozdzielone i podkręcone. Dziękuję L’Oréal za możliwość przetestowania Waszych produktów!

Buziaki:*

HIGHEELS

Lancôme Poudre Majeur Excellence Libre- recenzja Higheels

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

05Cześć wszystkim!

Dzisiaj biorę na tapetę kosmetyk z wyższej półki. Rzadko się to zdarza, także tym bardziej warto poczytać :P. Mowa o pudrze sypkim marki Lancôme (Poudre Majeur Excellence Libre). Dostałam go już jakiś czas temu na prezent. Czekał sobie cierpliwie na swoja kolejkę w szufladzie. W końcu po skończeniu Stay Matte z Rimmel, sięgnęłam po niego. I powiem szczerze, że żałuję że tak późno, bo ten puder jest genialny!

image

W całkiem sporym, schludnym (tak się pozornie wydaje, ale dojdę do tego za chwileczkę) i stylowym opakowaniu kryje się aż 20 g produktu. Ilość naprawdę spora, a biorąc pod uwagę jego wydajność, nie jestem pewna czy kiedykolwiek będę w stanie zużyć go do końca. Stosuję go już od dobrych czterech miesięcy i ledwo widzę jakikolwiek ubytek. Jak to bywa w przypadku marek selektywnych cena niestety jest wysoka. Taka przyjemność kosztuje nas sporo, bo aż 180 zł. Oczywiście najkorzystniej jest poczekać na różnego rodzaje akcje promocyjne i rabaty. Od kiedy Sephora i Douglas mają swoje sklepy internetowe zniżki pojawiają się dość często. Przejdźmy jednak do działania. 

image

Po pierwsze puder ma genialną konsystencję! Jest bardzo drobno zmielony i taaaaaki aksamitny. Po nałożeniu w ogóle nie czuć go na twarzy, co mnie bardzo cieszy, bo nienawidzę uczucia, że mam coś ciężkiego na twarzy. Ten produkt jest bardzo lekki, a jednocześnie delikatnie kryje. Mój odcień to 03 Sable i często stosuję go zamiast podkładu. Kolor nie ciemnieje na buzi, ani nie robi żadnych plam. W ogóle ostatnio praktycznie nie używam podkładów. Jakoś zaczęły mnie denerwować na twarzy. Czuję się, jakby moja skóra była brudna :P. Nie pytajcie dlaczego, bo nie mam pojęcia. Uwierzcie mi na słowo, że skóra wygląda genialnie po nałożeniu tego pudru solo. Koloryt jest delikatnie wyrównany, skóra zmatowiona, ale jednocześnie promienna. A to wszystko sprawka pięknego, satynowego wykończenia produktu. Idealne rozwiązanie na wiosnę i lato. Jednocześnie warto wspomnieć, że skóra jest ładnie zmatowiona przez dobre 4/5 godzin, a kosmetyk trzyma się na twarzy przez cały dzień. Nie będę owijać w bawełnę. Uwielbiam go i to jak wygląda na twarzy! Robi 100 razy więcej niż przeciętny puder matujący. 

Jego niekwestionowaną zaletą jest to, że nie podkreśla suchych skórek, ani nie wysusza skóry bardziej. Nie wiem dlaczego, ale mam ostatnio problem z odstającymi, wkurzającymi skórkami na nosie. No nie mogę dojść do ładu z moją skórą, ale to już temat na kolejny post :P. W każdym razie ten puder idealnie wpasowuje się w moje obecne potrzeby. Nie ważne jak bardzo mam suchą skórę, nie widać tego. Całe szczęście. Skóra jest przepięknie wygładzona i ujednolicona. Przymiotnikiem, który zdecydowanie najtrafniej określa ten produkt jest AKSAMITNY. W nim zamykają się wszystkie jego cechy. 

Oprócz oczywistej wady, czyli ceny, muszę niestety wspomnieć o jeszcze jednej. Opakowanie. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jakim cudem kosmetyk za 180 zł może mieć tak beznadziejne opakowanie. Wieczko nie posiada zatrzasku, tak więc wystarczy je podnieść, aby dostać się do środka. W środku jest jeszcze nakładka na puder, w której włożony był puszek, niby zakręcana. Niestety utyka ona często w wieczku. Także od sypkiego pudru, który w każdej chwili może wylecieć dzieli nas tylko lekkie wieczko, które uwierzcie mi, może spaść przy każdej okazji. Nie ma mowy o podróżowaniu z tym pudrem! Gdy przewoziłam go z Florencji musiałam okleić do taśmą (Serio? Puder za taką cenę oklejony taśmą?!). A i tak po otwarciu puder porozsypywał się po całym opakowaniu i wszedł w każdą możliwą szparę, co wymagało wyczyszczenia, bo wyglądało po prostu nieestetycznie. Także można bez wahania powiedzieć, że jest to kosmetyk stacjonarny. Całe szczęście do opakowania dołączone jest jeszcze sitko, które nakładamy na puder, w celu ułatwienia nałożenia produktu na pędzel lub puszek.  

image

Jeśli chodzi o aplikację. Na początku posiłkowałam się dołączonym puszkiem, ale teraz wolę zdecydowanie pędzel typu Flat Top. Z nałożeniem nie ma żadnego problemu. Ładnie i gładko rozprowadza się po skórze. Kosmetyk ten nie tworzy efektu maski. Wątpię w to, że można zrobić sobie nim krzywdę. 

Podsumowując, jest to najlepszy puder jaki kiedykolwiek miałam! Tylko dlaczego opakowanie nie jest bardziej stabilne i lepiej wykonane?! No i nie powiem, bo chętnie kupowałabym go w korzystniejszej cenie :P. Pomimo tego jestem pewna, że jeśli kiedykolwiek mi się skończy, kupię go ponownie. Jest genialny! Da się przeżyć tę wysoką cenę, mając w głowie, że będziemy go używać przez parę lat. Ma swoje wady, ale polecam go całym sercem!

Dziewczyny, mam do Was pytanie. Potrzebuję kremu na noc dobrze nawilżającego, ale żeby z kolei nie był bardzo tłusty i nie zostawiał na twarzy lepkiego filmu. Nie mam w ogóle pomysłu… Polećcie mi coś! 

Buziaki:*

HIGHEELS

Makijażowe denko vol.1!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Tak jak zapowiadałam ostatnio w DENKU PIELĘGNACYJNYM zapraszam Was dzisiaj na pierwsze u mnie na blogu denko kosmetyków kolorowych! Pierwszy raz udało mi się zebrać aż tyle produktów do makijażu i nie tylko. Myślę, że ma to coś wspólnego z ideą „wiosennych porządków”, którą wcielam sukcesywnie w życie ostatnio. Tak więc zapraszam Was na 9 krótkich recenzji.

image

image

1. Lovely, Pump up mascara (aż dwa opakowania).

Chyba nie muszę Wam przedstawiać tego produktu. Sama już straciłam rachubę, które to już opakowanie. To chyba najlepszy tusz, jaki możemy dostać w takiej cenie (11 zł). Pięknie wydłuża, rozdziela i podkręca rzęsy. Nie rozmazuje się, nie kruszy, nie odbija na powiece. Trzyma się cały dzień. Fakt zaczyna zasychać po jakiś 3/4 miesiącach. Wtedy ratuję się moim Duraline. Jednak nawet jeśli wysycha po takim czasie, nie ma co rozpaczać, bo przecież kosztuje 11 zł! A na promocji -49% to już w ogóle bajka. Btw wiecie, że w kwietniu Rossmann znowu będzie nas kusił dokładnie taką promocją? Nie wiem jeszcze dokładnie kiedy, ale bądźcie czujni! Jeśli jeszcze nie próbowałyście tuszu z Lovely, koniecznie musicie nadrobić zaległości!

2. Rimmel Stay Matte- puder matujący w kolorze Transparent.

W tym przypadku też już sama  nie wiem, ile opakowań już zużyłam. 3? 4? Jest to naprawdę dobry produkt! Jest ogólnie dostępny, niedrogi. Kolor Transparent nadaję się dla wszystkich. Świetnie wykończy każdy makijaż. Matuje skórę na cały dzień. Ja na przykład w ogóle go nie poprawiam w ciągu dnia. Ewentualnie zdejmuję nadmiar sebum bibułką matującą lub po prostu przykładam chusteczkę. Nie bieli skóry, w ogóle go na niej nie widać, a trzyma się na niej cały dzień. Daje to efekt maksymalnie naturalny. Jest mega wydajny. Może opakowanie nie jest najbardziej solidne na świecie, ale można mu to wybaczyć. Nakładam go albo gąbeczką albo pędzlem typu flap top w zależności od tego jak poziom zmatowienia chcę osiągnąć. Tak i tak się u mnie sprawdza. Na pewno kupię go ponownie nie raz nie dwa.

3. Essie, Bahama mama.

Pisałam Wam kiedyś POST o tym, co sądzę o lakierach marki Essie. Jakoś nadal nie jestem do niej tak przekonana, żeby wydawać tyle pieniędzy na lakiery. Bahama mama to przepiękny kolor! Świetnie mi się go nosiło. Nawet nie odpryskiwał za bardzo. Byłam z niego zadowolona. Niestety zasechł. Wkurza mnie to tym bardziej, że tyle za niego zapłaciłam. Takie lakiery nie powinny zasychać :P. No cóż, na razie nie planuję zakupy lakierów tej marki. Wybieram raczej tańsze rozwiązania, jak na przykład uwielbiane przeze mnie ostatnio lakiery z Golden Rose. 

image

4. RefectoCil- henna do brwi w kolorze brązowym nr 3. 

Zdecydowanie najlepsza henna jaką kiedykolwiek miałam. Jej samodzielne wykonanie w domu jest banalnie łatwe. No i nie trzeba chodzić wciąż do kosmetyczki. Trzyma się na brwiach baaaardzo długo (2-3 tygodnie). Efekt jest bardzo naturalny. Oczywiście nie radziłabym trzymać jej na brwiach nie wiadomo ile czasu, na wszelki wypadek :P. Kolor zmywa się równomiernie. Nie trzeba się martwić, że zostaną nam plamy lub dziury. Stosunek ceny do wydajności produktu to, bez wątpienia, kolejny plus. Cena takiej tubki to 15 zł (na ezebra.pl), a starczy nam ona na baaaardzo długo. Ja nawet nie zdążyłam jej całej zużyć. Została resztka, która po prostu zaschła. Pewnie też przez to, że pękła mi zakrętka i dostawało się tam powietrze. Polecam Wam ją serdecznie. Szczególnie tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z robieniem henny w domu. To jest naprawdę proste. Instrukcje znajdziecie TUTAJ

5. Sleek, paletka do makijażu Au naturel. 

Jest to moja pierwsza paletka w ogóle! Sama nie wiem, ile lat temu ją kupiłam. Muszę przyznać, że jestem z niej zadowolona. Postanowiłam ją wyrzucić mimo tego, że zostało mi parę cieni prawie pełnych. Dlaczego? Bo skoro nie używałam ich przez okres 4 lat, to na pewno nie zacznę ich używać teraz. Zużyłam kolory, które najbardziej mi się podobały i daję teraz szansę moim innym paletką. Bardzo chwalę sobie jednak te cienie ze Sleek. Nie osypują się, przez co łatwo się je nakłada i rozprowadza. Ładnie się blendują i łatwo się z nimi pracuje. Są bardzo dobrze napigmentowane. Szczególnie czarny, który bardzo lubiłam nakładać przy linii rzęs zamiast eyelinera. Na powiece trzymają się bardzo długo. Nie rolują się, ani nie zbierają w załamaniu. Po tak długim czasie nie zmieniły swojej konsystencji. Nic się z nimi nie stało, dlatego uważam że są naprawdę warte uwagi. Jako osoba początkująca, która stawiała swoje pierwsze kroki w świecie makijażu, bardzo dobrze mi się z nią pracowało. Kolory są bardzo uniwersalne. No może poza tymi brokatowymi, których właśnie nie używałam. Krótko mówiąc, polecam!

6. Eveline Advance Volumiere- skoncentrowane serum do rzęs 3w1.

Pisałam Wam już o nim nie raz. To że zużyłam kolejne opakowanie świadczy tylko o tym, jak bardzo lubię ten produkt. Nie używam go na noc jako serum, tylko zawsze pod tusz do rzęs. Dzięki niemu rzęsy wyglądają przepięknie! O wiele lepiej niż z samym tuszem do rzęs. Są dłuższe i gęstsze. No i im dłużej go stosuję, to mam wrażenie, że rzęsy są w lepszej kondycji. Nie będę się powtarzać i Was zanudzać. Najlepsze serum-odżywka, jakie możecie dostać w drogerii. Uwielbiam i na pewno nie przestanę używać. 

7. Seche Vite, Dry Fast Top Coat.

Chyba nie muszę przedstawiać tego Pana :P. W świecie kosmetycznym każdy go zna. Również moja kolejna buteleczka, której nie udało mi się zużyć do końca. Niestety jego jedyną wadą jest to, że gęstnieje. Wybaczam mu jednak, tę jedną jedyną wadę, bo bez niego malowanie paznokci nie ma już sensu. Paznokcie wysychają w tempie ekspresowym. Nie musimy poświęcać na malowanie paznokci tyle czasu co kiedyś. Tak wiem, są też hybrydy. Nie jestem do nich jeszcze przekonana. Może kiedyś, ale na pewno nie teraz. Po nałożeniu Seche Vite paznokcie w sumie wyglądają jak hybrydy. Błyszczą się i wyglądają po prostu lepiej. Lakier trzyma się też dłużej. U mnie jest to średnio tydzień. Najlepszy top coat ever!

8. Eveline, Art Scenic, korektor do brwi.

Bardzo dawno temu pojawił się w moich Ulubieńcach. Nie bardzo jednak wiem, dlaczego go tam umieściłam. Jest to zwyczajny żel do brwi. Na pewno nie korektor. Na początku w sumie jako tako się sprawował. Później jednak kolor zrudział (czy istnieje taki czasownik?!). W każdym razie stało się z nim to, czego zdecydowanie nie chciałam. Kolor bardzo nienaturalny. Zupełnie mi nie pasował. Poza tym z czasem zaczęła mnie wkurzać szczoteczka, która była zdecydowanie za duża i ciężko się z nią pracowało. Co chwilę wyjeżdżałam poza linię brwi i musiałam poprawiać wszystko patyczkiem do uszu. Finalnie nie jestem z niego zadowolona. Zdecydowanie wolę żel do brwi z Essence.

9. Maybelline, Dream Lumi Touch, korektor rozświetlający w pisaku.

Mam go już baaaardzo długo i nareszcie wzięłam się za to, żeby do końca go zużyć. Zostało mi go dosłownie na dwa użycia. Nie bardzo się polubiliśmy. Po pierwsze wkurza mnie, że zmyły się wszystkie napisy. Nie wiedziałam nawet dokładnie jak się nazywa. Po drugie aplikator- pędzelek, który nie jest zbyt higieniczny. Jeśli chodzi o jego właściwości to też nie zachwyca. W ogóle prawie nie kryje, także z moimi cieniami pod oczami nie ma szans. Tak wiem, nie takie jego zadanie, ale jednak myślałam, że chociaż troszkę je zakryje. Trochę rozświetla, ale też bez rewelacji. Czasem lubi zbierać się w załamaniach. Nie wygląda najlepiej na twarzy. Jakoś tak mało świeżo. Nie kupię go ponownie już na pewno.

Tak prezentuje się moje pierwsze Denko produktów kolorowych. Dziewczyny, poradźcie mi. Jak to jest z tymi hybrydami? Serio opłaca się? Serio są takie super? Serio o wiele lepsze niż zwyczajne lakiery? Od jakiegoś czasu o nich myślę, ale jakoś nie mogę się przekonać. Czekam na Wasze opinię!

Buziaki:*

HIGHEELS

Babyliss 8438E- podświetlane lusterko do makijażu- HIT czy KIT?

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Moim jednym z większych „problemów” w moim malutkim mieszkaniu był brak toaletki i miejsca, gdzie mogę wykonać codzienny, poranny makijaż. Może nawet nie miejsce sprawiało problem, ale brak odpowiedniego oświetlenia. Szczególnie denerwowało mnie to zimą, kiedy na dworze było zawsze ciemno, kiedy szykowałam się do wyjścia. Z pomocą przyszła mi marka Babyliss, a dokładniej mój narzeczony, który postanowił skrócić moje cierpienia i zrobić mi prezent :P.

image

Podświetlane, porządne lusterko Babyliss 8438E to świetny gadżet do makijażu! Po pierwsze jest bardzo dobrze solidnie wykonane. Nie ma szans, że spadnie nam na ziemię i się potrzaska. Tak, właśnie zaoszczędzamy 7 lat nieszczęścia :P. Po drugie lusterko jest dwustronne. Z jednej strony normalne, a z drugiej mamy do dyspozycji aż ośmiokrotne powiększenie obrazu (!). Nie przeraźcie się, jak zobaczycie swoją skórę w takim powiększeniu. Nie jest to najpiękniejszy widok, ale pamiętajcie, że nikt tego normalnie nie widzi! Powiększony obraz nie służy mi jednak do makijażu. Wolę używać tej strony lusterka na przykład do regulacji brwi. Do tego zadania spisuję się znakomicie. Widać z nim dosłownie wszystko- każdy najmniejszy włosek. Myślę, że dobrze się też sprawdzi do przyklejania sztucznych rzęs lub innych bardziej precyzyjnych operacji. Zawiasy działają bardzo płynnie, także nie ma problemu z zamienianiem stron. Nic nie skrzypi, nic nie trzeszczy, nie nie piszczy. 

W ogóle jeśli chodzi o wizualną stronę tego sprzętu, to jestem jak najbardziej na tak. Bardzo schludnie wygląda i pięknie prezentuje się na szafce (lub toaletce, którą z pewnością będę kiedyś miała!). Fakt faktem jest dość duże (średnica to 20,5 cm), ale czy to komuś przeszkadza? 

Zajmijmy się teraz najważniejszym, czyli oświetleniem. Mamy do dyspozycji aż trzy różne oświetlenia halogenowe regulowane przełącznikiem. Po pierwsze światło ciepłe, po drugie zimne no i neutralne. Bardzo dobrze mi się maluje szczególnie przy imitacji światła dziennego. Jest najmocniejsze z wszystkich trzech. Jak dla mnie jest wystarczająco mocne i bez problemu maluję się, gdy w pokoju zapalona jest tylko mała lampka. Reszta świateł przydaje mi się, żeby zobaczyć, jak dany makijaż prezentuje się w danym oświetleniu. Fajna sprawa powiem Wam. Znacznie ułatwia sprawę. Na zdjęciach po kolei: światło ciepłe, zimne i neutralne.

image

image

image

Jeśli chodzi o minusy. Wymieniłabym to, że lusterko się dość mocno nagrzewa. Nie aż tak, żeby się poparzyć oczywiście, ale zawsze coś. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, ale warto o tym wspomnieć. Dość szybko się brudzi, ale też łatwo się myje. Nie mam z tym żadnego problemu. Oczywiście na srebrnej obudowie zostają odciski palców, no ale to chyba oczywiste i nie można było spodziewać się czegoś innego. Największym minusem jest cena, bo lusterko kosztuję od 200-290 zł, w zależności gdzie je zakupicie. Tak, jest to sporo, ale pamiętajmy, że jest to inwestycja na lata. Jeśli miałabym je kupić sama, z pewnością bym to zrobiła.

Uważam, że jest to świetny gadżet! Oczywiście nie jest on niezbędny i można się obyć równie dobrze i bez niego. Ja jednak bardzo sobie je cenię. Mój komfort malowania się z rana, kiedy za oknem jest szaro-buro i słońca brak, znacznie się zwiększył. Lusterko też pięknie zdobi pomieszczenie. Powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie teraz makijażu bez niego. A tym bardziej regulowania brwi! Muszę mu przyznać, że stał się moim HITEM. Jeśli miałabym mu dać ocenę w skali 1-5, to z pewnością byłoby to 4,5/5. Pół punkt odjęte za cenę i nagrzewanie. Także jeśli również zmagacie się z problemem złego oświetlenia do makijażu uśmiechnijcie się do swoich facetów, krewnych, znajomych, może akurat szukają dla Was prezentu!

image
(tak lusterko prezentuje się na mojej prowizorycznej toaletce)

Uciekam teraz i mam zamiar wziąć się w końcu za moją pracę magisterską… Czy ktoś jeszcze cierpi na brak motywacji do pisania? Skąd ja czerpać?!

Buziaki:*

HIGHEELS