Denkowy szał vol.10!

7 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Z okazji wakacji pozwoliłam sobie na mały urlop od pisania postów :P. Ale spokojnie, wracam do Was! Teraz od kiedy Instagram stał się Snapchatem możecie liczyć też tam na krótkie relacje z mojego dnia. Zobaczymy jak to wyjdzie, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba :). Tak więc, przepraszam za przerwę i wracam do Was ze zdwojoną siłą! Siatka ze zużytymi kosmetykami pęka w szwach, a to oznacza tylko jedno- DENKOWY SZAŁ! I o ile dobrze się doliczyłam, to już dziesiąty post z tej serii! Zapraszam!

image

image

1. Alterra- szampony do włosów.

Czy ktoś mi może wyjaśnić, dlaczego odkryłam je tak późno?! Najlepsze szampony drogeryjne, jakie miałam! Przetestowałam wersję dodającą objętości dla włosów delikatnych i pozbawionych witalności z papają i stwierdzam, że jest genialna! Żałuję tylko dwóch rzeczy: małej pojemności (200ml) i lekko dziwnej, galaretowatej konsystencji, do której trzeba się po prostu przyzwyczaić, żeby nie marnować produktu. Następnym przetestowanym szamponem był ten z biotyną i kofeiną dla włosów osłabionych i przerzedzających się. Ta wersja z kolei sprawdziła się trochę gorzej, ale i tak zadowalająco. Trzecia jest z kwiatem lotosu i oliwką dla włosów farbowanych, których ja nie mam, ale oczywiście nie robi to żadnej różnicy :P. Bardzo się polubiłyśmy i umieściłabym ją na drugim miejscu w rankingu. Moje włosy po tych szamponach nie plątają się, są stosunkowo miękkie, a wraz z odżywkami i maskami to już w ogóle baja! Kupiłam je na promocji kiedy kosztowały coś ponad 5 zł (!). 5 zł za taki produkt?! Biorę!! Jeśli ich nie próbowałyście, zróbcie to koniecznie! Genialne szampony! 

2. Isana- żele do mycia ciała.

Ostatnio wzięło mnie na testy tych popularnych już żeli z Isany. Są tanie i łatwo dostępne. Kupiłam je na promocji za chyba nieco ponad 2 zł. Wybrałam: mleko i miód, Hello Spring (owocowy generalnie), borówka. Opakowanie cieszą oko, tak samo oczywiście jak widok ceny na półce :P. Jeśli chodzi o jakość, to naprawdę nie jest źle. Ładnie się pienią, są stosunkowo wydajne. Mam tylko jedno „ale”, otóż wolę generalnie żele bardziej świeże. Takie które dodadzą mi energii i po których użyciu czuję się jak świeżo narodzona. Tutaj niestety aż takiego szału nie ma. W przypadku mleka z miodem miałam wrażenie, że jestem jakby niedomyta. Nie wiem w sumie dlaczego :P. Gwoli ścisłości, potrafię się dobrze umyć, więc myślę, że jest to wina produktu :P. Polecam Wam polować na promocje i wypróbować te żele, a nuż Wam się spodobają. Ja teraz robię przerwę i poszukam czegoś orzeźwiającego.

image

3. Avebio- hydrolat oczarowy.

Pierwszy kosmetyk od Avebio i kolejny hydrolat w mojej kolekcji. Dobrze wiecie, że uwielbiam hydrolaty, a oczarowy to już w ogóle numer jeden. Ten powiem Wam, że jest w porządku. Jakiegoś większego szału nie robi, ale jest ok. Bardziej sprawdzał mi się hydrolat oczarowy z ECOSPA. Nie wiem na czym to polega, ale ECOSPA moim zdaniem lepsze. Chociaż przyznam, że obydwa dobrze odświeżają i koją skórę. Ten z ECOSPA ma po prostu, moim zdaniem, lepsze działanie antyseptyczne. Więcej pewnie go nie kupię, ale fajnie było go wypróbować :).

4. Maybelline COLORAMA- lakiery do paznokci w kolorze 06 (różowy) i 214 (miętowy).

Swojego czasu bardzo lubiłam te lakiery. Bardzo dobrze trzymają się na paznokciach i są wystarczająco kryjące. Niestety przegrywają z lakierami od Golden Rose. Po pierwsze są droższe, po drugie mają mniejszy, mniej poręczny pędzelek, a krycie suma summarum jest trochę mniejsze. Chyba zawsze będę polecać lakiery z Golden Rose. Chociaż Dziewczyny…POMOCY! Ostatnio poważnie rozważam zakup zestawy startowego do robienia hybryd. Nie wiem tylko na jaką firmę się zdecydować Semilac czy Neonail? Pomóżcie!

5. Lancome- O d’azur.

Są to perfumy, które zgapiłam chyba ze sto lat temu od mojej mamy. Uwielbiam je na zimę. Są bardzo kobiece, dość ciężkie i mega intensywne. Według mnie ten zapach jest mega seksowny i kobiecy. Domyślam się, że nie każdemu będzie pasował, ale jeśli będziecie miały okazję, koniecznie koniecznie powąchajcie go w jakieś drogerii. Polecam je bardzo, bo zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo, są trwałe i pachną tak samo przez cały dzień.

Teraz chciałabym Wam wspomnieć pokrótce o produktach, o których już kiedyś Wam pisałam, ale dopiero teraz je zdenkowałam.

image

6. ECOSPA- maska algowa peel off.

Moja pierwsza maska algowa, która od razu pojawiła się w Ulubieńcach. Świetna sprawa i świetny produkt. Będę testować też inne maski algowe. O tak! Link do Ulubieńców znajdziecie TUTAJ.

7. Eveline Advance Lumiere- serum do rzęs.

Nie wiem sama, ile opakowań już zużyłam. Polecam i zawsze polecać będę. Wytuszowane rzęsy z nałożonym wcześniej tym produktem wyglądają o niebo lepiej!

8. Bourjois Helathy Mix- podkład. 

Całkiem przyjemnie mi się z niego korzystało. Rozświetlający, lekki podkład, o którym pisałam całą recenzję TUTAJ

9. Resibo- krem pod oczy.

Fajny, fajny, ale jakiegoś większego szału nie zrobił. O nim również napisałam dla Was całego posta. Możecie przeczytać go właśnie TUTAJ

10. Essence Make Me Brow- żel do brwi.

Najlepszy żel do brwi, jaki kiedykolwiek miałam! Bardzo polecam. Sprawdza się nawet na szybko, kiedy wychodzę do sklepu i na szybko chcę poprawić brwi. Cały wpis TUTAJ!

Dooobra, oto całe denko. Patrzę teraz, że już kolejne puste opakowania wylądowały w siatce :P. To się nigdy nie kończy! 😀 Polecam Wam szczególnie szampony z Alterry. Dzisiaj w Rossmannie widziałam je w promocji. No dobra, kupiłam dwie kolejne butelki :P. Miłego wieczoru!

Buziaki:*

HIGHEELS

Makijażowe denko vol.1!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Tak jak zapowiadałam ostatnio w DENKU PIELĘGNACYJNYM zapraszam Was dzisiaj na pierwsze u mnie na blogu denko kosmetyków kolorowych! Pierwszy raz udało mi się zebrać aż tyle produktów do makijażu i nie tylko. Myślę, że ma to coś wspólnego z ideą „wiosennych porządków”, którą wcielam sukcesywnie w życie ostatnio. Tak więc zapraszam Was na 9 krótkich recenzji.

image

image

1. Lovely, Pump up mascara (aż dwa opakowania).

Chyba nie muszę Wam przedstawiać tego produktu. Sama już straciłam rachubę, które to już opakowanie. To chyba najlepszy tusz, jaki możemy dostać w takiej cenie (11 zł). Pięknie wydłuża, rozdziela i podkręca rzęsy. Nie rozmazuje się, nie kruszy, nie odbija na powiece. Trzyma się cały dzień. Fakt zaczyna zasychać po jakiś 3/4 miesiącach. Wtedy ratuję się moim Duraline. Jednak nawet jeśli wysycha po takim czasie, nie ma co rozpaczać, bo przecież kosztuje 11 zł! A na promocji -49% to już w ogóle bajka. Btw wiecie, że w kwietniu Rossmann znowu będzie nas kusił dokładnie taką promocją? Nie wiem jeszcze dokładnie kiedy, ale bądźcie czujni! Jeśli jeszcze nie próbowałyście tuszu z Lovely, koniecznie musicie nadrobić zaległości!

2. Rimmel Stay Matte- puder matujący w kolorze Transparent.

W tym przypadku też już sama  nie wiem, ile opakowań już zużyłam. 3? 4? Jest to naprawdę dobry produkt! Jest ogólnie dostępny, niedrogi. Kolor Transparent nadaję się dla wszystkich. Świetnie wykończy każdy makijaż. Matuje skórę na cały dzień. Ja na przykład w ogóle go nie poprawiam w ciągu dnia. Ewentualnie zdejmuję nadmiar sebum bibułką matującą lub po prostu przykładam chusteczkę. Nie bieli skóry, w ogóle go na niej nie widać, a trzyma się na niej cały dzień. Daje to efekt maksymalnie naturalny. Jest mega wydajny. Może opakowanie nie jest najbardziej solidne na świecie, ale można mu to wybaczyć. Nakładam go albo gąbeczką albo pędzlem typu flap top w zależności od tego jak poziom zmatowienia chcę osiągnąć. Tak i tak się u mnie sprawdza. Na pewno kupię go ponownie nie raz nie dwa.

3. Essie, Bahama mama.

Pisałam Wam kiedyś POST o tym, co sądzę o lakierach marki Essie. Jakoś nadal nie jestem do niej tak przekonana, żeby wydawać tyle pieniędzy na lakiery. Bahama mama to przepiękny kolor! Świetnie mi się go nosiło. Nawet nie odpryskiwał za bardzo. Byłam z niego zadowolona. Niestety zasechł. Wkurza mnie to tym bardziej, że tyle za niego zapłaciłam. Takie lakiery nie powinny zasychać :P. No cóż, na razie nie planuję zakupy lakierów tej marki. Wybieram raczej tańsze rozwiązania, jak na przykład uwielbiane przeze mnie ostatnio lakiery z Golden Rose. 

image

4. RefectoCil- henna do brwi w kolorze brązowym nr 3. 

Zdecydowanie najlepsza henna jaką kiedykolwiek miałam. Jej samodzielne wykonanie w domu jest banalnie łatwe. No i nie trzeba chodzić wciąż do kosmetyczki. Trzyma się na brwiach baaaardzo długo (2-3 tygodnie). Efekt jest bardzo naturalny. Oczywiście nie radziłabym trzymać jej na brwiach nie wiadomo ile czasu, na wszelki wypadek :P. Kolor zmywa się równomiernie. Nie trzeba się martwić, że zostaną nam plamy lub dziury. Stosunek ceny do wydajności produktu to, bez wątpienia, kolejny plus. Cena takiej tubki to 15 zł (na ezebra.pl), a starczy nam ona na baaaardzo długo. Ja nawet nie zdążyłam jej całej zużyć. Została resztka, która po prostu zaschła. Pewnie też przez to, że pękła mi zakrętka i dostawało się tam powietrze. Polecam Wam ją serdecznie. Szczególnie tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z robieniem henny w domu. To jest naprawdę proste. Instrukcje znajdziecie TUTAJ

5. Sleek, paletka do makijażu Au naturel. 

Jest to moja pierwsza paletka w ogóle! Sama nie wiem, ile lat temu ją kupiłam. Muszę przyznać, że jestem z niej zadowolona. Postanowiłam ją wyrzucić mimo tego, że zostało mi parę cieni prawie pełnych. Dlaczego? Bo skoro nie używałam ich przez okres 4 lat, to na pewno nie zacznę ich używać teraz. Zużyłam kolory, które najbardziej mi się podobały i daję teraz szansę moim innym paletką. Bardzo chwalę sobie jednak te cienie ze Sleek. Nie osypują się, przez co łatwo się je nakłada i rozprowadza. Ładnie się blendują i łatwo się z nimi pracuje. Są bardzo dobrze napigmentowane. Szczególnie czarny, który bardzo lubiłam nakładać przy linii rzęs zamiast eyelinera. Na powiece trzymają się bardzo długo. Nie rolują się, ani nie zbierają w załamaniu. Po tak długim czasie nie zmieniły swojej konsystencji. Nic się z nimi nie stało, dlatego uważam że są naprawdę warte uwagi. Jako osoba początkująca, która stawiała swoje pierwsze kroki w świecie makijażu, bardzo dobrze mi się z nią pracowało. Kolory są bardzo uniwersalne. No może poza tymi brokatowymi, których właśnie nie używałam. Krótko mówiąc, polecam!

6. Eveline Advance Volumiere- skoncentrowane serum do rzęs 3w1.

Pisałam Wam już o nim nie raz. To że zużyłam kolejne opakowanie świadczy tylko o tym, jak bardzo lubię ten produkt. Nie używam go na noc jako serum, tylko zawsze pod tusz do rzęs. Dzięki niemu rzęsy wyglądają przepięknie! O wiele lepiej niż z samym tuszem do rzęs. Są dłuższe i gęstsze. No i im dłużej go stosuję, to mam wrażenie, że rzęsy są w lepszej kondycji. Nie będę się powtarzać i Was zanudzać. Najlepsze serum-odżywka, jakie możecie dostać w drogerii. Uwielbiam i na pewno nie przestanę używać. 

7. Seche Vite, Dry Fast Top Coat.

Chyba nie muszę przedstawiać tego Pana :P. W świecie kosmetycznym każdy go zna. Również moja kolejna buteleczka, której nie udało mi się zużyć do końca. Niestety jego jedyną wadą jest to, że gęstnieje. Wybaczam mu jednak, tę jedną jedyną wadę, bo bez niego malowanie paznokci nie ma już sensu. Paznokcie wysychają w tempie ekspresowym. Nie musimy poświęcać na malowanie paznokci tyle czasu co kiedyś. Tak wiem, są też hybrydy. Nie jestem do nich jeszcze przekonana. Może kiedyś, ale na pewno nie teraz. Po nałożeniu Seche Vite paznokcie w sumie wyglądają jak hybrydy. Błyszczą się i wyglądają po prostu lepiej. Lakier trzyma się też dłużej. U mnie jest to średnio tydzień. Najlepszy top coat ever!

8. Eveline, Art Scenic, korektor do brwi.

Bardzo dawno temu pojawił się w moich Ulubieńcach. Nie bardzo jednak wiem, dlaczego go tam umieściłam. Jest to zwyczajny żel do brwi. Na pewno nie korektor. Na początku w sumie jako tako się sprawował. Później jednak kolor zrudział (czy istnieje taki czasownik?!). W każdym razie stało się z nim to, czego zdecydowanie nie chciałam. Kolor bardzo nienaturalny. Zupełnie mi nie pasował. Poza tym z czasem zaczęła mnie wkurzać szczoteczka, która była zdecydowanie za duża i ciężko się z nią pracowało. Co chwilę wyjeżdżałam poza linię brwi i musiałam poprawiać wszystko patyczkiem do uszu. Finalnie nie jestem z niego zadowolona. Zdecydowanie wolę żel do brwi z Essence.

9. Maybelline, Dream Lumi Touch, korektor rozświetlający w pisaku.

Mam go już baaaardzo długo i nareszcie wzięłam się za to, żeby do końca go zużyć. Zostało mi go dosłownie na dwa użycia. Nie bardzo się polubiliśmy. Po pierwsze wkurza mnie, że zmyły się wszystkie napisy. Nie wiedziałam nawet dokładnie jak się nazywa. Po drugie aplikator- pędzelek, który nie jest zbyt higieniczny. Jeśli chodzi o jego właściwości to też nie zachwyca. W ogóle prawie nie kryje, także z moimi cieniami pod oczami nie ma szans. Tak wiem, nie takie jego zadanie, ale jednak myślałam, że chociaż troszkę je zakryje. Trochę rozświetla, ale też bez rewelacji. Czasem lubi zbierać się w załamaniach. Nie wygląda najlepiej na twarzy. Jakoś tak mało świeżo. Nie kupię go ponownie już na pewno.

Tak prezentuje się moje pierwsze Denko produktów kolorowych. Dziewczyny, poradźcie mi. Jak to jest z tymi hybrydami? Serio opłaca się? Serio są takie super? Serio o wiele lepsze niż zwyczajne lakiery? Od jakiegoś czasu o nich myślę, ale jakoś nie mogę się przekonać. Czekam na Wasze opinię!

Buziaki:*

HIGHEELS

Najgorszy kosmetyk świata- bubel bubli!

6 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Stwierdziłam, że po prostu muszę napisać oddzielny post dla Was po tym, jak ten produkt mnie rozczarował. A mowa tu o płynie micelarnym Ziaja Ulga dla wrażliwej skóry. Ten mały, podstępny płyn jest łatwo dostępny i stosunkowo niedrogi. Zapłacimy za niego ok. 7 zł. 

image

Producent obiecuje, że kosmetyk świetnie zmywa każdy makijaż twarzy, jak również oczu. Pozostawia skórę oczyszczoną, nawilżoną i przyjemną w dotyku. Działa jak „kojący kompres”. Co jeszcze? Aha… według opisu dzięki wspaniałej formule, nie podrażnia skóry, nawet tej w okolicach oczu, bo przecież przeznaczony jest do skóry wrażliwej. Oczywiście testowany dermatologicznie, pod kątem okulistycznym, hipoalergiczny i bla bla bla… standardowy bełkot na etykietach drogeryjnych produktów mający skusić potencjalnego klienta do zakupu. Wszystko ładnie pięknie, ale dlaczego nic z zapewnień producenta nie jest prawdą?

Na szczęście nie kupiłam tego produktu sama. Przyjeżdżając w odwiedziny do domu często nie biorę ze sobą wszystkich kosmetyków, tylko korzystam z tych, które kupi moja mama lub siostra. Tak też było i tym razem. Nie wzięłam mojego ulubionego micela z Garnier i sięgnęłam po taki, który leżał akurat na półeczce (jak się później okazało nikt z tego płynu nie korzysta, bo to samo zło :P).

Jakby Wam to najdosadniej opisać? Przy pierwszym użyciu myślałam, że moje oczy zostały wypalone… Zaczęły mnie tak szczypać, że nie wiedziałam co zrobić. Przemywałam wodą do momentu, aż pieczenie ustało. Podniosłam głowę i spojrzałam w lustro. Zobaczyłam parę czerwonych, jak u królika, oczu. W życiu mi się coś takiego nie zdarzyło. Moje oczy są naprawdę wytrzymałe. Żaden produkt mi ich nigdy nie podrażnił, a już na pewno nie doprowadził do takiego stanu! Chyba nie muszę pisać, że zupełnie nie poradził sobie w makijażem oczu. Tusz tylko delikatnie zmyty, kreska zrobiona eyelinerem w słoiczku z Maybelline nie zeszła. Żeby głęboka czerń ustąpiła, musiałam trzeć i to mocno… Tragedia! 

Następnego dnia postanowiłam zaryzykować i spróbować drugi raz. I co? Dokładnie to samo!! Kulminacja mojej złości nastąpiła w Sylwestra, kiedy zmęczona po imprezie wróciłam do domu i zdesperowana znów zorientowałam się, że nie mam nic innego do zmycia makijażu, jak tylko ten płyn. Zmęczenie i wzywające mnie łóżko wygrało i po raz trzeci (i ostatni) sięgnęłam po ten produkt. To była najgorsza decyzja w moim życiu… Oczy szczypały tak bardzo, że płukałam je chyba z 10 razy wodą. Później były przekrwione jak nigdy i zostały takie, aż do rana. 

Jeśli chodzi o makijaż twarzy, to właśnie w Sylwestra spróbowałam dać mu kolejną szansę i wypróbować go właśnie do tego. Zupełnie nie poradził sobie w podkładem 123 Perfect od Bourjois. Zawiódł na całej linii.

Podsumowując i kończąc wybuch złości spowodowany tym płynem, przestrzegam Was przed nim! Nigdy, żaden produkt nie podrażnił tak moich oczu. Żaden! A podkreślam, że są one naprawdę wytrzymałe. Z podkulonym ogonem wróciłam do różowego Garniera. Chociaż jak widzieliście na Instagramie lub na Facebooku parę dni temu użyłam po raz pierwszy lipowego płynu micelarnego z Sylveco i jestem zachwycona! Może znajdę produkt nawet lepszy od Garniera? Nie wiem, ale na pewno ostrzegam Wam przed niebieską buteleczką z niebezpiecznym płynem z Ziaji :P. Ciekawa jestem, czy jeszcze ktoś ma takie same odczucia jak ja… Napiszcie mi koniecznie!

BuziakI:*

już spokojna HIGHEELS

Kosmetyczne buble, buble i jeszcze raz buble!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj będzie duuuużo narzekania. Ale co tam, czasem można :P. Od czasu do czasu trafiają mi się kosmetyki, które absolutnie się u mnie nie sprawdzają. Mimo tego staram się zużyć je do końca, bo taką mam zasadę- „nic nie może się zmarnować”. No chyba że powodują u mnie podrażnienia, oczywiście. Ostatnimi czasy zebrało się u mnie aż 6 kosmetyków bubli. Niektóre pielęgnacyjne, niektóre do włosów, a nawet kolorówka! A więc, bez zbędnego przeciągania, zaczynamy!

image

image

1. Isana Med Korperlotion.

Jest to balsam a raczej emulsja do ciała do bardzo suchej i szorstkiej skóry z mocznikiem 10%. Szukałam na szybko jakiegoś balsamu, a widząc, że ten akurat dziewczyny polecają, postanowiłam spróbować. Booooże jak ja się zawiodłam. Nie dość, że śmierdzi jakoś dziwnie, to konsystencja jest na tyle tępa, że nie da się go normalnie rozprowadzić! Trzeba się nieźle narobić, żeby równomiernie rozsmarować kosmetyk. Mało tego! On się w ogóle nie wchłaniał. Po aplikacji miałam uczucie, że coś lepkiego i ciężkiego oblepiło moją skórę. FUUUUJ! Jeśli chodzi o działanie to nie było rewelacyjne… A musiałoby być ponadprzeciętne, żeby wynagrodzić cierpienia aplikacji. Nienawidzę, kiedy kładę się spać, a nogi kleją się do siebie. Okropność. Nie polecam najgorszemu wrogowi :P.

2. Biały Jeleń- odżywka do włosów z czystą bawełną i proteinami pszenicy.

Ostatni bubel to odżywka z firmy Biały Jeleń. Kupiłam ją w zestawie z szamponem, który pojawił się w którymś denku. Zachęcający opis, niska cena i nic więcej. Miałam wrażenie, ze dodatkowo obciąża mi włosy. Po zabiegu były napuszone i naprawdę nie wyglądały dobrze. Zużyłam ją do zmiękczania pędzli i go golenia :P.

3. Isana Hair, Birken-Haarwasser (Woda brzozowa).

Ten produkt, pomimo swojej bajecznie niskiej ceny (5/6 zł za 500 ml), nie zrobił zupełnie nic. Beznadziejne opakowanie, które utrudnia aplikacje i wylewa zbyt dużą ilość produktu. Najlepiej przelać do opakowania z atomizerem. Strasznie drażni mnie zapach, który jest dość ciężki i bardzo nachalny. Czuć alkohol, który jest wysoko w składzie. Nic, zupełnie nic nie stało się z moimi włosami. Zero odświeżenia, polepszenia kondycji włosów, no nic. Kompletnie bezużyteczny kosmetyk. Bardzo źle zainwestowane 5 zł. 

image

4. Maybelline, Eye Studio, Master Precise Liquid Eyeliner (Master Drama)- eyeliner w pisaku.

Może nie jest to totalny bubel, ale na pewno nie jest to dobry i godny polecenia produkt. Aplikacja niby łatwa, ale jednak wolę eyelinery z pędzelkiem, jakos łatwiej mi zrobić cienką, delikatną kreskę. Niestety nie był dostatecznie czarny. Musiałam nałożyć kilka warstw, żeby kolor byl faktycznie ciemny. W końcu po nałożeniu kreska nie była matowa. Jakby delikatnie połyskiwała, co mnie strasznie wkurzało, bo wyglądało jak jakiś tani, beznadziejny produkt. Nie jest to co prawda wodoodporny eyeliner, ale też bez przesady! Nie może tak być, że kreska rozmazuje się przy najmniejszym kontakcie z wilgocią! Nie dość tego, trwałość to rzeczownik, który zdecydowanie nie powinien być wiązany z tym kosmetykiem. Pod koniec dnia jaskółka była rozmazana, a kreska wyglądała baaardzo źle. Dośc szybko też mi się skończył. Nie przypadł mi do gustu i zdecydowanie wolę eyeliner z Eveline , o którym pisałam Wam w Ulubieńcach.

5. Carmex Mint.

Generalnie bardzo lubię Carmex w słoiczku. Jest on niezastąpiony w zimę, kiedy moje usta wołają o pomstę do nieba. Myślałam, że wersja miętowa też będzie godna polecenia, ale niestety nie. Po pierwsze zapach, który był nie do zniesienia. Był tak mocny i męczący, że nie mogłam go w ogóle przez jakiś czas używać. W końcu nie dałam rady i wyrzuciłam końcówkę. Nie nawilżał tak dobrze jak wesja w słoiczku. Miałam nawet wrażenie, że od czasu do czasu wysuszał usta. Koniec końców wracam z podkulonym ogonek do słoiczkowego, oryginalnego Carmexu.

6. Peeling do ciała Kropla zdrowia. 

Pisałam Wam o maśle do ciała z tej samej serii, które niezbyt mnie zachwyciło. Tak samo zachował się peeling. Zapach nawet fajny, taki jak balsam. Ale drobinki po nałożeniu na ciało i krótkim masażu znikały. Po prostu się rozpuszczały. Nie zdążyłam nawet dobrze się wymasować. Oprócz tego, tak jak masło, ten peeling miał drobinki! Jak ja nienawidzę złotych, błyszczących drobinek! Po peelingu dwa razy się myłam, żeby upewnić się, że żaden złoty akcent nie został na mojej skórze. Zdecydowanie wolę peeling kawowy i to taki, który robię sama w domu. Jeśli przegapiłyście ten wpis, zapraszam TU.

To już koniec narzekania na dziś. Miejmy nadzieję, że buble będą trafiały się coraz rzadziej. A Wy ostatnio trafiłyście na jakiś beznadziejny produkt?

Buziaki:*

HIGHEELS

Ulubiony sposób na podkreślenie brwi by Higheels!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Jak dobrze wiecie z brwiami u mnie kiepsko. Najwyraźniej jest jakiś gen, który za to odpowiada, a ja go nie posiadam :P. Henna brwi plus dodatkowe podkreślanie to moja codzienność. Pamiętajcie, że brwi to rama twarzy i bez tego ani rusz! Od jakiś już dwóch lat namiętnie korzystam z jednego produktu, który chciałabym Wam dzisiaj gorąco polecić!

image

Catrice, Eye Brow Stylist– to woskowe kredki do brwi ze szczoteczką, które skradły moje serce. Nie powiem, czasem lubię pobawić się i wypełnić brwi cieniami, ale kredką robi się to znacznie szybciej i prościej. A jako że rano nie ma czasu na nic, kredka zawsze wygrywa. Kredka dostępna jest w 3 kolorach: 010 Blond But Brow’d, 020 Date with Ash’ton, 030 Brow-n-eyed Peas. Ja w lato, kiedy włosy mam zdecydowanie jaśniejsze stawiam na 020, a w zimę, kiedy mocno ciemnieją wybieram 030. 

image

Kredka nie jest zbyt miękka, ani zbyt twarda. Ma idealną konsystencję. Nienawidzę, kiedy kredka jest zbyt miękka, bo pół produktu zostaje nam na włoskach. Tutaj takiego problemu nie ma. Nie jest też tępa, a za to bardzo dobrze napigmentowana, także makijaż brwi zajmuje dosłownie chwilkę. Bez problemu możemy nią wyrysować kształt brwi, taki jaki tylko chcemy.

image
(po lewej 020, po prawej 030)

Nie łamie się. Spadła mi na ziemię jakieś sto razy i nic się z nią nie stało. Nawet wtedy kiedy ją się trochę zbyt mocno naostrzy, nie złamie się. Jej olbrzymim atutem jest wydajność. Właśnie teraz zużyłam kredkę, którą kupiłam ponad rok temu. Starczyła mi na ponad rok prawie codziennego używania. „Prawie”, bo czasem używałam sypkich cieni lub Color Tatoo z Maybelline. Nie trzeba jej codziennie ostrzyć. Ba, ostrzę ją naprawdę rzadko. Może raz na dwa tygodnie. Na dodatek kosztuje w Naturze chyba 11,49 zł. Czego chcieć więcej?!

Utrzymuje się na brwiach cały dzień! Nie ważne czy upał, czy mróz. Zawsze utrwalam ją jakimś żelem do brwi na wszelki wypadek i nigdy się nie zawiodłam. Moim zdaniem przewyższa jakością większość drogeryjnych kredek dostępnych na rynku. Super rozwiązaniem jest szczoteczka z drugiej strony kredki. Nie jest to szczoteczka, która jak w większości produktów nie służy do niczego i po prostu ją wywalamy. Jest genialna! Z łatwością wyczesuje nadmiar produktu. Można ją też spokojnie umyć, kiedy zbyt mocno się zabrudzi.

Wiem, że niektórzy narzekają na ubogą gamę kolorystyczną, ale u mnie akurat dopasowuje się idealnie! Nie jestem w stanie wymyślić nawet jednej wady. Według mnie jest to kredka idealna i spełnia wszystkie moje wymagania. Polecam ją wszystkim i każdemu z osobna! Jest to mój absolutny MUST HAVE.

Buziaki:*

HIGHEELS