Kosmetyczne buble, buble i jeszcze raz buble!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj będzie duuuużo narzekania. Ale co tam, czasem można :P. Od czasu do czasu trafiają mi się kosmetyki, które absolutnie się u mnie nie sprawdzają. Mimo tego staram się zużyć je do końca, bo taką mam zasadę- „nic nie może się zmarnować”. No chyba że powodują u mnie podrażnienia, oczywiście. Ostatnimi czasy zebrało się u mnie aż 6 kosmetyków bubli. Niektóre pielęgnacyjne, niektóre do włosów, a nawet kolorówka! A więc, bez zbędnego przeciągania, zaczynamy!

image

image

1. Isana Med Korperlotion.

Jest to balsam a raczej emulsja do ciała do bardzo suchej i szorstkiej skóry z mocznikiem 10%. Szukałam na szybko jakiegoś balsamu, a widząc, że ten akurat dziewczyny polecają, postanowiłam spróbować. Booooże jak ja się zawiodłam. Nie dość, że śmierdzi jakoś dziwnie, to konsystencja jest na tyle tępa, że nie da się go normalnie rozprowadzić! Trzeba się nieźle narobić, żeby równomiernie rozsmarować kosmetyk. Mało tego! On się w ogóle nie wchłaniał. Po aplikacji miałam uczucie, że coś lepkiego i ciężkiego oblepiło moją skórę. FUUUUJ! Jeśli chodzi o działanie to nie było rewelacyjne… A musiałoby być ponadprzeciętne, żeby wynagrodzić cierpienia aplikacji. Nienawidzę, kiedy kładę się spać, a nogi kleją się do siebie. Okropność. Nie polecam najgorszemu wrogowi :P.

2. Biały Jeleń- odżywka do włosów z czystą bawełną i proteinami pszenicy.

Ostatni bubel to odżywka z firmy Biały Jeleń. Kupiłam ją w zestawie z szamponem, który pojawił się w którymś denku. Zachęcający opis, niska cena i nic więcej. Miałam wrażenie, ze dodatkowo obciąża mi włosy. Po zabiegu były napuszone i naprawdę nie wyglądały dobrze. Zużyłam ją do zmiękczania pędzli i go golenia :P.

3. Isana Hair, Birken-Haarwasser (Woda brzozowa).

Ten produkt, pomimo swojej bajecznie niskiej ceny (5/6 zł za 500 ml), nie zrobił zupełnie nic. Beznadziejne opakowanie, które utrudnia aplikacje i wylewa zbyt dużą ilość produktu. Najlepiej przelać do opakowania z atomizerem. Strasznie drażni mnie zapach, który jest dość ciężki i bardzo nachalny. Czuć alkohol, który jest wysoko w składzie. Nic, zupełnie nic nie stało się z moimi włosami. Zero odświeżenia, polepszenia kondycji włosów, no nic. Kompletnie bezużyteczny kosmetyk. Bardzo źle zainwestowane 5 zł. 

image

4. Maybelline, Eye Studio, Master Precise Liquid Eyeliner (Master Drama)- eyeliner w pisaku.

Może nie jest to totalny bubel, ale na pewno nie jest to dobry i godny polecenia produkt. Aplikacja niby łatwa, ale jednak wolę eyelinery z pędzelkiem, jakos łatwiej mi zrobić cienką, delikatną kreskę. Niestety nie był dostatecznie czarny. Musiałam nałożyć kilka warstw, żeby kolor byl faktycznie ciemny. W końcu po nałożeniu kreska nie była matowa. Jakby delikatnie połyskiwała, co mnie strasznie wkurzało, bo wyglądało jak jakiś tani, beznadziejny produkt. Nie jest to co prawda wodoodporny eyeliner, ale też bez przesady! Nie może tak być, że kreska rozmazuje się przy najmniejszym kontakcie z wilgocią! Nie dość tego, trwałość to rzeczownik, który zdecydowanie nie powinien być wiązany z tym kosmetykiem. Pod koniec dnia jaskółka była rozmazana, a kreska wyglądała baaardzo źle. Dośc szybko też mi się skończył. Nie przypadł mi do gustu i zdecydowanie wolę eyeliner z Eveline , o którym pisałam Wam w Ulubieńcach.

5. Carmex Mint.

Generalnie bardzo lubię Carmex w słoiczku. Jest on niezastąpiony w zimę, kiedy moje usta wołają o pomstę do nieba. Myślałam, że wersja miętowa też będzie godna polecenia, ale niestety nie. Po pierwsze zapach, który był nie do zniesienia. Był tak mocny i męczący, że nie mogłam go w ogóle przez jakiś czas używać. W końcu nie dałam rady i wyrzuciłam końcówkę. Nie nawilżał tak dobrze jak wesja w słoiczku. Miałam nawet wrażenie, że od czasu do czasu wysuszał usta. Koniec końców wracam z podkulonym ogonek do słoiczkowego, oryginalnego Carmexu.

6. Peeling do ciała Kropla zdrowia. 

Pisałam Wam o maśle do ciała z tej samej serii, które niezbyt mnie zachwyciło. Tak samo zachował się peeling. Zapach nawet fajny, taki jak balsam. Ale drobinki po nałożeniu na ciało i krótkim masażu znikały. Po prostu się rozpuszczały. Nie zdążyłam nawet dobrze się wymasować. Oprócz tego, tak jak masło, ten peeling miał drobinki! Jak ja nienawidzę złotych, błyszczących drobinek! Po peelingu dwa razy się myłam, żeby upewnić się, że żaden złoty akcent nie został na mojej skórze. Zdecydowanie wolę peeling kawowy i to taki, który robię sama w domu. Jeśli przegapiłyście ten wpis, zapraszam TU.

To już koniec narzekania na dziś. Miejmy nadzieję, że buble będą trafiały się coraz rzadziej. A Wy ostatnio trafiłyście na jakiś beznadziejny produkt?

Buziaki:*

HIGHEELS