Maseczka z alg brunatnych- hit czy kit?

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Tak, Higheels zdecydowanie jest uzależniona od maseczek. Nawet tu na wyjeździe mam ich 6, z czego 2 nieotwarte… Nie oceniajcie mnie :P. W każdym razie oczarowana spiruliną, którą nie raz się u mnie pojawiała w Ulubieńcach, postanowiłam spróbować innego rodzaju alg. Wybór padł na algi brunatne ascophyllum nodosum). Są one bogate w składniki odżywcze, sole mineralne, witaminy (m.in. C, E, K) oraz makro i mikroelementy (np. wapń, magnez). Małe pudełko (30 g) na próbę zakupiłam na zrobsobiekrem.pl.

image

Algi mają postać brunatnego proszku. Nie pachną zbyt przyjemnie, ale tak czy tak wydaję mi się, że spirulina pachnie gorzej. Jak już Wam pisałam ostatnio- ja się po prostu przyzwyczajam do zapachu i mi nie przeszkadza. Dla bardziej wrażliwych polecam włożyć sobie kawałki chusteczki w dziurki od nosa :P. 

Jakie działanie mają te algi? Oczywiście odżywiają skórę i dostarczają jej samych dobroci. Oprócz tego nawilżają skórę, ujędrniają, poprawiają koloryt skóry, likwidują trądzik i zmniejszają niedoskonałości. Dodatkowo likwidują przebarwienia i przynoszą ukojenie zmęczonej skórze. Czyli generalnie robią wszystko i nasza skóra po nich powinna być w idealnym stanie. Jak jest naprawdę? Przekonacie się za chwilkę.

image

Jak przygotowuję maseczkę? Wsypuję jakieś dwie łyżeczki proszku do miseczki i dodaję wody. Tak, aby uzyskać idealną konsystencję. Ani zbyt wodnistą, bo po prostu spłynie, ani taką którą nie będziemy w stanie dobrze rozprowadzić. Teraz w zależności od tego, co mam w domu i na co mam ochotę. Ostatnio dodaję parę kropel hydrolatu- oczarowego lub lawendowego. Mam tu też mój olejem marula, a więc dodaję ok. 10 kropel, żeby wzmocnić działanie nawilżające maseczki. Czasem dodaję kroplę lub dwie olejku eterycznego herbacianego, ale to rzadko. Możecie kombinować, jak tylko Wam się podoba :). 

No dobrze przejdźmy do działania. Może jeszcze dodam, że konsystencja maseczki jest zupełnie inna niż na przykład spiruliny. Dość ciężko się ją rozprowadza. Ciężko mi to określić, ale jest taka jakby zbita. Same zobaczycie, jeśli będziecie miały taką okazję. Jak w końcu uda mi się ją jakoś rozprowadzić, trzymam ją na twarzy jakieś 20/25 minut. Zmywa się ją łatwiej niż spirulinę. To na pewno przez jej konsystencję. Efekty? Cera faktycznie nawilżona i może bardziej gładka. Oprócz tego ciężko mi cokolwiek innego wymienić. Może delikatnie walczy z niedoskonałościami i rozpromienia skórę. Ale na pewno nie zauważyłam poprawy kolorytu skóry ani rozjaśnienia przebarwień. Skóra nie jest też bardziej jędrna. Nie likwiduje trądziku. I nie przynosi jakieś specjalnej ulgi skórze. Nie ma takiego wow, jak jest po maseczce ze spiruliny. Nie, nie, nie…a szkoda, bo naprawdę lubię algi. 

Podsumowując, jeśli mam określić, czy jest to hit, czy kit… na pewno nie uznam jej za hit, ale zupełnym kitem też nie jest. W końcu mnie nie podrażniła, ani nie zaszkodziła mojej skórze. Jakieś tam efekty widać, ale zdecydowanie zbyt małe. Może powiem tak ogólnie, że jej nie polecam :P. Jeśli algi, to jak na razie spirulina- to jest dopiero WOW! 

Buziaki:*

HIGHEELS

P.S. Dziewczyny, macie jakieś sposoby na problemy z jelitami? Od paru dni boli mnie brzuch i niestety mój proces trawienia pozostawia wiele do życzenia… Czekam na porady!

Szybkie i skuteczne nawilżenie włosów? Tylko Planeta Organica!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj na tapetę bierzemy nawilżającą maskę do włosów suchych i normalnych Pervoe Reshenie, Planeta Organica z serii Africa z dodatkiem masła mango. Kupiłam ją sobie przed wyjazdem, żeby mieć tu chociaż jedną maskę do włosów. Koniecznie zależało mi na nawilżającej, bo moje włosy mają czasem tendencję do wysuszania się. No dobra, przekonało mnie też mango w składzie, bo jak wiecie uwielbiam zapach mango! Masło do ciała z The Body Shop o zapachu tego właśnie owocu jest moim niekwestionowanym Ulubieńcem! Cena też była jak najbardziej zachęcająca- za 200 ml zapłaciłam ok. 13 zł. Problemem jest niestety dostępność. Znajdziemy ją tylko w drogeriach internetowych z rosyjskimi kosmetykami. Nie dość tego często jest wyprzedana! Trochę się namęczyłam, żeby ją znaleźć… czy była tego warta? Jak najbardziej!

image

Maska ta, tak jak wszystkie kosmetyki z tej firmy, ma bardzo dobry, naturalny skład. Znajdziemy tu organiczne masło mango i olej kokosowy. Masła mango jest bogatym źródłem kwasów tłuszczowych, które mają właściwości odżywcze i wzmacniające. Dodatkowo nawilża włosy i wzmacnia płaszcz hydrolipidowy przez co włosy nie wysuszają się. Niestety zapach mango nie jest nawet w połowie tutaj tak piękny, jak z maśle o ciała z TBS, ale, nie narzekajmy, jest baaardzo przyjemny.

Maska ma dokładnie taką konsystencję, jaką powinny mieć maski do włosów. Nie spływa z włosów, a dobrze się na nich trzyma przy jednoczesnej prostej i szybkiej aplikacji. Nakładam ją zawsze po myciu włosów i zostawiam na czas 15-30 minut. Zawsze nakładam czepek i przykrywam włosy ręcznikiem, aby siedziały sobie w ciepełku i chłonęły odżywcze składniki. Później spłukuje i….? Bez problemu rozczesuję włosy! Maska ta sprawia, że włosów praktycznie nie trzeba jakoś specjalnie rozczesywać, co mnie naprawdę bardzo cieszy. Po wysuszeniu muszę przyznać, że włosy są widocznie bardziej nawilżone. W dotyku są mięciutkie i delikatne. Też tak macie, że lubicie dotykać włosów po jakiś zabiegach? Bo ja mogłabym się po nich gładzić cały dzień :P.

Zdecydowanie na plus dodałabym także to, że włosy są bardziej lśniące. Może nie jak w reklamach szamponów do włosów, ale naprawdę jest to zauważalny efekt. Dodatkowo nie są obciążone, co moje cienkie i delikatne włosy bardzo cieszy. Muszę przyznać, że ta maska zasługuje, z pełną odpowiedzialnością tego co mówię (piszę), na chapeau bas. Za taką cenę naprawdę warto jej spróbować. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest ona w moim osobistym rankingu dobrych i tanich masek do włosów bardzo blisko mojego ukochanego Biovaxu

Aha! Jestem też w szoku, jak bardzo jest wydajna! Używam jej co najmniej raz w tygodniu od dwóch miesięcy i mam jej jeszcze naprawdę sporo. Na pokrycie całych włosów wystarczy bardzo mała ilość. Może dodam jeszcze, że nie puszy moich włosów, co uważam za bardzo duży plus. Faktycznie nawilża włosy i to porządnie, więc jeśli szukacie czegoś co naprawdę pomoże Wam z przesuszonymi włosami, to trafiłyście pod właściwy adres. Polecam spróbować, bo naprawdę warto!

Buziaki:*

HIGHEELS ( z maseczką na twarzy i kubkiem herbaty w ręce)

Evrēe- Instant Help, balsam do ciała- hit czy kit?

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przyjeżdżając tutaj do Florencji zapomniałam na śmierć o balsamie do ciała. Nie chciałam nic kupować, bo jakoś nie mogłam zaufać tym włoskim, poza tym kompletnie nie wiem, co dziewczyny polecają tutaj z kosmetyków! Boooże, ile jeszcze muszę się tu nauczyć :P. Na szczęście z odsieczą przyszedł mi mój narzeczony, który przy okazji odwiedzin przywiózł mi parę kosmetyków z domu, w tym właśnie balsam, który kupiłam przed wyjazdem. Jest to balsam marki Evrēe o nazwie Instant Help. Producent obiecuje natychmiastowy ratunek dla przesuszonej, a nawet popękanej skóry.

Markę Evrēe znam jak na razie tylko z olejku do twarzy Magic Rose, którego ciągle testuję. Zdecydowałam się przetestować coś jeszcze. Wybór padł właśnie na ten balsam. W cenie 19 zł otrzymujemy wielką butlę kosmetyku, bo aż 400 ml! Jeśli chodzi o skład- nie narzekam. Jak wszystkie kosmetyki marki Evrēe jest bardzo dobry. Składnikami aktywnymi jest tu przede wszystkim: masło mango, gliceryna, tlenek cynku, alantonina, masło shea i olej avocado. W składzie faktycznie nie ma olejów mineralnych, barwników, czy parabenów. 

image

Po pierwsze muszę powiedzieć, że moja skóra (w szczególności nóg) była w opłakanym stanie. Była baaaardzo przesuszona. Naprawdę dawno aż tak nie była, więc potrzebowałam jakiegokolwiek ratunku. Opakowanie jak na razie mi się podoba. Łatwo wycisnąć taką ilość balsamu jak chcemy. Nic się nie wylewa, ani nic z tych rzeczy. Konsystencja jest dokładnie taka, jaką lubię. Ani zbyt wodnita, ani zbyt gęsta. Dzięki temu szybko i łatwo rozsmarujemy wszędzie balsam. Bardzo podoba mi się jego zapach. Jest słodki i dość intensywny, ale (jak pewnie już zauważyłyście :P) rzadko jaki zapach mi przeszkadza. Naprawdę toleruję praktycznie większość zapachów. Ten mi się wręcz bardzo podoba, także często nie rozumiem narzekań na zapachy. Musicie mi to wybaczyć :P. 

Po nałożeniu i rozprowadzeniu balsam wchłania się stosunkowo szybko. Na szczęście niezbyt szybko, czego nienawidzę, bo mam wtedy wrażenie, że produkt w ogóle nie zadziałał. Pozostaje na skórze jakiś czas i pozostawia delikatny film, ale naprawdę przyjemny.

Muszę przyznać, że przyniósł mojej skórze niesamowitą ulgę! Od razu poczułam, że nieprzyjemne uczucie ściągniętej skóry znika. Rano skóra była o dziwo nawilżona! W końcu była miękka i gładka! Gołym okiem było widać, że jej stan się poprawił. I to po pierwszym użyciu! Byłam naprawdę w szoku. Teraz stosuję go codziennie od 3 tygodniu i widać zdecydowaną poprawę. Skóra jest nawilżona i nie przesusza się tak szybko, a więc jest to efekt długotrwałego nawilżenia. Co więcej zauważyłam, że drobne zaczerwienienia na rękach, czy nogach poznikały. Uwielbiam jego regeneracyjne działanie. Muszę przyznać, że rzadko zapewnienia producenta co do produktów się spełniają. Tutaj natomiast wszystko jest prawdą! 

Jego kolejnym, niekwestionowanym plusem jest dostępność. Bez problemu dostaniemy go w każdym Rossmannie. Może jest ciut zbyt drogi, ale biorąc pod uwagę stosunek jakości kosmetyku do ceny, to uważam, że tak dobry balsam mógłby kosztować o wiele więcej. Poza tym bardzo często można go znaleźć na przeróżnych promocjach. Nie wspomniałam jeszcze o czymś ważnym! WYDAJNOŚĆ! Nie uwierzycie, jaki on jest wydajny dopóki nie sprawdzicie! Na opakowaniu producent nawet pisze o tym, że wystarczy naprawdę niewielka ilość produktu. I tak jest! Po 3 tygodniach stosowania ledwo czuję zużycie! Na posmarowanie nóg, rąk, brzucha i tyłu pleców zużywam naprawdę niewielką ilość. 

Podsumowując i zachęcają Was do spróbowania (:P) powiem, że jest to najlepszy balsam drogeryjny i nie tylko, jaki kiedykolwiek miałam! Uważam, że jest to absolutny HIT! Marka Evrēe w ogóle ostatnio zaskakuje dobrymi produktami. Czaję się na te nowe kremy do buzi. Szczególnie ten z różą- Magic Rose. Z czystym sumieniem polecam Wam ten balsam. Nie dość, że pod względem pielęgnacyjnym sprawuje się znakomicie, to jeszcze cieszy zmysły przepięknym zapachem!

Buziaki:*

HIGHEELS

Ulubieńcy września i października by Higheels!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Po dokonaniu oględzin mojej kosmetyczki doszłam do wniosku, że najwyższy czas na Ulubieńców! Pokazywałam Wam na Instagramie, że przed wyjazdem zrobiłam całkiem spore zakupy kosmetyczne. Wśród nich odnalazłam naprawdę bardzo dobre produkty. Dziś przedstawię Wam 3 kosmetyki pielęgnacyjne, jeden, a właściwie dwa z kolorówki i jeden zapach, który skradł moje serce. Zaczynamy!

image

image

1. Alterra, emulsja do oczyszczania twarzy z granatem.

Pokazywałam Wam ją ostatnio na Insta. Naprawdę polubiłyśmy się ostatnio. Bardzo delikatnie myje skórę. Nie podrażnia jej i na pewno nie wysusza. Wręcz powiedziałabym, że delikatnie ją nawilża. Ma dość specyficzny zapach, ale mi akurat kojarzy się z jakimiś cukierkami. Tylko kompletnie nie mogę sobie przypomnieć z jakimi :P. Fajnie zmywa pozostałości makijażu, chociaż najczęściej używam go rano po przebudzeniu. Produkt się nie pieni, co akurat dla mnie jest plusem. Wiem wtedy, że skład jest jak najbardziej w porządku. Bez SLSów i tym podobnym. Bardzo podoba mi się opakowanie. Jest bardzo ładne i estetyczne. Dodatkowo jest miękkie, ale naprawdę solidne. Można wylać taką ilość produktu, jaką akurat chcemy. Na pewno kupię ją ponownie, bo świetnie się sprawdza!

2. Resibo, olejek do demakijażu.

Kupiłam go, bo mój ulubiony olejek pomarańczowy z Biochemii Urody się kończył. Niestety jest od niego trochę droższy (49 zł), ale zdecydowanie nadrabia działaniem! Jest idealny do zmywania makijażu metodą OCM! Jest to mieszanka oleju abisyńskiego, manuka, z pestek winogron i witaminy E. Opakowanie zdecydowanie cieszy oko! Cały zestaw (olejek i ściereczka z mikrofibry) przychodzi do nas w tekturowej tubie, co bardzo mnie urzekło. Ja nie używam tej ściereczki, tylko tych małych ręczniczków z Ikei. Muszę powiedzieć, że genialnie zmywa makijaż. Na dodatek skóra jest po nim mięciutka, odżywiona i przede wszystkim nawilżona! Zapewniam, że w ogóle nie jest przetłuszczona. Na dodatek nie potrzebuję nakładać natychmiast kremu nawilżającego. W przypadku olejku z BU musiałam zaraz po demakijażu sięgać po jakiś nawilżacz, bo czułam, że skóra jest ściągnięta. Tu nie ma czegoś takiego. Jest meeeeeeega wydajny. Do zmycia makijażu potrzebuję jednorazowo jednej pompki. Używam go od ponad miesiąca prawie codziennie i z opakowania ubyło może coś ponad pół centymetra. Rewelacja! Coś czuję, że nie jest to ostatni produkt z Resibo, jaki wypróbuję!

3. Sylveco, lekki krem brzozowy na dzień.

Kupiłam go za Waszą namową pod postem na Instagramie, w którym pytałam, jakie kremy na dzień polecacie. Nie zawiodłyście mnie! Naprawdę go lubię. Naturalny skład. Opakowanie z pompką- mega higieniczne, czyli coś co uwielbiam. Ma bardzo lekką konsystencję i szybko się wchłania. Świetnie nadaje się pod makijaż. Delikatnie nawilża buzię w ciągu dnia, a więc spełnia moje oczekiwania. Tak naprawdę od kremu na dzień nie oczekuję nic więcej. Nie zapchał mnie, ani nie podrażnił. Bez wahania mogę powiedzieć, że jest to naprawdę dobry krem w przystępnej cenie. 

image

4. Sylveco, odżywcza pomadka z peelingiem.

Nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Teraz wiem, że jest to zdecydowanie jeden z najlepszych produktów pielęgnacyjnych do ust, jakie kiedykolwiek miałam! Nie dość, że skład super naturalny, to jeszcze rewelacyjnie działa! Drobinki cukru, które ścierają martwy naskórek spisują się genialnie. Nie jest to ani zbyt mocne ścieranie, ani zbyt lekkie. Produkt naprawdę dobrze nawilża usta. Nawet tak wymagające jak moje. Zapach jest według mnie przyjemny, lekko migdałowy. Choć mój narzeczony szczerze go nie znosi :P. Używam jej od ponad miesiąca i ledwo widać zużycie, także na pewno jest też wydajna. Muszę przyznać, że jest to jedno z większych kosmetycznych zaskoczeń, jakie ostatnio odkryłam. Na pewno zagości w mojej kosmetyczne na stałe. Polecam każdemu!

5. Thierry Mugler Alien- próbka.

Minął już jakiś czas, od kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym perfumie, ale jakoś nie bardzo kwapiłam się, żeby go powąchać. Zapomniałam o nim zupełnie. Teraz kiedy mój perfum z Guess już się skończył, przypomniałam sobie o nim. Na szczęście pani w Sephorze była tak miła, że dała mi próbkę i to całkiem dużą, więc starczyła mi na jakiś czas… i? Boooooooże jak to pachnie! Zupełnie nie umiem opisywać zapachów, ale powiem tylko, że jest to najbardziej głęboki, seksowny i pociągający zapach, jaki wąchałam! Muszę koniecznie kupić sobie cały flakonik. Powiedzcie mi, gdzie kupujecie perfumy? Bo w Sephorze w ogóle się nie opłaca!

6. Bourjois Rouge Edition Velvet.

Te trwałe pomadki gościły na moich ustach przez ostatnie dwa miesiące non stop. Uwielbiam je za trwałość i kolory. Najczęściej noszę Ping Pong, ale nie pogardzę również Frambourjois. Kto jeszcze ich nie testował, koniecznie musi to zrobić! Szerzej pisałam o nich TUTAJ.

Kochani, na dzisiaj wystarczy już Ulubieńców. Większość z nich to są naprawdę absolutne hity, które polecam cały sercem. Czekam na Waszych Ulubieńców! Zajrzyjcie koniecznie na Instagram!

Buziaki:*

HIGHEELS

Wielka recenzja maseczek do twarzy Pervoe Reshenie Bania Agafii!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Jak dobrze wiecie jestem maniaczką maseczek do twarzy. Uwielbiam wszelkiego rodzaju papki, które nakładamy na twarz. Nie dość, że mnie to relaksuje, to jeszcze wiem, że moja skóra jest mi za to bardzo wdzięczna. Przed wyjazdem miałam wielki problem z tym, jaką maseczkę ze sobą wziąć. W końcu robiąc przedwyjazdowe zakupy skusiłam się na parę maseczek z popularnej, rosyjskiej marki Pervoe Reshenie Bania Agafii. Wybrałam jedną oczyszczającą, jedną nawilżającą, jedną witaminową i jedną odświeżającą. Dlaczego zdecydowałam się właśnie na te maseczki? Bo wszystkie zawierają są maseczkami naturalnymi! Nie znajdziemy tutaj w składzie żadnych silikonów, parafiny itp. Co więcej, bardzo spodobało mi się opakowanie (100 ml). Idealne na wyjazd! Wystarczy odkręcić, wycisnąć odpowiednią ilość produktu i zakręcić. Poza tym, nie oszukujmy się, opakowania naprawdę cieszą oko, a jednocześnie są bajecznie tanie i wydajne- starczają nawet na 10 zabiegów :). Przejdźmy teraz do poszczególnych masek. 

image

image

1. Ekspresowa maseczka do twarzy odświeżająca. 

To jest maska, która jest idealna przez jakąkolwiek imprezą! Jej zadaniem jest: nawilżenie, tonizacja i regeneracja zmęczonej skóry. A odpowiadają za to takie składniki: ekstrakty organiczne wiązówki błotnej, irysa syberyjskiego i przewrotnika pospolitego oraz MIĘTA, dzięki której maseczka ma przyjemny, odświeżający zapach. Po nałożeniu czuć od razu działanie odświeżające. Lekko mrowi, ale jest to bardzo przyjemne uczucie. Normalnie aż czuć, że maseczka próbuje postawić nasza skórę na nogi. Po zmyciu skóra jest mega świeża i pełna życia. Od razu mówię, że na pewno nie nawilża, ani nie wiadomo jak regeneruje. Po prostu daje solidnego kopa naszej skórze przez co ta wygląda na zdrową i promienną. Bardzo lubię używać jej właśnie przed jakimś wyjściem. A najbardziej wtedy, kiedy skóra jest spuchnięta lub zmęczona. W tej roli spisuje się idealnie. Polecam!
OCENA KOŃCOWA: 5/5 w kategorii „Maseczki odświeżające”

image

2. Fitoaktywna witaminowa maseczka do twarzy „Multinawilżenie”.

Ta maseczka ma za zadanie dogłębnie nawilżyć skórę, wyrównać jej koloryt, odżywić i wspomagać procesy regeneracyjne skóry. Składnikami aktywnymi są tutaj: soki poziomki, dzikiej maliny i jagody kamczatskiej, olej organiczny dzikiej róży i olej rokitnika ałtajskiego. Maska ma malinowy kolor i przepięknie pachnie owocami! Gołym okiem widać malutkie pestki owoców, co zdecydowanie dodaje jej uroku! Po nałożeniu rozgrzewa skórę. Na początku się zdenerwowałam, ale na szczęście tak miało być :P. Dobra, a jak działa? Hmm na pewno nie nawilża dogłębnie. Nawilża, ale bez szału. Na pewno daje kopa witaminowego skórze przez co od razu widać, że jest odżywiona. Skóra jest bardziej miękka i promienna. Nie zauważyłam, żeby przyspieszyła procesy regeneracyjne, ani nic z tych rzeczy. Bardzo łatwo się ją zmywa, tak jakbyśmy zmywały syrop do herbaty z twarzy. Przynajmniej tak mi się wydaję, bo nigdy nie miałam syropu do herbaty na twarzy :P. A więc nie działa ona jakoś spektakularnie, ale bardzo chętnie zużyję ją do końca, bo nakładanie jej na twarz to sama przyjemność! Taki relaks z kisielem owocowym na twarzy :).
OCENA KOŃCOWA: 3/5 w kategorii „Maseczki nawilżająco- odżywiające”

image

3. Maska do twarzy odmładzająca na bazie mleka łosia.

Mleko łosia? TAK! Jest czterokrotnie bardziej odżywcze niż mleko krowy i ma działanie odmładające. Ta maseczka z kolei ma: głęboko nawilżyć, odmłodzić, uelastycznić skórę i wyrównać jej koloryt. Składnikami aktywnymi jest tu: mleko łosia oczywiście, różeniec górski, sachalinska morwa biała, organiczny biały wosk pszczeli. Powiem szczerze, że ta maska wraz z tą odświeżającą wypadają najlepiej w dzisiejszym teście. Pachnie przepięknie- słodko i bardzo smacznie. Rewelacyjnie nawilża skórę! Tu z czystym sumieniem mówię, że jest to dogłębne nawilżenie. Po zmyciu skóra jest napięta, ale miękka jak pupa niemowlaka. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy odmładza, bo niestety nie ma u mnie odmłodzić. Jeśli chodzi o wyrównanie kolorytu, to też nie jestem przekonana. Alee nawilżenie pierwsza klasa! Na pewno kupię ją ponownie, bo sprawdza się świetnie! Polecam!
OCENA KOŃCOWA: 5/5 w kategorii „Maseczki nawilżająco-odżywiające”

image

4. Maska do twarzy oczyszczająca.

Jest to maseczka na bazie niebieskiej glinki, która ma oczyścić, zwęzić pory, zmatowić i zregenerować skórę. W składzie znajdziemy na przykład niebieską glinkę, ekstrakt malwy i wodę bławatkową. Maska ma bardzo przyjemną konsystencję. Bardzo łatwo się ją rozprowadza i jednocześnie nie spływa z twarzy. Ma niebieskawy kolor, ale później zastyga i robi się biała. Nie jestem jakoś szczególnie zachwycona jej działaniem. Oczyszcza, ale bardzo delikatnie. Nie jakoś dogłębnie i dokładnie. Troszkę zwęża pory, ale nie matowi skóry jakoś specjalnie. Po zmyciu skóra jest gładsza, bardziej miękka i trochę oczyszczona, ale tak jak mówię- bez szału. Niestety cudów na twarzy nie robi i nie kupię jej ponownie.
OCENA KOŃCOWA: 3/5 w kategorii „Maseczki oczyszczające”

 I to niestety już wszystkie maseczki, które testowałam w ostatnim czasie z tej firmy. Za taką cenę uważam, że naprawdę warto spróbować. Szczególnie polecam oczywiście odświeżającą i nawilżającą z mlekiem łosia. Bardzo chciałabym przetestować jeszcze maseczkę dziegciową oczyszczającą. Mam wrażenie, że będzie dobra :P. 

Ciekawe, jakie Wy lubicie maseczki tej firmy?

Niektóre maseczki znajdziecie tutaj: www.nocanka.pl

Buziaki:*

HIGHEELS