Odpowiednie nawilżenie skóry przy kuracji La Roche Posay Effaclar DUO!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Muszę podzielić się z Wami tymi dwoma produktami! No muszę po prostu, bo inaczej nie wytrzymam! Tak, dobrze widzicie w tytule. Jest czerwiec, a ja używam kremu z kwasem, dokładniej La Roche Posay Effaclar Duo +. Dlaczego? A no dlatego, że jeszcze jakiś miesiąc, półtora temu moja skóra się strasznie zbuntowała. Nie mam pojęcia dlaczego. Wysypało mnie na całej twarzy. Kompletnie nie mogłam sobie z tym poradzić. Zdesperowana sięgnęłam po ten krem, który już od dawna czekał na przetestowanie. Na razie nie powiem Wam o nim zbyt wiele, ale jedno mogę powiedzieć bez wahania- moja skóra się uspokoiła i zaczęła wyglądać normalnie. Wszystko Wam opiszę za jakiś czas w osobnym poście z recenzją Effaclara. Oczywiście codziennie używam kremu z filtrem i nie wystawiam się na słońce. Wszystko aby uniknąć przebarwień. Nie martwcie się :P.

Chciałam Wam jednak dzisiaj powiedzieć o dwóch produktach, które uratowały moją skórę przed nadmiernym wysuszeniem. Przy kuracji kremem z kwasem należy szczególnie zwracać na to uwagę, bo jak wiadomo kwasy wysuszają skórę. Ja postawiłam na jeden sprawdzony produkt i jeden zupełnie nowy, o którym nie wiedziałam zupełnie nic. Z obydwóch jestem mega zadowolona! Ale do rzeczy!

image

Mowa tu o kremie Garden Rose z Make Me Bio i aktywnym serum nawilżającym z Bielendy

Krem z Make Me Bio miałam już kiedyś i jako że bardzo dobrze się u mnie sprawdził postanowiłam skorzystać z niego ponownie. Po pierwsze uwielbiam jego skład. Pierwsze miejsca w nim to woda, woda różana, woda z pelargonii, olej migdałowy, olej jojoba, olej mango i olej makadamia, czyli doskonała dawka nawilżająco-regenerująca dla skóry! Dalej znajdziemy emulgatory, czyli składniki umożliwiające powstanie emulsji (Glyceryl Monostearate, Cetyl Alcohol, Cetearyl Glucoside), trochę gliceryny, Benzyl Alcohol (składnik który hamuje proces powstawania drobnoustrojów, co w przypadku kremu w słoiczku, pozbawionego parabenów, który trzeba nakładać palcem, jest plusem), kwas dehydrooctowy (konserwant, który jest dopuszczony do użytku przez instytucje certyfikujące kosmetyki naturalne, jako że jest identyczny z naturalnym) i w końcu ekstrakt z róży. Uważam, że skład można jak najbardziej ocenić, jako dobry. Ok, zgadzam się, że obecność Benzyl Alcohol, uważanego jako potencjalny alergen, nie jest najbardziej naturalnym rozwiązaniem, ale pamiętajmy, że jakoś trzeba zabezpieczyć krem przed rozwojem bakterii! Nie dajmy się zwariować! 

Jeśli chodzi o działanie to przyznaję z ręką na sercu, że krem jest rewelacyjny! Mimo obecności wielu olejków szybko się wchłania (nawet bardzo szybko), a więc jest idealny pod makijaż. Jest bardzo wydajny! A ze względu ma brak sztucznych konserwantów trzeba go zużyć w 3 miesiące, także trzeba go używać regularnie. Świetnie nawilża i koi skórę, co w przypadku kuracji kwasami jest bardzo ważne! Zapach. Pachnie dość kwiatowo. Nie jest to mój ulubiony zapach, ale przyzwyczaiłam się. Ładnie regeneruje skórę, zmniejsza zaczerwienienia i sprawia, że skóra się odpręża. Nie pozostawia na buzi wkurzającego filmu, także makijaż trzyma się bez problemu tyle co zawsze. Krem przychodzi do nas w porządnym, wykonanym z brązowego szkła słoiczku, a więc prawidłowo! Nie mogę mu zarzucić absolutnie nic!

image

Aby wzmocnić działanie kremu i jeszcze bardziej nawilżyć skórę, zdecydowałam się na zakup serum z Bielendy, czyli Super Power Mezo Serum- aktywne serum nawilżające Anti-Age. Nie czytałam o nim nic wcześniej, nie widziałam żadnej recenzji, nikt mi go nawet nie polecał. Po prostu spodobało mi się opakowanie, gdy byłam kiedyś w Hebe na zakupach. Serum znajduję się w solidnym szklanym opakowaniu z pipetkę, którą łatwo odmierzyć odpowiednią ilość produktu. Konsystencja jest raczej żelowa. Ni to płynna, ni to zbita. Serum ma przepiękny, świeży zapach. Bardzo mi przypasował. Nakładam zawsze parę kropel na cała buzię i szyję. Kosmetyk wchłania się błyskawicznie i nie pozostawia żadnego, powtarzam żadnego filmu! Tak więc mogę spokojnie nałożyć na niego wcześniej opisany krem i nic mi się na twarzy nie zważy. Jeśli chodzi o skład znajdziemy z nim przede wszystkim sporą zawartość mocno nawilżającego kwasu hialuronowego,peptydy, które pobudzają produkcje kolagenu i kwas mlekowy, który ma również zadanie nawilżyć skórę. 

Mam wrażenie, że serum niesamowicie rozświetliło moją skórę. Oczywiście poziom nawilżenia w połączeniu z kremem zmienił się diametralnie, pomimo regularnego używania kremów z kwasem. Czuć w dotyku, że skóra jest bardziej nawodniona i jędrna. Dodatkowo jest wygładzona i ukojona. Moim zdaniem to serum sprawdzi się przy każdym zabiegu z udziałem kwasów. Pozbyłam się aktualnie suchych skórek na nosie. Obydwa produkty stosuję rano i właśnie to serum szczególnie dobrze spisuje się o 7 rano. Orzeźwia skórę i daje jej energetycznego kopa. Marka Bielenda naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Jakoś wcześniej nie zwracałam na nią uwagi. Teraz zdecydowanie to się zmieni!

Podsumowując, polecam Wam serdecznie te dwa produkty. Stosowane razem działają cuda! Jeśli znacie jakieś dobre kremy nawilżające, koniecznie mi o nich napiszcie! Bardzo chętnie przetestuję coś nowego! A teraz uciekam się pouczyć, bo jutro egzamin z włoskiego.

Buziaki:*

HIGHEELS 

Higheels radzi: Jak doprowadzić włosy do ładu po imprezie?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Pamietacie mój wpis o tym, jak doprowadzić twarz do ładu po imprezie? Jeśli nie, to zapraszam TUTAJ. Znajdziecie tam wszystkie znane mi dobre rady, które sama stosuję. Wpadłam na pomysł, żeby kontynuować tę „serię”, o ile można tak to nazwać i napisać Wam, co robię z włosami po imprezach.

Chodzi mi tu o takie imprezy, na które robię sobie jakąś fryzurę. Czyli raz na rok :P. Nie noo… loki się liczą, a loki robię częściej! Chodzi o to, że czasami wybierając się a różne imprezy, wesela traktujemy włosy lokówką, prostownicą i… toną lakieru. Oczywiście nie ma w tym nic złego, jeśli zdarza się to sporadycznie. Na co dzień nie polecałabym Wam takiej włosowej rutyny, bo możecie nieźle zniszczyć sobie włosy. Trzeba pamiętać, że następnego dnia, po tak mocnej stylizacji włosów zasługują one na regenerację. Co ja robię w takich przypadkach? Podążam tymi paroma, prostymi krokami.

image

1. Nie rozczesuj, jeśli użyłaś tonę lakieru!

Nie wiem jak Wy, ale ja gdy juz zrobię sobie loki, musze użyć dosłownie tony lakieru, żeby utzrymały się one co najmniej przez połowę imprezy. Następnego dnia po przebudzeniu nie ma mowy o bezpiecznym ich rozczesaniu. Przy najmniejszych nawet próbach włosy łamią się lub wypadają. Nie mówiąc o tym, że trzeba się nieźle z nimi naszarpać. Nawet z Tangle Teezerem! Dlatego też najczęściej w ogóle ich nie rozczesuję przed myciem. Uwierzcie mi, nic się nie stanie, a Wasze wlosy gorąco Wam za to podziękują.

2. Umyj.

Ale nie tak normalnie. U mnie w takim sytuacjach sprawdza się znana metoda OMO, czyli Odżywka Mycie Odżywka. Zwilżam włosy i nakładam na nie odżywkę. Najlepiej taką mniej zbitą. Ostatnio sprawdziła się w tej roli maska Biovax lub keratynowa odżywka z Organix. Nie szczędzę jej. Nakładam sporą ilość na długość włosów i masuję i masuję do czasu aż nie poczuję, że są miękkie i się rozplątały. Metoda ta ma jedną podstawową zaletę. Nawilża i chroni nasze włosy przed niekorzystnym wpływem szamponów z SLSami. Chodzi mi tu szczególnie o dodatkowe przesuszenie. Po takiej dawce lakieru przyda nam się to szczególnie bardzo. Później spłukuję odżywkę i myję włosy szamponem. Teraz akurat kończę szampon pszeniczny z Sylveco i ten z masłem shea z Planeta Organica. Używam ich wymiennie. Po spłukaniu szamponu nakładam znowu odżywkę, ale dosłownie na chwilkę, na parę minut. I spłukuję. Suszę je ręcznikiem i nadal ich nie czeszę.

3. Odżywienie i regeneracja, czyli maska.

Teraz nakładam na czyste włosy maskę. Najczęściej sięgam po Biovax lub teraz świeżo otwarty mleczny Kallos. Po nałożeniu w końcu rozczesuję włosy (w końcu!!!). Ostrożnie, żeby ich nie zniszczyć i tak aby kosmetyk równomiernie się rozprowadził. Nakładam czepek i ręcznik i tak chodzę sobie przez pół godzinki w porywach godzinę. Później spłukuję i suszę ręcznikiem. Od razu czuć różnicę. Włosy są nawilżone, odżywione i bardzo mi wdzięczne :P. 

Są to dosłownie 3 podstawowe kroki w pielęgnacji włosów po mocnej stylizacji. Wiem, wiem nie chce się. Tym bardziej po imprezie. Alee serio warto. Włosy są wtedy mięciutkie, nie czuć, że poprzedniego dnia przeżyły swoisty horror. Hej, zasługują na to! Przynajmniej raz na jakiś czas. Polecam te 3 kroki szczególnie osobom z cienkimi i dość słabymi włosami jak moje, które szczególnie nie znoszą takiej ostrej stylizacji.

A Wy jak dbacie o włosy po imprezach?

Buziaki:*

HIGHEELS

Sylveco- lipowy płyn micelarny- HIT czy KIT?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przepraszam Was bardzo za brak nowych postów na blogu. Kompletnie nie miałam do tego głowy i czasu. Skończyłam już egzaminy we Florencji i mam teraz prawie 2 tygodnie wolnego, także chcę je maksymalnie wykorzystać :). Mam nadzieję, że zrozumiecie. Jednak postanowiłam napisać dla Was recenzję jednego z produktów polskiej marki Sylveco, który jak najbardziej się u mnie sprawdził. Chodzi oczywiście o lipowy płyn micelarny

12697008_1089627091089922_2495573598357434077_o

Wiecie, że moim niekwestionowanym ulubieńcem w tej kategorii jest płyn micelarny z Garniera, który pokonał inne płyny w jednym z moich poprzednich postów. Jednak jako że miałam ochotę spróbować czegoś badziej naturalnego zdecydowałam się na polecany przez wiele blogerek płyn właśnie z Sylveco. Moje zdanie co do tej firmy jest podzielone. Niektóre produkty się u mnie sprawdzają, a nie niektóre z kolei są kompletnymi bublami. Jednak powiem od razu, że z tego płynu  jestem naprawdę zadowolona :). 

Najpierw może powiem, że buteleczka zawiera 200 ml produktów i kosztuje ok. 17 zł. Jest to cena odrobinę wyższa od Garniera biorąc pod uwagę stosunek ceny do ilości produktu. Skład jest naprawdę przyzwoity. 

Skład: Woda, Ekstrakt z lipy szerokolistnej, Glukozyd decylowy, Gliceryna, Panthenol, Alantoina, Ekstrakt z aloesu, Kwas mlekowy, Alkohol benzylowy, Kwas dehydrooctowy.

Co o płynie mówi producent?

Wyjątkowo delikatny i jednocześnie skuteczny, hypoalergiczny preparat, który dokładnie oczyszcza skórę. Zawiera ekstrakt z kwiatów lipy szerokolistnej, który wykazuje działanie nawilżające i osłaniające, zwiększa elastyczność i sprężystość oraz odporność skóry na utratę wody. Ponadto wyciąg ten polecany jest w pielęgnacji oczu, łagodzi podrażnienia i koi zaczerwienioną skórę. Delikatny składnik myjący pozwala łatwo usunąć nawet intensywny i wodoodporny makijaż. Po zastosowaniu kosmetyku skóra pozostaje gładka, czysta i świeża.

Co myśli Higheels:

Uważam, że jest to naprawdę dobry płyn micelarny! Myślałam, że już o żadnym tak nie powiem. Dobrze zmywa makijaż. I to nie tylko oczy, ale z racji fajnego składu używam go też do zmywania makijażu twarzy. Fakt faktem oczy trzeba troszkę dłużej pocierać niż w przypadku Garniera, ale naprawdę jest to nieduża różnica. Dodatkowo nie podrażnia oczu! Nie pieką, nie bolą, nie łzawią. Jest naprawdę delikatny. Myślę, że naprawdę nie powinien nikogo podrażnić. Po demakijażu skóra wokół oczu, jak i cała twarz nie jest wysuszona. Nie trzeba na gwałt nakładać kremu nawilżającego. Mam wrażenie, że skóra jest też bardziej odżywiona i wypielęgnowana. Fajne jest też to, że płyn delikatnie koi i uspokaja skórę. Dzięki niemu jakieś mniejsze podrażnienia szybciej się goją. Po demakijażu nie pozostawia jakieś lepiącej albo nieprzyjemnej powłoki, czego nienawidzę. Jak na razie używam go od miesiąca i zużycie nie jest wielkie, także z powodzeniem mogę stwierdzić, że jest to wydajny produkt.

Jedyne co mi w nim nie przeszkadza, bo to zbyt wielkie słowo, ale może irytuje, to zapach. Nie jest chemiczny, ani sztuczny, ale jest jakiś taki dziwny. Tak jak praktycznie większość kosmetyków Sylveco jest on dość charakterystyczny. Na szczęście jest na tyle delikatny, że bez problemu można się przyzwyczaić. 

Podsumowując, polecam Wam serdecznie ten płyn! Mimo tego, że uważam że Garnier jest odrobinkę lepszy, Sylveco zostawia go w tyle jeśli chodzi o skład. Także wszystkim maniaczkom naturalnej pielęgnacji polecam chociażby go wypróbować. Uważam, że jest to jeden z lepszych kosmetyków tej marki. Myślę, że jak mi się skończy, to w niedalekiej przyszłości ponownie go kupię.

Buziaki:*

HIGHEELS

7 włosowych trików, które sprawią, że włosy będą piękniejsze!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi małymi sposobami, dzięki którym włosy są zdrowsze i lepiej wyglądają. Są to takie małe kroczki, które po kolei wdrożyłam do mojej pielęgnacji i widzę zdecydowaną poprawę kondycji moich włosów. A niestety włosów mam mało, są cienkie i trzeba o nie bardzo dbać, jeśli chce się mieć je długie (czyt. ja). Ok, zaczynamy :).

Zdjęcie 25.06.2015, 13 20 39
(Czy ktoś używał tego szamponu? Bo ja od dzisiaj zaczynam :P)

 

1. Czepek.

Nawet nie wiecie ile może zdziałać głupi foliowy czepek nakładany na włosy pokryte odżywką, maską lub czymkolwiek, co ma za zadania je odżywić. Zatrzymuje ciepło podczas zabiegu przez co otwiera łuski włosów i produkty wchłaniają się szybciej i lepiej. Niby nic, a jednak działa! Teraz każdą maskę, nawet taką piętnastominutową, nakrywam czepkiem i dodatkowo owijam ręcznikiem. Efekty nadchodzą o wiele szybciej i są, moim zdaniem, bardziej widoczne. 

2.Spanie w warkoczu.

Śpiąc w rozpuszczonych włosach narażamy się na ciągłe ich szarpanie, ocieranie lub nawet wyrywanie. Może się to skończyć połamanymi włosami lub nawet rozdwojonymi końcówkami. Najlepiej spinać włosy w luźny warkoczyk lub kitkę. Pamiętajmy, że „luźny” jest tu kluczowym słowem! Najlepiej też nie kłaść się spać w mokrych włosach, tylko chociażby delikatnie je podsuszyć.

3. Suszenie od góry.

Najlepiej suszyć włosy od nasady do doły, ponieważ łuski włosów po myciu są pootwierane i susząc je w odwrotny sposób, np. kiedy mamy głowę w dole, możemy spowodować, że włosy będą się szybciej niszczyć i rozdwajać. Sama bardzo długi czas suszyłam włosy z głową w dole, aby dodać im objętości i oczywiście robiłam to źle, zmieniając kierunek suszenia. Na wszelki wypadek postanowiłam zrezygnować z tej metody :P. Jeśli chodzi o suszenie, to warto pamiętać, żeby nie wybierać gorącego lub zimnego powietrza, tylko raczej letnie. Włosy, a szczególnie cebulki nie lubią się przegrzewać.

4. Czesanie w odpowiedni sposób.

Pamiętajmy, że mokre włosy są mega podatne na zniszczenia! Najlepiej albo w ogóle ich nie czesać lub zrobić to bardzo ostrożnie dobrą szczotką. Oczywiście bez szarpania i ciągnięcia, bo inaczej rozdwojone końcówki i połamane włosy staną się naszą codziennością! Jeśli chodzi o szczotkę u mnie niezmiennie Tangle Teezer. Uwielbiam ją! Jako jedyna szczotka nie ciągnie mnie i pozostawia włosy widocznie ładniejsze. Pełną jej recenzję znajdziecie TU!

5. Nie wycierać włosów ręcznikiem.

Jak byłam młodsza bardzo często wycierałam włosy ręcznikiem, pocierając je lub (O ZGROZO) nakładając ręcznik na obydwie dłonie, wkładając pomiędzy włosy i pocierając. Tragedia. Włosy napuszone, zniszczone, rozdwojone. Fuuu. Pamiętajmy, że mokre włosy są bardzo narażone na uszkodzenia mechaniczne! Kiedy pocieramy mokry włos o włos, otwarte łuski haczą się o siebie i rozrywają się nawzajem. Teraz nakładam ręcznik tylko po to, żeby odsączyć nadmiar wody. Nie pocieram, nie wyciskam i moje włosy mi za to bardzo dziękują. Niby nic, a jednak działa. 

6. Myć włosy w chłodnej wodzie.

Zdecydowanie warto myć włosy w letniej wodzie, a nie w gorącej. Gorąca woda może przesuszyć skórę głowy i wzmagać prace gruczołów łojowych. Przez co, włosy będą się szybciej przetłuszczać. Wybierajmy więc letnią wodę do mycia, a do spłukiwania? Najlepiej chłodną. Dlaczego? Żeby domknąć łuski włosa, Włosy będą wyglądały o wiele lepiej. Uwierzcie mi na słowo ;).

7. Nakładać szampon najpierw na rękę.

Najlepiej nałożyć szampon najpierw na rękę, połączyć go z wodą i dopiero nałożyć na głowę. Po pierwsze dzięki temu zużywamy mniej kosmetyku, przez co szampon będzie bardziej wydajny. Po drugie włosy nie dostają nadmiernej ilości szamponu, a skóra głowy na tym nie ucierpi.

To są właśnie moje małe sposoby na ładniejsze włosy. Są to małe kroczki, ale gwarantuję Wam, że za jakiś czas zobaczycie efekty. Podzielcie się swoimi metodami na piękne włosy!

Buziaki:*

HIGHEELS

Higheels radzi: Jak szybko i skutecznie nawilżyć skórę?

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Czy Wam też się czasem zdarza, że jakiś kosmetyk wysuszy Wam skórę i nie możecie sobie potem z nią poradzić? Suche skórki na nosie, źle wyglądający podkład? Otóż mi się zdarza i nareszcie odkryłam coś, co w ciągu 3/4 dni sobie z tym radzi! 

Pamiętajmy, że to że nasza skóra się świeci w ciągu dnia, wcale nie musi oznaczać, że jest z natury tłusta. Często dziewczyny, widząc że buzia się świeci, sięgają po podkłady matujące, bazy, pudry itp. Skóra wysuszona musi sobie jakoś poradzić sama i produkuje wtedy dużą ilość sebum, żeby naturalnie się nawilżyć. Nakładając coraz większą ilość produktów matujących dodatkowo jej szkodzimy, przesuszając ją jeszcze bardziej. Błędne koło. Dlaczego o tym piszę? Bo sama kiedyś popełniałam taki błąd. Obsesyjnie sprawdzałam, czy skóra się świeci i załamana dokładałam pudru matującego. W końcu przeczytałam gdzieś o tym, że moja skóra może być po prostu przesuszona i zaczęłam zwracać na to uwagę. I? Jak mogłam być taka głupia?! Wystarczyło porządnie ją nawilżyć i (CUD) przestała się świecić!

Stosowałam różne kremy/maseczki, ale nic tak szybko i skutecznie nie nawilżyło mojej skóry jak nawilżające, kapsułki pielęgnacyjne z Rival de Loop z witaminą E i wyciągiem z miłorzębu japońskiego, który chroni naszą skórę przez negatywnym wpływem wolnych rodników. Produkt nie zawiera barwników, czy parabenów. W zestawie mamy 7 kapsułek, za które płacimy w Rossmannie ok. 8 zł. Jedna kapsułko-rybka (tak je nazywam :P) starcza na jedno użycie, czyli kuracja ma trwać 7 dni. Jednak u mnie wystarczyły 3, maksymalnie 4 dni. W środku znajdujemy olejek o specyficznym, ale według mnie, fajnym zapachu. Ucinamy główkę naszej rybce i rozprowadzamy produkt na twarzy i na szyi. Dość opornie się go aplikuje ze względu na gęstość. Najlepiej nałożyć go wieczorem, bo jest dość tłusty i nie wchłania się szybko. 

Zdjęcie 31.03.2015, 20 35 06

Przejdźmy do najważniejszego, czyli DZIAŁANIE. Zaraz po nałożeniu moja skóra czuje ulgę. Zapach się ulatnia, a więc jeśli komuś nie będzie pasował nie ma co się przejmować :). Jednak najlepsze efekty widać po nocy. Otóż budzimy się rano i buźka jest gładziutka, nawilżona i nawodniona, miękka w dotyku, delikatna. Po trzech dniach stosowania efekt się wzmacnia i znikają u mnie wszystkie problemy! Żadnych suchych skórek. Nie ma suchych miejsc na twarzy. Makijaż od razu lepiej się trzyma. Skóra się nie błyszczy i jest super elastyczna. „Rybki” w ogóle mnie nie podrażniły, ani nie zapchały porów. Jestem z nich meeeeega zadowolona! Stosowałam je 4 dni i przestałam, bo byłam w 100% zadowolona z efektów. Teraz używam je tylko wtedy, kiedy mam potrzebę. Dodatkowymi plusami są: cena, dostępność i bajer polegający na nietypowym opakowaniu! Tak, zwracam na to uwagę, chyba jak większość kobiet :P. 

Podsumowując, „rybki” z Rival de Loop są moimi absolutnymi ulubieńcami! Właśnie kupiłam drugie opakowanie i będzie czekało na sytuację awaryjną. Spróbujcie koniecznie! Myślę, że warto, biorąc pod uwagę cenę. Dzisiaj żegnam się już z Wami i zapraszam na mojego Instagrama, gdzie bardzo dużo się dzieje!

Buziaki:*

HIGHEELS