Serum i krem na dzień z YASE- recenzja by Higheels!

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przyszedł czas na porządną recenzję kosmetyków do twarzy firmy YASE! Od trzech miesięcy stosuję serum z czynnym ekstraktem z rodochrozytu i krem na dzień z czynnym ekstraktem z hematytu każdego dnia, więc najwyższy czas, aby wypowiedzieć się w kwestii ich działania. Najpierw jednak chciałabym Wam przedstawić tę mało znaną (jeszcze!) firmę i przybliżyć Wam ich filozofię.

Firma YASE to polska firma, która przez ostatnie 7 lat zajmowała się wnikliwymi badaniami nad swoimi kosmetykami, aby w końcu stworzyć produkty całkowicie naturalne! Tak, wiem, wszędzie obecnie stykamy się ze słowem „naturalne” jeśli chodzi o kosmetyki. Tylko, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jest to słowo w dużej mierze nadużywane i często mijające się z prawdą. Marka YASE udowodniła jednak, że „naturalne” może faktycznie oznaczać wolne od silikonów, sztucznych barwników, sztucznych konserwantów itp. Każdy składnik ich kosmetyków jest starannie przemyślany i dlatego też w ich ofercie znajdziemy raptem 3 kosmetyki dla kobiet 2 dla mężczyzn. Oznacza to, że firma nie stawia na masową produkcję, tylko przede wszystkim na jakość. Z racji braku konserwantów kosmetyki YASE ważne są 3 miesiące od otwarcia i należy je trzymać w lodówce.

Dzięki uprzejmości YASE, miałam okazję przetestować serum z ekstraktem z rodochrozytu i krem na dzień z ekstraktem z hematytu. Tak, mi też te nazwy absolutnie nic nie mówiły, ale oznacza to że składniki są nieszablonowe i oryginalne. Warto dodać, że kosmetyki YASE są robione na świeżo, także 3 miesiące ważności odmierzamy dokładnie od momentu otrzymania paczki. Obydwa produkty są zamknięte w szczelnym, solidnym opakowaniu z pompką. Czyli dokładnie takie, jakie lubię najbardziej. Możemy wycisnąć taką ilość produktu jaką chcemy, nic się nie zmarnuje, a do środka nie dostają się bakterie. 

img_5257

Serum do twarzy przede wszystkim odświeżać, pobudzać i regenerować skórę. I tak faktycznie jest! Ma lekką żelową konsystencję, która wyciągnięta z lodówki daje niezłego kopa skórze. Spisuje się zarówno jako serum na dzień po krem, jak i na noc, bo wchłania się błyskawicznie i współpracuje z każdym następnym kremem jaki nakładamy. Jest to kosmetyk pochodzenia roślinno-minearalnego. Ekstrakt z rodochrozytu stymuluje syntezę kolagenu odżywia skórę, która staję się bardziej napięta i wygładzona. Dodatkowo rodochrozyt, dzięki zawartości managnu działa antystresowo! Tak więc coś dla wszystkich bardzo zestresowanych!  Nie mogę nie zgodzić się z opisem producenta. Serum faktycznie działa rewelacyjnie! Odświeżenie i napięcie można poczuć błyskawicznie po jego aplikacji! Dzięki zawartości antyoksydantów zapobiegamy powstawaniu zmarszczek. Jeśli chodzi o minerały, to w składzie znajdziemy na przykład miedź, która wykazuje działanie detoksykacyjne. Serum też doskonale chroni skórę przed działaniem zewnętrznych czynników utleniających. Jestem niesamowicie zadowolona z tego produktu. Jest to jedno z lepszych serum jakie kiedykolwiek miałam. Kondycja mojej skóry faktycznie znacznie się poprawiła. Kiedy jeszcze było ciepło na dworze lekka konsystencja i delikatny miętowy zapach spisywały się idealnie! Rzeczywiście skóra bardziej się wygładziła i uelastyczniła. Jak dla mnie wielki Ulubieniec! I to przyjemne odświeżenie na twarzy… mmmm <3!

Skład serum: Aqua, Glycerin, Rhodochrosite Extract, Panthenol, Cyamopsis, Tetragonoloba (guar) Gum, Tocopheryl Acetate, Ginkgo Bbiloba Leaf Extract, Coffea Arabica Seed Extract, Gluconolactone, Mentha Viridis (Spearmint) Leaf Oil, Limonene.

Krem do twarzy to również mieszanka cennych minerałów i starannie wyselekcjonowanych składników botanicznych. Krem zawiera w składzie ciekłe kryształy, dzięki którym minerały, witaminy i reszta dobroci zawarta w składzie dociera nawet do najgłębszych warstw skóry. Zawartość olejków między innymi arganowego i jojoba dostarcza skórze niezbędnych witamin: A, E, F, B5, H, K, PP. Krem zapobiega utracie wody z organizmu, dzięki czemu znacznie wzrasta nawilżenie skóry. Ja dzięki niemu pożegnałam suche skórki i suchą skórę na czole! Producent obiecuję wzrost elastyczności i napięcia skóry. Takie działanie również zauważyłam, ale nie jestem pewna czy to sprawka kremu, czy też raczej serum. W każdym razie któreś z tych dwóch :P. Hematyt to kompleks minerałów z dużą zawartością żelaza, który wykazuję działanie przeciwstarzeniowe. Krem tworzy delikatną barierę chroniącą skórę przed czynnikami zewnętrznymi. Dodatkowo zawiera naturalny filtr przeciwsłoneczny, który chroni skórę przed szkodliwym promieniowaniem UVA i UVB. To co zauważyłam od razu to faktyczny wzrost poziomu nawilżenia skóry i poprawa jej kolorytu. Krem ma również lekką konsystencję, która szybko się wchłania. Ma dość delikatny, ale dziwny zapach, który z niczym mi się nie kojarzy. Spokojnie, można się przyzwyczaić, a fakt że nie pachnie sztucznie oznacza brak w składzie sztucznych składników zapachowych. Powiem szczerze, że jestem z niego bardzo zadowolona, chociaż nie powalił mnie na kolana tak jak serum. Nie mniej jednak z czystym sumieniem mogę Wam go polecić. 

Skład kremu: Aqua, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Simmondisa (Chinensis) Jojoba Seed Oil, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Hematite Extract, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Gluconolactone, Sodium Benzoate. 

Obydwa produkty są ukryte w buteleczce o zawartości 30 ml. Są niesamowicie wydajne! Spokojnie starczą na te 3 miesiące, nie ma się co martwić. Obydwa produkty kosztują po 249 zł. Zdaję sobie sprawę, że jest to sporo i nie każdy może sobie pozwolić na taki wydatek. Jednak za takie unikalne składniki trzeba niestety odpowiednio zapłacić. Pamiętajmy, że w tym przypadku cena idzie w parze również z jakością i działaniem. Z czystym sercem mogę Wam polecić kosmetyki tej marki. Żaden z nich mnie nie zapchał, ani nie podrażnił. Działają genialnie! Jestem pewna, że do serum na pewno kiedyś wrócę, bo jest to absolutna rewelacja! Jestem niesamowicie dumna, że takie genialne kosmetyki są produkowane w Polsce! Obydwa produkty możecie dostać TUTAJ. 

Czy ktoś z Was już je testował?

Buziaki:*

HIGHEELS

Przedłużanie rzęs metodą objętościową- moje wrażenia!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dobrze wiecie, że moje naturalne rzęsy nie należą do najdłuższych i najgęstszych. Zawsze chciałam móc pochwalić się pięknym, zalotnym spojrzeniem znad firanki rzęs. Niestety nigdy mi się to nie udało. Ok raz czy dwa przykleiłam sobie sztuczne, ale nie bardzo mi się to podobało :P. Od dłuższego czasu myślałam nad przedłużeniem rzęs metodą wolumetryczną. Bałam się jednak komukolwiek zaufać. Niedoświadczone dziewczyny bez kursów, ciężkie rzęsy złej jakości, nieestetyczne salony, brak zachowania odpowiednich warunków higienicznych- to wszystko oddalało mnie od zrobienia sobie rzęs. W końcu, zupełnym przypadkiem, podjęłam współpracę z salonem LUSH BAR w Poznaniu i… nie mogłam trafić lepiej! Zapytana o to, jaki zabieg mnie interesuje, od razu powiedziałam, że rzęsy! No i tak dosłownie po paru dniach mogę cieszyć się efektem dokładnie takim, jaki sobie wymarzyłam. Ale może najpierw od początku.

Co to jest ten Lush Bar? A więc jest to bardzo schludny i przyjemny salon urody, który znajduję się w Poznaniu na ulicy Chartowej 27 (swoją drogą ciche, spokojne miejsce, idealne, żeby się zrelaksować!). Prowadzą go bardzo kompetentne, przemiłe dziewczyny, które ukończyły odpowiednie kursy i są w 100% przygotowane, żeby zrobić nam paznokcie, rzęsy, brwi, woskowanie, a nawet… nitkowanie (o którym opowiem Wam w osobnym poście). Salon jest bardzo przytulny i pięknie urządzony. Dziewczyny zrobiły go dosłowne własnymi rękoma! Jest bardzo schludny, czyściutki, estetyczny, trafia każdym szczegółem w mój styl. Zostałam umówiona na poniedziałek na godzinę 17. Weszłam do salonu i zostałam przywitana przez przemiłą Edytę, która to właśnie wykonywała mi zabieg przedłużania rzęs. Jako że kompletnie się na tym nie znałam, Edyta wytłumaczyła mi co i jak, co mogę robić, czego nie mogę robić z nowymi rzęsami, że istnieje ryzyko wystąpienia uczulenia i co najważniejsze dobrała mi ich odpowiednią długość. Będąc kompletnym laikiem w tej kwestii, nie potrafiłam powiedzieć nic. Tylko to, że zależy mi na naturalnym efekcie. Chcę wydłużyć i zagęścić rzęsy, ale nie daj Boże nie mogą wyglądać sztucznie i nie mogą być zbyt ciężkie i rzucające się w oczy. Edyta dokładnie wiedziała, co będzie dla mnie najlepsze.

Wybrałyśmy metodę objętościową (Russian Lash), która polega na przyklejeniu kępek rzęs składających się z 2 d- 8 włosków do pojedynczej, naturalnej rzęsy. Kępki są stworzone z delikatnych, cieniutkich rzęs (wiem, bo mogłam je pomacać przed nałożeniem :P), którą są wykonane z włosia syntetycznego zmieszanego z jedwabiem i jakościowo są petardami! Edyta wybrała dla mnie rzęsy o długości 11. Nie za długie i nie za krótkie. Nie ukrywam, że bardzo obawiałam się efektu. Bałam się, że rzęsy będą mi przeszkadzać, że mnie uczulą, że będą wyglądały nienaturalnie… ale na szczęście nic z tych rzeczy się nie stało!

image
(Moje beznadziejne rzęsy PRZED)

Zostałam ułożona na całkiem wygodnym fotelu i poinformowana, że zabieg może trwać nawet do 3 godzin. W razie czucia dyskomfortu w kręgosłupie w pogotowiu czekał wałek pod głowę, kocyk do przykrycia itp. W Lush Barze używają sterylnych narzędzi, więc jeśli chodzi o zachowanie zasad higieny, zupełnie nie ma się o co martwić. Edyta przygotowała mnie do zabiegu, używając przyjemnych w dotyku płatków pod oczy i zabezpieczając wszystko, żeby się nie ruszyło, delikatnym plasterkiem i przystąpiła do pracy. Na szczęście okazało się, że mówiąc nie ruszam za bardzo gałką oczną, więc w ciągu trwania zabiegu mogłam swobodnie rozmawiać sobie z Edytą. Całe szczęście, bo dzięki temu zabieg minął mi bardzo szybko. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało. Okazało się, że moje rzęsy rosną w jednym rzędzie (oprócz paru wyjątków) i założenie rzęs było łatwiejsze. Po 2 godzinach z hakiem Edyta powiedziała, że kończymy! Edyta jako profesjonalistka, która kocha to co robi, pięćset razy sprawdzała czy wszystko jest okej. W momencie, w którym jedna rzęsa, jej zdaniem, dziwnie się układała, nie odpuściła, tylko postanowiła ją zdjąć i założyć od nowa, aby było perfekcyjnie! Po skończonym zabiegu Edytka zrobiła mi zdjęcia (bardzo dziękuję, wyszły super!) i dała do ręki lusterko. No nie uwierzycie, jak bardzo byłam (i jestem nadal) zachwycona! Przepiękny, naturalny efekt. Dokładnie taki, o jaki mi chodziło! Dostałam specjalny grzebyk, którym mogę rozczesywać włoski, gdyby się skleiły, więc nie mam czym się martwić. 

image
(Moje piękne rzęsy PO)

Pamiętajcie, że nie można założyć takich rzęs profesjonalnie w godzinę! Nie dajcie się nabrać na takie hasła reklamowe. Jeżeli rzęsy mają być zrobione porządnie, potrzeba do tego sporo czasu! Jeśli chodzi o cenę… nie jest to zabieg najtańszy na świecie. Kosztuje 210 zł. Co jakieś 3 tygodnie należy uzupełniać rzęsy. Koszt takiego uzupełniania to 130 zł. Same rzęsy trzymają się do 15 tygodni. Aż 3 miesiące bez malowania się tuszem i wychodzenia z domu bez makijażu! Powiem Wam, że efekt, który otrzymałam jest wart każdej, naprawdę każdej złotówki. Pamiętajcie też, że płacicie przede wszystkim za JAKOŚĆ i KOMFORT. Możecie być pewni, że dziewczyny pracują na materiałach najwyżej jakości. Nie ufajcie salonom, które oferują rzęsy za grosze. Mogą to być rzęsy kupione na bazarze. Grube i twarde, które tylko mogą Wam zaszkodzić. Jak na razie jestem 2 dni po zabiegu i odpadła mi tylko jedna rzęsa. Nie wystąpiło żadne uczulenie i wszystko wygląda tak, jak po wyjściu z salonu. Będę Was informować na bieżąco zresztą.

image
Ja cenię sobie bardzo jakość usług kosmetycznych. Przyznam się, że nie chodzę prawie nigdzie na zabiegi. Przyznaję rację Edycie, która nazwała mnie „urodową Zosią Samosią”. Po prostu boję się zaufać danemu salonowi i uważam egoistycznie, że jestem w stanie zrobić sobie sama lepiej. Cieszę się niezmiernie, że odważyłam się poddać zabiegowi w Lush Barze. Urzekło mnie w nim wszystko! Obsługa, wystrój, atmosfera, jakość usługi i sam efekt! Jestem zakochana i już teraz wiem, że wpadłam w pułapkę przedłużanych rzęs i szybko się z niej nie wydostanę. Nigdy nie miałam tak pięknego spojrzenia i takich wielkich oczu! Rzęsy w ogóle mi nie przeszkadzają. Nie czuję ich wcale na oczach! Edyta, dziękuję raz jeszcze! Przytuliłabym Cię jeszcze z milion razy za to co wyczarowałaś na moich oczach! 

image
(A tak właśnie wygląda Higheels w całej okazałości!)

Dziewczyny z Poznania i okolic, jeśli szukacie godnego polecenia i zaufania salonu, to wiecie gdzie się udać. Polecam Wam z całego serca Lush Bar! Ja na pewno zagoszczę tam nie raz nie dwa! Kuszą mnie też hybrydy <3! A Wy jakie macie doświadczenia z przedłużaniem rzęs?

Buziaki:*

HIGHEELS

Sephora- maseczki do UST- czy to działa?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dzisiaj na tapetę bierzemy maseczki do ust marki Sephora, o których jest ostatnio głośno w kosmetycznym świecie. Tak, tak… dobrze przeczytaliście. Maseczka do UST! 

12424912_1677344889184040_1238716733_n

Chodzi o dwa warianty innowacyjnego produktu w pielęgnacji ust. Masque levres karite i rose, czyli wersja w kolorze brzoskwiniowym z masłem shea i różowa- z olejkiem różanym. Każda z nich kosztuje 9 zł i znajdziecie w każdym sklepie stacjonarnym Sephora. Jakiś czas temu widziałam je w sklepie internetowym Sephory, ale niestety były już wyprzedane.

Jak to działa? W opakowaniu znajduje się mała płachta, kawałek materiału nasączony płynem. Dokładnie tak jak w przypadku maseczek do twarzy w płachtach. Należy ostrożnie ją wyjąć i zdjąć delikatnie folię z obydwóch stron maski. Materiał jest w kształcie ust z otworem, przez który można oddychać, a nawet mówić. Także bez obaw, Dziewczyny! 🙂 Przy zdzieraniu folii trzeba uważać, żeby nie przedrzeć materiału, bo jest on niestety bardzo delikatny. Dopasowujemy kształt maseczki do kształtu naszych ust, przyklejamy i zostawiamy na 15 minut.

image
Tak to wygląda już na ustach.

Wersja różowa z olejkiem różanym ma za zadanie nawilżyć i zmiękczyć nasze usta. Niestety ani jedno ani drugie po zabiegu się nie wydarzyło. Fakt faktem, moje usta były naprawdę dość mocno wysuszone, ale spodziewałam się chociaż minimalnego nawilżenia. Niestety zawiodłam się. Miałam wrażenie wręcz, że usta były jeszcze bardziej podrażnione. Klapa kompletna i najgorzej wydane 9 zł w życiu. Dość sceptycznie, więc, podeszłam do drugiej wersji.

Maseczka z masłem shea z kolei ma w teorii naprawić i zregenerować usta w złym stanie i dodatkowo je chronić. Jak jest w praktyce? Tutaj faktycznie poczułam, że usta w jakimś tam stopniu są nawilżone, ale niestety nie było to spektakularne nawilżenie warte 9 zł za 15 minut zabiegu. Także krótko mówiąc nie jestem zadowolona.

image

Niestety muszę przyznać, że maseczki te nie sprawdziły się u mnie i muszę przylepić im łatkę z napisem „KIT”. Nie warto według mnie wydawać tyle pieniędzy na kawałek materiału, który nie robi absolutnie nic. Szkoda pieniędzy. Za taką sumę możemy mieć co najmniej dwa produkty drogeryjne, które działają i wystarczą nam na bardzo długi okres czasu. Liczyłam chociaż na to, że maski nawilżą mi wysuszone ostatnio miejsca wokół ust, ale to też się niestety nie wydarzyło.

Podsumowując, Higheels bardzo nie poleca. Poleca za to masełka do ust Nivea, oryginalny Carmex w słoiczku lub błyszczyk powiększający usta z Dior, o którym opowiem Wam więcej w najbliższym czasie :). Dzięki, że wpadliście i miłego dnia!

Buziaki:*

HIGHEELS