Denkowy szał vol. 11!

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dziękuję, że ze mną jesteście i tu zaglądacie! Co u mnie? A no zostałam w końcu panią Magister 😀 Stąd też niestety były opóźnienia w postach, bo praca sama się skończyć nie chciała. Teraz już studia za mną i wracam do Was ze zdwojonymi siłami i obiecuję być już pilną i sumienną blogerką! Dziś rano dorzucając kolejne pudełko do papierowej siaty, która pęka w szwach, stwierdziłam, że to najwyższy czas na DENKO. Też tak macie, że wszystkie kosmetyki kończą się Wam w jednym czasie?! Nie rozumiem, jakim cudem, ale u mnie jest tak zawsze. Tak więc najwyższy czas zaprosić Was na nowe Denko!

img_5117

img_5118

  1. Garnier- płyn micelarny 3w1.
    Sama nie wiem, które to już moje opakowanie. Wiecie dobrze z porównania płynów micelarnych, że jest to najlepszy płyn, jaki kiedykolwiek miałam. Nie podrażnia, zmywa najlepiej na świecie i cenę ma również przyzwoitą. Co tu dużo mówić… no polecam i to bardzo. Spróbujcie koniecznie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście!
  2. Resibo- olejek do demakijażu.
    Wiele razy pojawiał się w Ulubieńcach i dopiero teraz udało mi się do zdenkować. Oznacza to tylko jedno- produkt jest niesamowicie wydajny. Szczerze powiedziawszy nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Sprawdza się idealnie i spełnia wszystkie założenia, który opisuje na stronie producent. Doskonale oczyszcza skórę, odżywia i pozostawia ją miękką i przyjemną w dotyku po demakijażu. Rozpuszcza nawet wodoodporny makijaż. Nawilża i niweluje uczucie ściągnięcia. A na dodatek skład to mieszanka naturalnych olei, o których pisałam Wam szczerzej TUTAJ. Jest serio świetny i podpisuję się pod nim pełnym imieniem i nazwiskiem. Koniecznie wypróbujcie!
  3. Evree Hand Care Max Repair- regenerujący krem do rąk.
    Nie zachwycił mnie. Na początku wydawało mi się, że całkiem dobrze sobie radzi, ale nawilżenie było tylko chwilowe. Glicerynka, moi Drodzi. Stosowałam go na noc, a rano budziłam się ze skórą już lekko ściągniętą. W lato jeszcze jako tako się dogadywaliśmy, bo moje dłonie w lato wiele do szczęścia nie potrzebują. W zimę za to permanentnie są wysuszone i potrzebuję czegoś mocniejszego. To, że ten krem się u mnie nie sprawdził, nie spowodował jednak tego, że odwróciłam się od marki Evree. Wręcz przeciwnie! Postanowiłam wypróbować odżywczy krem do rąk w różowym opakowaniu. Jak na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że widać różnicę i ten krem zdecydowanie lepiej nawilża. Na jego bardziej szczegółową recenzję musicie jeszcze trochę poczekać.
  4. Organic Shop- żelowa maseczka nawilżająca z aloesem i bambusem.
    Muszę przyznać, że bardzo miło mi się z niej korzystało. Lekka, żelowa konsystencja idealnie sprawdzała się wtedy, kiedy bardzo chciałam zrobić coś więcej dla skóry, ale nie miałam na to zbyt dużo czasu. Przemawia do mnie też poręczna, higieniczna tubka. Nie trzeba grzebać w niej paluchami i wyciskamy dokładnie tyle produktu, ile chcemy. O dziwo, była też mega wydajna. Baaaardzo długo z niej korzystałam. Skład mnie satysfakcjonuje: aloes na pierwszym miejscu, gliceryna, bambus, pantenol, trochę alkoholu, puder z korzenia dziwidła, olejek ylangowy, cynk. Jak najbardziej można zaliczyć go do szerokiej kategorii „dobrych składów”. Maska fajnie nawilża skórę. Daję uczucie rozluźnienia i działa jak chłodzący kompres, dzięki czemu zmniejsza opuchliznę i wszelkie obrzęki. Skóra po aplikacji jest fajnie napięta i ukojona. Muszę przyznać, że jak na swoją niezwykle niską cenę, jest to produkt zdecydowanie wart uwagi. Mimo swojej konsystencji, nie spływa z twarzy i po paru minutach staje się lepka. Przepiękny zapach, którego nie umiem Wam ani troszkę opisać. Ale gwarantuję, że jest świeży, lekki i przyjemny! Polecam bardzo!

    img_5119

  5. Woda termalna Uriage.
    Znamy się nie od dziś, a najlepiej dogadujemy się właśnie w lato. Stąd też ta oto pusta butelka w mojej siatce. Uwielbiam po zmyciu makijażu spsikać sobie buzię wodą termalną. Ta z Uriage pięknie koi i nawilża skórę. Fakt, że dostarcza mojej skórze niezbędnych minerałów przekonuje mnie tym bardziej, że jest to produkt, który warto wprowadzić do codziennej pielęgnacji. W lato świetnie chłodzi i przynosi ukojenie skórze. W zimę fajnie się sprawdzi jako nawilżacz przy pracujących cały dzień grzejnikach. Krótko mówiąc bardzo polecam!
  6. Make Me Bio Garden Roses- nawilżający krem do twarzy.
    Jest to już drugie moje opakowanie, a sam krem wylądował już raz w Ulubieńcach. W jego składzie nie znajdziecie siarczanów, parabenów, czy konserwantów, ale dużo naturalnych olejków (makadamia, jojoba, mango, róża). Przez to jego termin ważności co prawda się skraca, ale jeśli kupujemy go z zamiarem używania codziennie, nie będzie żadnego problemu z zużyciem go w terminie. Ja stosowałam go jako krem na noc i, jak domyślacie się już po pierwszym zdaniu, bardzo dobrze się u mnie sprawdza. Róża, w postaci hydrolatu, olejku, działa na mojej skórze cuda. Krem świetnie nawilżał skórę, nawet przy okazji kuracji kwasami. Ładnie ją regenerował i zdecydowanie zmniejszył ilość niedoskonałości, które czasem się pojawiały. Naprawdę jestem z niego zadowolona i mam zamiar sięgać po niego od czasu do czasu. Jedyny jego minus to słoiczek, z którego wygrzebywanie końcówki kremu z długimi pazurami graniczy z cudem. Wybaczam mu jednak za działanie!
  7. Idea Toscana- krem do rąk. 
    Dzięki współpracy z firmą Idea Toscana miałam możliwość przetestowania parę ich produktów. Między innymi wpadł mi w ręce właśnie ten krem. Niestety mimo tego, że większość kosmetyków tej marki się u mnie sprawdza, ten krem jakoś niespecjalnie spełnił swoje zadanie. Nie zauważyłam tak naprawdę jego działania. Nie nawilżał, nie pielęgnował i nie regenerował skóry. Niestety nie polubiliśmy się za bardzo. Zużyłam go co prawda do końca (Tak, tak, mieszkam w Poznaniu i nigdy nie wyrzucam, zanim nie zużyję :P), ale koniec końców nie polecam.
  8. Joanna z apteczki babuni- serum wygładzająco-regenerujące do końcówek włosów.
    Kupiłam kiedyś na próbę, bo kosztowało naprawdę grosze. Jest to typowe silikonowe serum do zabezpieczania końcówek. Szczerze powiedziawszy nie widzę, żeby jakoś specjalnie poprawiło kondycję moich końcówek, a wręcz mam wrażenie, że szybciej się przesuszyły. No cóż, nie kupię ponownie i szukam czegoś lepszego do pielęgnacji końcówek. Może możecie mi coś polecić? img_5120

  9.  Lactacyd- emulsja do higieny intymnej sensitive.
    Temat może dla niektórych tabu, trochę krępujący, ale dla mnie najnormalniejszy na świecie. Jeśli Cię to krępuję, przejdź od razu do kolejnego kosmetyku :). Naprawdę długo nie mogłam znaleźć dobrego żelu do higieny intymnej, który nie podrażniał by tych wrażliwych okolic i zawierałby mydła. Ten spełnia moje oczekiwania! W składzie ma kwas mlekowy, dzięki czemu nie podrażnia i bardzo delikatnie dba o okolice intymne. Bardzo polecam!
  10. Avebio- hydolat aloesowy.
    Kolejny hydrolat w mojej kolekcji, który bardzo dobrze się sprawdził. Nie mam mu nic do zarzucenia. Po demakijażu, przed nałożeniem kremu rano i wieczorem, po maseczce, zawsze dobrze się u mnie sprawdzał. Miałam nawet wrażenie, że delikatnie nawilżał moją skórę. Tani, wydajny, o bardzo subtelnym aloesowym zapachu. Czego chcieć więcej? Proszę sobie koniecznie wpisać ten hydrolat, jako kolejny w kolejce do wypróbowania! Zaraz po różanym i oczarowym. Tak właśnie radzi Higheels!
  11. Stara Mydlarnia Eco Receptura- wybielająca maseczka z witaminą C.
    Ostatni produkt na dziś! Myślałam, że nigdy się nie skończy. Używałam i używałam, a tu nic nie schodziło. No ale w końcu się udało. Bardzo podoba mi się opakowanie z pompką. Znów nie musimy brudzić paluchów w kosmetyku i dostajemy zawsze taką ilość, jaką chcemy. Maseczka ma dość mocny charakterystyczny zapach. Jakby cytrynowy, ale taki bardziej sztuczny. Generalnie jestem z niej całkiem zadowolona. Jeśli chodzi o efekt wybielający, rozjaśniający przebarwienia, to nie bardzo zauważyłam takie działanie. Natomiast jeśli chodzi o ogóle rozświetlenie, to jak najbardziej się zgadzam. Po zabiegu, skóra była super rozświetlona, jakby bardziej wypoczęta i jakby zdrowsza. Tak przynajmniej mi się wydawało! Dodatkowo zdecydowanie można było poczuć nawilżenie i ukojenie. W końcowym rozrachunku dałabym jej 3,5/5. Nie planuję ponownego zakupu, ale może kiedyś skuszę się na inny produkt  z tej serii. 

To już koniec na dziś! Mam nadzieję, że zachęciłam Wam do niektórych produktów, a przed niektórymi przestrzegłam. Przepraszam raz jeszcze na swoją nieobecność i jeszcze raz zapewniam, że nadrobię zaległości! Teraz czas umyć pędzle i uciekać załatwić milion spraw. Miłego dnia, moi Drodzy! 

Buziaki:*

HIGHEELS

Resibo- krem pod oczy i jego recenzja by HIGHEELS!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Powiem Wam, że kolejny krem pod oczy przetestowany i kolejny nie zrobił stał się moim Ulubieńcem. Czy ja w końcu trafię na taki krem? Może najpierw powiem Wam, czego oczekuję od idealnego kremu pod oczy. Przede wszystkim redukcji opuchlizny i rozjaśnienia ciemnych cieni pod oczami. Nie pogardzę też nawilżeniem. Wiem, wiem… są to duże wymagania. Tym bardziej, że rozjaśnienie worów pod oczami to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, że w dużej mierze ich kolor zależy od tego, czy dobrze sypiamy, czy dobrze się odżywiamy i od ogólnego stanu naszego zdrowia. Nadal jednak uparcie wierzę, że istnieje krem, który zaspokoi moje potrzeby. A co do kremu z Resibo

Jeśli czytacie mnie regularnie, wiecie że olejek do demakijażu polskiej marki Resibo jest moim absolutnym faworytem! Kosmetyki Resibo są w ponad 90% stworzone z naturalnych, wegańskich składników, także myślę, że spełnią wymagania wielu osób. Bardzo podoba mi się to, że gama produktów Resibo jest bardzo ograniczona. Producent oferuje raptem 7 kosmetyków, co oznacza że zdecydowanie stawiają na jakość, a nie na ilość. Ostatnio wprowadzili też na rynek nowe serum wygładzające, które po prostu muszę mieć!

Krem pod oczy ma za zadanie nawilżyć skórę, wypchnąć zmarszczki od środka, zniwelować cienie i obrzęki, rozświetlić spojrzenie i przywrócić komfort skórze. Bardzo, bardzo obiecujący opis. Oczywiście tak jak przy większości kremów pod oczy. Ważny jest skład:

Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Propanediol, Crambe Abyssinica Seed Oil, Coco Caprylate/Caprate, Glycerin, Cetearyl Olivate, Argania Spinosa Kernel Oil, Sorbitan Olivate, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopherol, Cetearyl Alcohol, Sodium Hyaluronate, Rheum Rhaponticum Root Extract, Commiphora Mukul Resin Extract, Leptospermum Scoparium Branch/Leaf Oil, Caffeine, Cucurbita Pepo Seed Extract, Ruscus Aculeatus Root Extract, Solidago Virgaurea Extract, Citrus Limon Peel Extract, Zea Mays Oil, Sesamum Indicum Seed Oil, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Hydrogenated Olive Oil, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Sucrose Palmitate, Microcrystalline Cellulose, Cellulose Gum, Xanthan Gum, Glyceryl Linoleate, Sodium Phytate, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum.

image

Dużo olejków, kofeina, troszkę gliceryna, konserwantów mało. Według mnie skład na plus. Na plus również opakowanie z pompką z jednym zastrzeżeniem. Uwielbiam takie opakowania za to, że są takie higieniczne. To z kolei ma jedną podstawową wadę- pompkę, którą trudno wymierzyć odpowiednią ilość produktu. Na początku zawsze wyciskałam go za dużo, co niestety przekładało się na jego wydajność. Później nauczyłam się dopiero z nim pracować. Jak każdy produkt Resibo, krem przychodzi do nas w papierowej, solidnej tubie. Jako 100% kobieta zawsze zwracam uwagę na opakowania i łatwo mnie nimi kupić:P (Też tak macie?). Bez ogródek mogę powiedzieć, że Resibo kupuje mnie zawsze swoimi opakowaniami.

Konsystencja kremu jest idealna, jeśli chodzi o kremy pod oczy. Nie lejąca, niezbyt zbita. Bardzo ładnie i szybko się rozprowadza i szybko wchłania. Zostawia delikatny film  na skórze, ale nie przeszkadza to, aby stosować krem też rano pod makijaż. Korektor i puder trzymają się dobrze i nie rolują w ciągu dnia. Jeśli chodzi o działanie… Przyznaję rację producentowi w kwestii nawilżenia. Osoby z suchą skórą pod oczami będą na pewno super zadowolone! Ja ma nadmierne przesuszenie nie narzekam, ale różnicę dało się odczuć już od pierwszego użycia. Nie mogę mu zarzucić, że nie redukował opuchlizny. Akurat to zadanie spełniał bardzo dobrze. Nawet po nieprzespanej nocy tragedii nie było! Oczy wyglądały na całkiem wypoczęte. Oczywiście, jeśli faktycznie nie spałam bardzo długo, nie miałam co liczyć na cud, ale tak czy siak, faktycznie pomagał. Warto dodać, że odświeżał spojrzenie. Nie wiem, jak Wam to opisać, ale przy regularnym używaniu, spojrzenie faktycznie było pełne życia. Niestety nie pomógł mi z moimi zasinieniami, dlatego też nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że produkt mnie zachwycił. Zapach miał delikatny, ale wyczuwalny. Według mnie nie był jakiś super przyjemny, ale też nie był zły. Polecam trzymać go w lodówce! Dzięki temu po pierwsze aplikacja jest przyjemniejsza, ale też działanie niwelujące opuchliznę jest mocniejsze. Takie łatwe rozwiązanie, a dopiero niedawno na to wpadłam :P.

Krem jest wydajny! Nawet biorąc pod uwagę to, że na początku nie do końca sobie z nim radziłam. Starczył mi na dobre pół roku stosowania dzień w dzień. Całe szczęście, bo jego cena jest dość wysoka (aż 89 zł). Alee.. biorąc pod uwagę skład pełny naturalnych olejków, cena nie powinna dziwić. Kupicie go w wielu drogeriach internetowych, np. w mintishop.pl.

Jeśli miałabym mu dać konkretną ocenę, dałabym 3,5/5. Odejmuję punkt za brak rozjaśnienia sińców i pół za felerną pompkę. Jest to naprawdę dość dobry krem. Chyba jeden z najlepszych jakie kiedykolwiek miałam. Na pewno rewelacyjny dla suchej skóry. Osobom borykającym się z przesuszoną skórą pod oczami serdecznie go polecam. Moich potrzeb do końca nie zaspokoił, ale też nie do końca takie było jego przeznaczenie.

No cóż, będę próbować dalej. Teraz postawiłam na tanie rozwiązanie, zobaczymy jak się sprawdzi. Planuję też znacznie poszerzyć moją kosmetyczkę o produkty Resibo. W planie mam oczywiście nowe serum i krem ultranawilżający. A Wy jakie produkty Resibo polecacie?

Buziaki:*

HIGHEELS

Inglot vs. Lovely- porównanie konturówek do ust

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Jak maniaczka wszelakich produktów do ust, musiałam w końcu trafić na konturówki do ust z Inglota i Lovely. Już jakiś czas temu szukałam dobrych produktów mniej więcej w kolorze moich ust, ale takich żebym nie wyglądała w nich jak trup. Tak tylko, żeby wizualnie  powiększyć usta i nadać im lekkiego, fajnego, stunningowanego koloru. W końcu chyba na Snapchacie Maffashion zobaczyłam, że ona używa Inglota nr 74 i bardzo spodobał mi się ten efekt :P. Jak tylko wróciłam teraz do Polski poszłam do Inglota i ją kupiłam. Kosztowała mnie 21 zł, jeśli się nie mylę. Na drugą konturówkę natknęłam się z kolei u mojej imienniczki Basi Callmeblondieee. Ta z kolei kosztowała mnie niecałe 6 zł, także grosze. Te dwa produkty są do siebie bardzo podobne, więc postanowiłam przygotować dla Was ich porównanie. Dodam jeszcze, że ja jest stosuję na całe usta, nie tylko żeby je obrysować. 

image

image

image
(po lewej Inglot, po prawej Lovely)

 Inglot Soft Precision- konturówka do ust w kolorze 74. 

Przede wszystkim uwielbiam jej kolor! Moim zdaniem będzie pasował praktycznie do każdego typu urody. Mega uniwersalny, a zarazem wyjątkowy. Bardzo mi pasuje. Konturówka ma matowe wykończenie, także trzyma się przez dobre parę godzin. Tylko bez jedzenia i picia, bo wtedy niestety trochę schodzi. Przez to też może delikatnie wysuszać usta, więc trzeba uważać. Jej jedynym dość poważnym minusem jest to, że można ją nakładać tylko na dobrze wypielęgnowane usta. Jeśli mamy jakieś suche skórki lub po prostu wysuszone usta, to niestety nie będzie to wyglądało dobrze. Jej konsystencja jest dość zbita, ale łatwo się ją rozprowadza i łatwo wyrysowuje się nią kontur ust. Niestety jak się ma suche usta, jak ja dość często, to pomalowanie nią ust nie jest zbyt łatwe, bo nie sunie tak gładko po skórze. Aleee… jeśli tylko mam nawilżone, ładne usta, to korzystam z niej non stop. Ten kolor jest genialny! Uwielbiam efekt, który otrzymuję po użyciu jej. Niby naturalne usta, ale jednak widać, że wyglądają po prostu lepiej. Przyznam szczerze, nie spodziewałam się, że aż tak mi się ona spodoba. Jako że ostatnio ta konkretna konturówka zrobiła się popularna, może być problem z jej dostaniem. Czasem jest po prostu wykupiona w Inglocie. Trzeba na nią polować.

Lovely Perfect line- konturówka do ust w kolorze 1.

Kupując tę kredka chciałam, żeby była ona kolorem maksymalnie podobna do tej z Inglota. Jednak ten odcień jest nieco jaśniejszy i już troszeczkę mniej mi odpowiada. W tej kategorii Inglot wygrywa. Największą zaletą tj kredki jest to, że jest baaardzo miękka. Sunie po ustach jak masełko! Można mieć milion suchych skórek, a i tak tego nie widać i łatwo się maluje. To jest jej największy plus, a zarazem powoduję to jeden dość duży minus. Jest ona bardzo mało wydajna. Dwa pomalowania ust i już trzeba ja temperować. Fakt, jest trochę większa niż Inglot jeśli chodzi o gramaturę, ale tak czy tak będzie trzeba ją wciąż kupować na nowo. Niestety niby jest to łatwo dostępna marka, ale niestety często te konturówki są po prostu wykupione. Mi udało się ją kupić dopiero za drugą wizytą w Rossmannie. Ma ona również matowe wykończenie, ale jednak jest bardziej kremowa niż Inglot przez co troszkę szybciej się zmywa.

image

Jeśli miałam wybrać tylko jedną z nich, to nie do końca wiedziałabym którą. Musiałabym wybierać w konkretnych kategoriach. Jeśli chodzi o kolor to zdecydowanie Inglot. Z kolei konsystencja i łatwość malowania- wybieram Lovely. Trwałość- jednak Inglot. Możliwość malowania nawet z suchymi ustami- wygrywa Lovely :P. No same widzicie nie da się wybrać! Proponuję po prostu przetestować obydwie. Chociaż szczerze powiedziawszy częściej chyba sięgam po Inglota, to chyba przez ten niesamowity kolor.

Czy któraś z Was je miała? Jeśli tak, to którą wybieracie?

Buziaki:*

HIGHEELS

Najgorszy kosmetyk świata- bubel bubli!

6 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Stwierdziłam, że po prostu muszę napisać oddzielny post dla Was po tym, jak ten produkt mnie rozczarował. A mowa tu o płynie micelarnym Ziaja Ulga dla wrażliwej skóry. Ten mały, podstępny płyn jest łatwo dostępny i stosunkowo niedrogi. Zapłacimy za niego ok. 7 zł. 

image

Producent obiecuje, że kosmetyk świetnie zmywa każdy makijaż twarzy, jak również oczu. Pozostawia skórę oczyszczoną, nawilżoną i przyjemną w dotyku. Działa jak „kojący kompres”. Co jeszcze? Aha… według opisu dzięki wspaniałej formule, nie podrażnia skóry, nawet tej w okolicach oczu, bo przecież przeznaczony jest do skóry wrażliwej. Oczywiście testowany dermatologicznie, pod kątem okulistycznym, hipoalergiczny i bla bla bla… standardowy bełkot na etykietach drogeryjnych produktów mający skusić potencjalnego klienta do zakupu. Wszystko ładnie pięknie, ale dlaczego nic z zapewnień producenta nie jest prawdą?

Na szczęście nie kupiłam tego produktu sama. Przyjeżdżając w odwiedziny do domu często nie biorę ze sobą wszystkich kosmetyków, tylko korzystam z tych, które kupi moja mama lub siostra. Tak też było i tym razem. Nie wzięłam mojego ulubionego micela z Garnier i sięgnęłam po taki, który leżał akurat na półeczce (jak się później okazało nikt z tego płynu nie korzysta, bo to samo zło :P).

Jakby Wam to najdosadniej opisać? Przy pierwszym użyciu myślałam, że moje oczy zostały wypalone… Zaczęły mnie tak szczypać, że nie wiedziałam co zrobić. Przemywałam wodą do momentu, aż pieczenie ustało. Podniosłam głowę i spojrzałam w lustro. Zobaczyłam parę czerwonych, jak u królika, oczu. W życiu mi się coś takiego nie zdarzyło. Moje oczy są naprawdę wytrzymałe. Żaden produkt mi ich nigdy nie podrażnił, a już na pewno nie doprowadził do takiego stanu! Chyba nie muszę pisać, że zupełnie nie poradził sobie w makijażem oczu. Tusz tylko delikatnie zmyty, kreska zrobiona eyelinerem w słoiczku z Maybelline nie zeszła. Żeby głęboka czerń ustąpiła, musiałam trzeć i to mocno… Tragedia! 

Następnego dnia postanowiłam zaryzykować i spróbować drugi raz. I co? Dokładnie to samo!! Kulminacja mojej złości nastąpiła w Sylwestra, kiedy zmęczona po imprezie wróciłam do domu i zdesperowana znów zorientowałam się, że nie mam nic innego do zmycia makijażu, jak tylko ten płyn. Zmęczenie i wzywające mnie łóżko wygrało i po raz trzeci (i ostatni) sięgnęłam po ten produkt. To była najgorsza decyzja w moim życiu… Oczy szczypały tak bardzo, że płukałam je chyba z 10 razy wodą. Później były przekrwione jak nigdy i zostały takie, aż do rana. 

Jeśli chodzi o makijaż twarzy, to właśnie w Sylwestra spróbowałam dać mu kolejną szansę i wypróbować go właśnie do tego. Zupełnie nie poradził sobie w podkładem 123 Perfect od Bourjois. Zawiódł na całej linii.

Podsumowując i kończąc wybuch złości spowodowany tym płynem, przestrzegam Was przed nim! Nigdy, żaden produkt nie podrażnił tak moich oczu. Żaden! A podkreślam, że są one naprawdę wytrzymałe. Z podkulonym ogonem wróciłam do różowego Garniera. Chociaż jak widzieliście na Instagramie lub na Facebooku parę dni temu użyłam po raz pierwszy lipowego płynu micelarnego z Sylveco i jestem zachwycona! Może znajdę produkt nawet lepszy od Garniera? Nie wiem, ale na pewno ostrzegam Wam przed niebieską buteleczką z niebezpiecznym płynem z Ziaji :P. Ciekawa jestem, czy jeszcze ktoś ma takie same odczucia jak ja… Napiszcie mi koniecznie!

BuziakI:*

już spokojna HIGHEELS

Maseczka z alg brunatnych- hit czy kit?

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Tak, Higheels zdecydowanie jest uzależniona od maseczek. Nawet tu na wyjeździe mam ich 6, z czego 2 nieotwarte… Nie oceniajcie mnie :P. W każdym razie oczarowana spiruliną, którą nie raz się u mnie pojawiała w Ulubieńcach, postanowiłam spróbować innego rodzaju alg. Wybór padł na algi brunatne ascophyllum nodosum). Są one bogate w składniki odżywcze, sole mineralne, witaminy (m.in. C, E, K) oraz makro i mikroelementy (np. wapń, magnez). Małe pudełko (30 g) na próbę zakupiłam na zrobsobiekrem.pl.

image

Algi mają postać brunatnego proszku. Nie pachną zbyt przyjemnie, ale tak czy tak wydaję mi się, że spirulina pachnie gorzej. Jak już Wam pisałam ostatnio- ja się po prostu przyzwyczajam do zapachu i mi nie przeszkadza. Dla bardziej wrażliwych polecam włożyć sobie kawałki chusteczki w dziurki od nosa :P. 

Jakie działanie mają te algi? Oczywiście odżywiają skórę i dostarczają jej samych dobroci. Oprócz tego nawilżają skórę, ujędrniają, poprawiają koloryt skóry, likwidują trądzik i zmniejszają niedoskonałości. Dodatkowo likwidują przebarwienia i przynoszą ukojenie zmęczonej skórze. Czyli generalnie robią wszystko i nasza skóra po nich powinna być w idealnym stanie. Jak jest naprawdę? Przekonacie się za chwilkę.

image

Jak przygotowuję maseczkę? Wsypuję jakieś dwie łyżeczki proszku do miseczki i dodaję wody. Tak, aby uzyskać idealną konsystencję. Ani zbyt wodnistą, bo po prostu spłynie, ani taką którą nie będziemy w stanie dobrze rozprowadzić. Teraz w zależności od tego, co mam w domu i na co mam ochotę. Ostatnio dodaję parę kropel hydrolatu- oczarowego lub lawendowego. Mam tu też mój olejem marula, a więc dodaję ok. 10 kropel, żeby wzmocnić działanie nawilżające maseczki. Czasem dodaję kroplę lub dwie olejku eterycznego herbacianego, ale to rzadko. Możecie kombinować, jak tylko Wam się podoba :). 

No dobrze przejdźmy do działania. Może jeszcze dodam, że konsystencja maseczki jest zupełnie inna niż na przykład spiruliny. Dość ciężko się ją rozprowadza. Ciężko mi to określić, ale jest taka jakby zbita. Same zobaczycie, jeśli będziecie miały taką okazję. Jak w końcu uda mi się ją jakoś rozprowadzić, trzymam ją na twarzy jakieś 20/25 minut. Zmywa się ją łatwiej niż spirulinę. To na pewno przez jej konsystencję. Efekty? Cera faktycznie nawilżona i może bardziej gładka. Oprócz tego ciężko mi cokolwiek innego wymienić. Może delikatnie walczy z niedoskonałościami i rozpromienia skórę. Ale na pewno nie zauważyłam poprawy kolorytu skóry ani rozjaśnienia przebarwień. Skóra nie jest też bardziej jędrna. Nie likwiduje trądziku. I nie przynosi jakieś specjalnej ulgi skórze. Nie ma takiego wow, jak jest po maseczce ze spiruliny. Nie, nie, nie…a szkoda, bo naprawdę lubię algi. 

Podsumowując, jeśli mam określić, czy jest to hit, czy kit… na pewno nie uznam jej za hit, ale zupełnym kitem też nie jest. W końcu mnie nie podrażniła, ani nie zaszkodziła mojej skórze. Jakieś tam efekty widać, ale zdecydowanie zbyt małe. Może powiem tak ogólnie, że jej nie polecam :P. Jeśli algi, to jak na razie spirulina- to jest dopiero WOW! 

Buziaki:*

HIGHEELS

P.S. Dziewczyny, macie jakieś sposoby na problemy z jelitami? Od paru dni boli mnie brzuch i niestety mój proces trawienia pozostawia wiele do życzenia… Czekam na porady!