Zimowa pielęgnacja mojej skóry- dobre rady cioci Higheels

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dziś chciałabym Wam trochę opowiedzieć o mojej pielęgnacji twarzy zimą. Jako że różni się ona znacznie od tej, którą stosuję w ciągu lata, myślę że warto jest Wam co nieco o niej opowiedzieć.

image

A więc zawsze w okresie późnej jesieni i zimy stosuję terapię kwasami. Dlaczego? Żeby przede wszystkim rozjaśnić przebarwienia po lecie no i oczywiście pozbyć się zanieczyszczeń. W tym roku moją kurację kwasami zaczęłam dość późno z uwagi an to, że we Włoszech w listopadzie jeszcze świeciło ostre słońce i bałam się powstania przebarwień. Około grudnia zdecydowałam się zużyć krem, który dostałam dawno temu w beGLOSSY z Bandi. Jest to krem z kwasami migdałowym i polihydroksykwasami (PHA). Z założenia jest to krem nawilżający o działaniu złuszczająco- biostymulującym, który nie podrażnia skóry. Na stronie firmy Bandi czytamy, że krem ten:

  • delikatnie usuwa nagromadzone, martwe komórki warstwy rogowej
  • oczyszcza i zwęża rozszerzone pory oraz ogranicza błyszczenie skóry
  • łagodzi objawy aktywnego trądziku
  • głęboko i długotrwale nawilża

Ogólnie muszę powiedzieć, że jestem zadowolona z niego. Stosowałam go zawsze raz dziennie wieczorem (nie stosujcie kremów z kwasami częściej, bo może to przynieść efekty zupełnie odwrotne do tych pożądanych). Krem faktycznie oczyścił moją skórę. Pozbyłam się męczących mnie wcześniej zaskórników zamkniętych na policzkach. Zgadzam się, że zwęził rozszerzone pory. Teraz ich praktycznie wcale nie widać, co mnie niezmiernie cieszy. Zredukował również ilość zaskórników otwartych. W ogóle stan mojej skóry zdecydowanie się poprawił w czasie stosowania tego kremu. Skóra się rozjaśniła, wygładziła (mimo tego, że nie mam zmarszczek wydaję mi się, że to się właśnie z nią stało :P). Wygląda na zdecydowanie bardziej zadowoloną z życia. W ogóle jej nie podrażnił. Generalnie polecam go wszystkim tym, którzy zaczynają przygodę z kwasami. Jest on naprawdę delikatny w swoim działaniu. Tylko pamiętajcie zawsze, że przy kuracji kwasami warto nakładać codziennie krem z wysokim filtrem, bo kwasy maja działanie fotouczulające i niszczą (szczególnie te mocne, jak retinoidy) naturalną zdolność skóry do obrony przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. Nie stosując filtrów narażamy się na ryzyko wystąpienia przebarwień na skórze. 

Jedyny minus kremu z Bandi był taki, że nie nawilżył mojej skóry. W życiu nie nazwałabym go kremem nawilżającym. Dlatego też stosowałam go co dwa dni na  przemian z moim niezawodnym nawilżaczem skóry, który zawsze w takich sytuacjach mi pomaga. Mowa o arganowym serum nawilżającym z witaminą E ze Starej Mydlarni (Argan & Neroli, Organic Face Serum with Vit. E). Uwielbiam ten produkt i sięgam po niego zawsze wtedy, gdy moja skóra potrzebuję szybkiego nawilżenia. Jest to serum, które składa się tylko z olejku arganowego, olejku z neroli (co nadaje mu przepiękny pomarańczowy zapach), witaminy E i lecytyny, która jest świetnym składnikiem odżywczym ze względu na obecność kwasu linolenowego, ale też emulgatorem, który umożliwia mieszanie się wody z tłuszczem. Dzięki temu serum ma jednolitą konsystencję. Tak więc dokładnie takie składy Higheels lubi najbardziej. Krótkie, naturalne i bez zbędnych dodatków. Oprócz tego, że serum genialnie nawilża skórę, to na dodatek dzięki witaminie C i E rozjaśnia skórę, hamuje procesy starzenia się i neutralizuje wolne rodniki. Jest to już moja druga buteleczka i nie zamierzam na niej poprzestać. Swoją drogą buteleczka jest bardzo wygodna w użyciu. Ciemne szkło i pipetka, którą odmierzymy idealną ilość produktu. Uwielbiam moją skórę rano po użyciu tego kosmetyku! Jest mięciutka, odżywiona i promienna. 

image
(tak, to małe pudełeczko to krem Bandi :P)

Rano z kolei przemywałam twarz tylko wodą lub przecierałam wacikiem zwilżonym hydrolatem (najczęściej oczarowym) i nakładałam krem nawilżający. Wróciłam do kremu z Tołpy- Tołpa Botanic czarna róża, odzywczy krem-miód regenerujący, bogaty. Uwielbiam przede wszystkim jego zapach. Tak bardzo kojarzy mi się z Panadolem, którego kochałam w dzieciństwie :P. Tołpa bardzo dobrze nawilża moja skórę w ciągu dnia, odżywia i idealnie sprawdza się pod makijaż. Jest to już drugie moje opakowanie. Pod koniec (o ile o tym pamiętałam) nakładałam filtr. Wiem, że jestem trochę hipokrytką. Ciągle powtarzam, żeby stosować krem z filtrem przy kuracji kwasami, a samej mi się zdarza o nim zapomnieć. Ale nie martwcie się, dostałam za swoje- 2 nowe przebarwienia na policzku :P. Najbardziej lubię oczywiście krem z Vichy Capital Soleil, chociaż ostatnio też stosowałam jego tani zamiennik, czyli krem z Sun Ozon. Niestety nie jest on tak niezawodny pod makijaż jak Vichy.

Od czasu do czasu oczywiście w ciągu dnia zdarzały się też peelingi i maseczki. Najczęściej opisywane Wam jużz wcześniej saszetki od Banii Agafii. Możecie o nich poczytać TUTAJ.

I tak mniej więcej wyglądała moja pielęgnacja skóry podczas tych chłodniejszych miesięcy. Dogłębne oczyszczenie przy jednoczesnym zachowaniu nawilżonej skóry. Jestem ciekawa, jakich produktów Wy używałyście. Dajcie znać koniecznie!

Buziaki:*

HIGHEELS

Ulubieńcy roku 2015- makijaż!

7 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Nowy rok to czas podsumowań. Zdecydowałam się, że ten tydzień poświęcę właśnie na kosmetyczne podsumowania. Przygotowałam dla Was 2 posty ( drugi opublikuję w sobotę rano :)) z Ulubieńcami Roku. Podzieliłam Ulubieńców na dwie części- makijaż i pielęgnacja. Tak chyba będzie prościej i przejrzyściej. Zdecydowałam się na aż 10 produktów, a i tak było mi ciężko wybrać. Wybrałam więc produkty, które są naprawdę niezawodne i sprawdziły się u mnie na 200%. Jeżeli, o którymś już pisałam, zamieszczę też dla Was linki, jeśli będziecie chcieli poczytać więcej :).

image

image

1. Golden Rose- matte crayon.

Kredki do ust z Golden Rose to absolutny HIT! Mam je stosunkowo od niedawna, a już uznaję je za Ulubieńców Roku. Kocham je za: trwałość, formułę (która jest bardziej kremowa niż szminek Velvet Matt), kolory (szczególnie nr 8!!), prostotę, to jak łatwo się ich używa, za opakowanie, za to, że równo się ścierają, za wszystko! Teraz stałam się posiadaczką odcienia nr 10, który jest dla mnie idealnym nudziakiem. Jest to prawie mój kolor ust, także idealny na co dzień! Matt Crayon skradły moje serce!

2. MAC- Prolongwear Concealer.

Nie ma sobie równych! Ten korektor jest najlepszy na świecie! Zakryję wszystko! Nawet najgorszego pryszcza, który postanowi wyjść w najgorszym możliwym momencie. Poza tym jest to mój pierwszy produkt z firmy MAC, dlatego czuję do niego duży sentyment :P. Dzięki niemu wory pod oczami, nawet te najciemniejsze, nie są mi straszne. Ubolewam nad tym, że już mi się kończy… Przy najbliższej okazji na pewno kupię go ponownie. 

3. MAC- róż z serii Prolongwear w kolorze I’m a lover.

Przepiękny różowy kolor, który nadaję dziewczęcości, świeżości i sprawia, że twarz staję się od razu bardziej promienna. Ma w sobie rozświetlające drobinki, które przepięknie wyglądają na skórze, ale nie są też zbyt nachalne. Utrzymuje się na policzkach cały dzień. Chyba nie muszę pisać o wydajności produktów MAC. Stosuję go chyba od lipca, a zużycie jest naprawdę ledwo zauważalne. Zdecydowanie jest wart każdych wydanych pieniędzy i na pewno nie jest to ostatni róż jaki kupiłam w MAC.

image

4. Lovely- Pump Up Mascara.

Ten tusz jest HITEM! Idealnie pogrubia i wydłuża rzęsy. Nie osypuje się, nie kruszy się. Zostaje na rzęsach cały dzień. Nie rozmazuje się, ale też łatwo go zmyć. W dodatku jego cena wynosi ok. 10 zł. Czego chcieć więcej? Jest to jeden z najlepszych tuszy jakie miałam. To opakowanie jest chyba moim trzecim albo czwartym. Nie zamierzam z niego rezygnować i sama na pewno nie kupię sobie droższego tuszu. Ten spełnia wszystkie moje oczekiwania.

5. Eveline- Advance Volumiere, skoncentrowane serum do rzęs 3 w 1.

To serum służy mi jako odżywka do rzęs/baza, którą nakładam pod tusz do rzęs. W tej roli spisuje się idealnie. W połączeniu z Pump Up Mascara daje efekt pięknych, długich rzęs. Uwielbiam ją i jest to już drugie moje opakowanie. Nie ma porównania między rzęsami z tą odżywką i bez. Efekt jest naprawdę piorunujący. Nie zamierzam z niej rezygnować w najbliższym czasie :).

6. Eveline- Eyeliner Celebrities.

Najlepszy eyeliner, jaki miałam w życiu z najlepszym pędzelkiem ever. Jest tak cieniutki i precyzyjny, że namalujemy nim każdą kreskę, nawet najcieńszą. Dodatkowo utrzymuje się na powiece cały dzień, nie blaknie, nie kruszy się, ani nie pęka. Czerń jest głęboka i naprawdę mocna. Nie trzeba malować dwa razy, żeby uzyskać pełnię koloru. Wystarczy raz. Słowo! Jego cena w Rossmannie to ok. 10 zł. Chyba nie muszę Was dłużej namawiać, aby go wypróbować? 😛 Jedyną jego wadą jest to, że stosunkowo szybko się kończy. U mnie  po 3 miesiącach już jest na wyczerpaniu, ale wybaczam mu to, bo suma pieniędzy za kolejne opakowanie mnie satysfakcjonuje. Niestety nie ma tego produktu na zdjęciach, bo zostawiłam go niestety we Florencji, a nie chciałam kupować kolejnego. Pojawił się on jednak w Ulubieńcach lata i możecie go zobaczyć TUTAJ

7. Catrice- kredka do brwi.

Wiecie, że moje brwi są beznadziejne, dlatego produkty, których używam muszą być dobre. Teraz co prawda zaczęłam stosować odżywkę do brwi z Realash, więc miejmy nadzieję, że będzie lepiej. Do tego czasu praktycznie codziennie sięgam po kredkę do brwi z Catrice. Mam dwa kolory i stosuję je wymiennie w zależności od pory roku. Uwielbiam to, że mają na końcu grzebyk do przeczesania włosków. Utrzymują się cały dzień i wyglądają bardzo naturalnie. Uwielbiam je!

image
(niestety opakowania pudru i bronzera nie są zbyt trwałe)

8. Bourjois- pomadki Rouge Edition Velvett.

No chyba nie ma trwalszej pomadki na tym świecie. Nie raz nie dwa pokazywałam Wam je. Czasem smaruję usta tylko raz w ciągu wieczoru i przed spaniem nadal wyglądają dobrze. Nie wysuszają moich ust, łatwo się je aplikuje, równo się ścierają, są super wydajne. Wiem, wiem, że się powtarzam i już nie raz Wam o tym mówiłam, ale nie mogę się powstrzymać. Te pomadki są naprawdę genialne. Ja mam dwa kolory Frambourjois i Ole Flamingo. Kupuję je zawsze w drogerii internetowej ezebra.pl. Tam są zdecydowanie tańsze niż na przykład w Rossmannie. Polecam tam zaglądać.

9. Makeup Revolution- bronzer.

Używam go już od bardzo, bardzo dawna. Jest genialny. Utrzymuję się na twarzy cały dzień. jest matowy, a więc żadnych wkurzających. świecących drobinek. Ładnie się rozprowadza. Praktycznie nie da się zrobić nim krzywdy. Polecam go szczególnie osobom, które zaczynają swoją przygodę z makijażem. Ma ciepły odcień. Idealny zarówno na lato jak i na zimę. Kosztuje grosze, bo chyba 11 zł w mintishop.pl, a jest wydajny jak nie wiem co! Kupiłam sobie kiedyś skuszona promocją i dobrymi recenzjami bronzer z Kobo, ale jeszcze go nie tknęłam, bo po prostu tego nie da się zużyć! Używam go prawie codziennie od dobrych 5 miesięcy i dopiero niedawno zauważyłam na środku denko. Polecam go każdemu!

10. Rimmel- Stay matte puder w kolorze transparent.

Jest to moje drugie opakowanie i muszę przyznać, że jest to chyba najlepszy drogeryjny puder. Jest bardzo wydajny. Ładnie wykańcza makijaż i przede wszystkim dobrze matowi skórę. Tworzy bardzo naturalny efekt. Ja w ciągu dnia w ogóle go nie poprawiam. Od kiedy dobrze nawilżam moją buzię, już się tak nie błyszczy i stosuję puder tylko raz przy nakładaniu makijażu. Dobrze wtapia się w skórę, a więc nie widać go na twarzy. Kolor 001 transparent moim zdaniem nadaje się do każdego koloru cery. Często jest też dostępny na promocjach w cenie ok. 20 zł. 

Udało się! W końcu zdecydowałam się na złotą dziesiątkę. Bardzo długo się wahałam, czy czegoś nie zmienić, ale nie. To jest moja ostateczna wersja. Te kosmetyki mnie nigdy nie zawiodły, dlatego też często są to moje kolejne opakowania. Czekajcie teraz na post z Ulubieńcami pielęgnacyjnycmi i koniecznie pochwalcie się, co u Was się sprawdziło w 2015 roku.

Buziaki:*

HIGHEELS

Kosmetyki do włosów z Organix- co myśli Higheels?

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Słyszałam o nich już bardzo długi czas, ale jakoś nigdy nie mogłam się zdecydować. Dość mocno odtrącała mnie ich cena, ale w ogóle nie żałuję, że W KOŃCU je zakupiłam. A mowa oczywiście o kosmetykach do włosów z Organix, a konkretniej o szamponie z mleczkiem kokosowym Coconut Milk Shampoo i wygładzającej odżywce z keratyną Brazilian Keratin Therapy Conditioner.

image

Najpierw może weźmy na tapetę szampon. Pierwsze co opiszę, to ZAPACH. To jest coś niesamowitego! Przepiękny, intensywny kokosowy zapach. Uwierzcie mi, że jak umyję nim włosy, to czuć to nie tylko w łazience, ale też w całym mieszkaniu! Każdy się mnie pyta, czym mi tak pachną włosy. Uwielbiam to! Jedna butelka zawiera w sobie 385 ml (!) produktu i kosztuje około 30 zł. Tak wiem, dużo. Zdecydowanie za dużo jak na zwykły szampon. Ale raz na jakiś czas można sobie pozwolić :P. A już tym bardziej, jak jest na promocji. Skład może nie jest super naturalny, ale cieszmy się, że nie ma w nim silikonów. Jest całkiem okej. Konsystencja jest dość swoista. Jest gęsta, ale jakby trochę galaretowata. Mi osobiście bardzo pasuje, bo można umyć całe włosy małą ilością produktu. Wydaję mi się, że będzie dzięki temu wydajny. Na razie używam go jakieś 2/3 razy w tygodniu przez ponad miesiąc i nie zużyłam nawet 1/3 opakowania. 

Po nałożeniu bardzo dobrze się pieni. Uważam, że świetnie myje włosy. Naprawdę wystarczy tylko jedno mycie, żeby dokładnie je umyć. Dobrze się sprawdza też przy zmywaniu olei po olejowaniu. Podoba mi się, że włosy się po nim łatwo rozczesują. Czasem nie używam nawet żadnej odżywki. A więc po tym, jak już uraczyłyśmy się przepięknym zapachem kokosa (nie sztucznym kokosem, tylko właśnie takim świeżym!), rozczesałyśmy włosy, to czekamy na wyschnięcie i na efekty. Pierwsze co rzuca się w oczy to to, że włosy są super miękkie w dotyku i błyszczące. No i tak przepięknie pachną! Naprawdę uważam, że jest to jeden z lepszych szamponów, jakie kiedykolwiek używałam w życiu. 

Czas też najwyższy, żeby dodać parę słów o odżywce, bo praktycznie zawsze stosuję obydwa produkty na raz. Najpierw oczywiście szampon, jedno mycie, a później odżywka nakładana na 3-5 minut. Gabaryty buteleczki są identyczne. Cena może być trochę wyższa, nawet 39 zł. Czy warto? W połączeniu z szamponem jak najbardziej odpowiem, że tak. Skład jest przyjazny. Znów nie jest to czysta natura, ale całkiem do zniesienia. Znajdziemy tam między innymi: olej kokosowy, proteiny keratyny, olej z awokado i olej masło kakaowe. Konsystencja, zabijcie mnie, ale jak dla mnie wygląda to jak zimny budyń czekoladowy :P. Jeśli chodzi o zapach, to chyba nie muszę Wam mówić, jak bardzo jest wspaniały? Serio, jest GENIALNY! Stosując takie duo na włosach, gwarantuję Wam, że nie pozostaniecie nie zauważeni. I najlepsze jest to, że nie jest to chwila ulotna jak ulotka, tylko naprawdę przez cały dzień czuję, że gdzieś tam ten zapach się przewija. 

Dobra, efekty po duo z Organix! Włosy błyszczące, miękkie i wygładzone. Ja z moimi cienkimi włosami mogę Wam szczerze powiedzieć, że nie obciążają moich włosów. Ani szampon, ani odżywka. Włosy pięknie się rozczesują i nie plączą. Uwielbiam to, jakie są delikatne i miękkie po takim myciu. Aż chce się je macać przez cały dzień. Po takim zabiegu moje włosy są też bardziej nawilżone, co szczególnie mnie cieszy, bo teraz akurat tego bardzo potrzebują. W ogóle jak wrócę do Polski (już za dwa tygodnie) muszę szybko udać się do fryzjera na podcięcie końcówek! Warto jeszcze dodać, że po zabiegu, omawianym dzisiaj duo, włosy są przyjemnie śliskie i lejące, co uwielbiam! Muszę przyznać, że zaskoczyły mnie te kosmetyki. Uważam, że są naprawdę godne uwagi. A już maniaczki kokosowego zapachu powinny je uznać za must have :P.

Nie wiem, jak to będzie z wydobywaniem produktu, kiedy butelka będzie już prawie pusta. Słyszałam, że mogą być z tym problemy, ale na razie jeszcze nie mam się czym martwić. Generalnie nie powiem Wam, że stan moich włosów uległ jakieś diametralnej, długotrwałej zmianie po używaniu tych kosmetyków, ale faktycznie po samym myciu wyglądają one bardzo dobrze. Na pewno pomagają mi w utrzymywaniu włosów w takiej kondycji jakiej są, czyli względnie dobrej z lekko przesuszonymi końcówkami. Uwielbiam moje włosy po zabiegu właśnie tymi produktami! Jestem z nich naprawdę zadowolona. 

Ciekawe, czy ktoś z Was stosował te kosmetyki. Jeśli tak, to czekam na komentarze. Z chęcią wszystkie przeczytam i odpowiem :). Życzę Wam miłej soboty i jeszcze milszej niedzieli. 

Buziaki:*

HIGHEELS

Evrēe- Instant Help, balsam do ciała- hit czy kit?

3 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przyjeżdżając tutaj do Florencji zapomniałam na śmierć o balsamie do ciała. Nie chciałam nic kupować, bo jakoś nie mogłam zaufać tym włoskim, poza tym kompletnie nie wiem, co dziewczyny polecają tutaj z kosmetyków! Boooże, ile jeszcze muszę się tu nauczyć :P. Na szczęście z odsieczą przyszedł mi mój narzeczony, który przy okazji odwiedzin przywiózł mi parę kosmetyków z domu, w tym właśnie balsam, który kupiłam przed wyjazdem. Jest to balsam marki Evrēe o nazwie Instant Help. Producent obiecuje natychmiastowy ratunek dla przesuszonej, a nawet popękanej skóry.

Markę Evrēe znam jak na razie tylko z olejku do twarzy Magic Rose, którego ciągle testuję. Zdecydowałam się przetestować coś jeszcze. Wybór padł właśnie na ten balsam. W cenie 19 zł otrzymujemy wielką butlę kosmetyku, bo aż 400 ml! Jeśli chodzi o skład- nie narzekam. Jak wszystkie kosmetyki marki Evrēe jest bardzo dobry. Składnikami aktywnymi jest tu przede wszystkim: masło mango, gliceryna, tlenek cynku, alantonina, masło shea i olej avocado. W składzie faktycznie nie ma olejów mineralnych, barwników, czy parabenów. 

image

Po pierwsze muszę powiedzieć, że moja skóra (w szczególności nóg) była w opłakanym stanie. Była baaaardzo przesuszona. Naprawdę dawno aż tak nie była, więc potrzebowałam jakiegokolwiek ratunku. Opakowanie jak na razie mi się podoba. Łatwo wycisnąć taką ilość balsamu jak chcemy. Nic się nie wylewa, ani nic z tych rzeczy. Konsystencja jest dokładnie taka, jaką lubię. Ani zbyt wodnita, ani zbyt gęsta. Dzięki temu szybko i łatwo rozsmarujemy wszędzie balsam. Bardzo podoba mi się jego zapach. Jest słodki i dość intensywny, ale (jak pewnie już zauważyłyście :P) rzadko jaki zapach mi przeszkadza. Naprawdę toleruję praktycznie większość zapachów. Ten mi się wręcz bardzo podoba, także często nie rozumiem narzekań na zapachy. Musicie mi to wybaczyć :P. 

Po nałożeniu i rozprowadzeniu balsam wchłania się stosunkowo szybko. Na szczęście niezbyt szybko, czego nienawidzę, bo mam wtedy wrażenie, że produkt w ogóle nie zadziałał. Pozostaje na skórze jakiś czas i pozostawia delikatny film, ale naprawdę przyjemny.

Muszę przyznać, że przyniósł mojej skórze niesamowitą ulgę! Od razu poczułam, że nieprzyjemne uczucie ściągniętej skóry znika. Rano skóra była o dziwo nawilżona! W końcu była miękka i gładka! Gołym okiem było widać, że jej stan się poprawił. I to po pierwszym użyciu! Byłam naprawdę w szoku. Teraz stosuję go codziennie od 3 tygodniu i widać zdecydowaną poprawę. Skóra jest nawilżona i nie przesusza się tak szybko, a więc jest to efekt długotrwałego nawilżenia. Co więcej zauważyłam, że drobne zaczerwienienia na rękach, czy nogach poznikały. Uwielbiam jego regeneracyjne działanie. Muszę przyznać, że rzadko zapewnienia producenta co do produktów się spełniają. Tutaj natomiast wszystko jest prawdą! 

Jego kolejnym, niekwestionowanym plusem jest dostępność. Bez problemu dostaniemy go w każdym Rossmannie. Może jest ciut zbyt drogi, ale biorąc pod uwagę stosunek jakości kosmetyku do ceny, to uważam, że tak dobry balsam mógłby kosztować o wiele więcej. Poza tym bardzo często można go znaleźć na przeróżnych promocjach. Nie wspomniałam jeszcze o czymś ważnym! WYDAJNOŚĆ! Nie uwierzycie, jaki on jest wydajny dopóki nie sprawdzicie! Na opakowaniu producent nawet pisze o tym, że wystarczy naprawdę niewielka ilość produktu. I tak jest! Po 3 tygodniach stosowania ledwo czuję zużycie! Na posmarowanie nóg, rąk, brzucha i tyłu pleców zużywam naprawdę niewielką ilość. 

Podsumowując i zachęcają Was do spróbowania (:P) powiem, że jest to najlepszy balsam drogeryjny i nie tylko, jaki kiedykolwiek miałam! Uważam, że jest to absolutny HIT! Marka Evrēe w ogóle ostatnio zaskakuje dobrymi produktami. Czaję się na te nowe kremy do buzi. Szczególnie ten z różą- Magic Rose. Z czystym sumieniem polecam Wam ten balsam. Nie dość, że pod względem pielęgnacyjnym sprawuje się znakomicie, to jeszcze cieszy zmysły przepięknym zapachem!

Buziaki:*

HIGHEELS

Tani zamiennik kremu z filtrem Vichy Capital Soleil!

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Zapewne już wiecie, że moim niekwestionowanym faworytem w kategorii „Kremy z filtrem” był zawsze krem matujący z Vichy- Capital Soleil. Bardzo dobrze się u mnie sprawdza. Chroni przed słońcem, tak jak ma chronić. Nie bieli skóry i nie sprawia, że świeci się jak opętana. Makijaż trzyma się na nim nienagannie. Łatwo się rozprowadza. Ma przyjemną konsystencję i zapach. Ładne opakowanie. Normalnie nie ma się do czego przyczepić… A nie, przepraszam. Jest. Cena! Mała tubka tego kremu kosztuję w granicach 30-50 zł. Czyli duża za dużo.

Szukałam czegoś równie dobrego tylko w bardziej przystępnej cenie i w końcu natknęłam się zupełnie przypadkiem na produkt, który okazał się naprawdę godnym zamiennikiem. Przy okazji wizyty w Rossmannie spojrzałam na półkę z kosmetykami Sun Ozon. W oczy rzucił mi się matujący fluid przeciwsłoneczny z SPF 50. Spojrzałam na cenę i zobaczyłam 13 zł z groszami za 50 ml. Długo nie myśląc wrzuciłam go do koszyka. I tak zaczęła się moja przygoda z firmą Sun Ozon :P.

image

Ta słodka buteleczka skrywa w sobie krem, który moim zdaniem można spokojnie uznać, jako tani zamiennik dla kremu Vichy. Dlaczego? Bardzo dobrze chroni przed słońcem. Tak jak w przypadku Vichy wystarczy, że posmaruje się nim rano i nie trzeba nic poprawiać. Oczywiście nie mówię tu o spędzaniu całego dnia na słońcu i kąpieli w morzu. Chodzi mi o taki normalny dzień powszedni. Jego konsystencja jest trochę bardziej rzadka. Dobrze się rozsmarowuje. Niestety trochę bardziej się świeci niż Vichy. Na szczęście nie jest źle i po wyschnięciu i przypudrowaniu wygląda tak jak jego droższe wydanie. Szybko się wchłania i mojej skóry nie bieli. Wiem, ze niektórzy na to narzekają, ale u mnie akurat nic takiego się nie wydarzyło. 

Krem nie wysuszył mojej skóry. Na pewno też jej nie zapchał, ani nie podrażnił. Muszę przyznać, że jestem z niego naprawdę zadowolona. Warto wspomnieć o tym, że jest bardzo łatwo dostępny. Dostaniemy go praktycznie w każdym Rossmannie. Na dodatek często jest w promocji. Nie to co Vichy. Jeśli już jest w Super Pharm to jego cena wynosi średnio 40/50 zł. Ja najczęściej kupowałam go w aptecegemini przy okazji większych zakupów.

Krem z Sun Ozon można jeszcze dostać w wersji z SPF 30. Także polecam wszystkim wrogom filtru 50 :P. 

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym filtrem! Na pewno, jak go skończę, to będę do niego wracać. Zdaję sobie sprawę z tego, że Vichy jest jednak trochę lepszy, ale naprawdę żal mi pieniędzy na zwykły filtr, którego i tak nie stosuję codziennie (nie używam teraz żadnego kremu z kwasami, ani nic z tych rzeczy, a więc ostatnio odpuściłam sobie codzienne nakładanie filtru przeciwsłonecznego). Wypróbujcie go koniecznie, bo za taką cenę naprawdę warto!

Jakie inne filtry polecacie?

Buziaki:*

HIGHEELS