Przedłużanie rzęs- wady i zalety. Odczucia po zdjęciu.

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wiecie, że dzięki współpracy z Lush Barem w Poznaniu byłam szczęśliwą posiadaczką pięknych, naturalnie wyglądających, przedłużonych rzęs metodą objętościową. W porównaniu z moimi  był to istny kosmos! Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Co zresztą mogliście podziwiać w postaci pierwszego ever selfie na moim blogu! 😀 Teraz już rzęs nie mam i postanowiłam podzielić się z Wami moją refleksją na ten temat.

Jak wyglądał sam zabieg, jakie to były rzęsy i jakie uczucie… wszystko opisałam Wam w osobnym poście TUTAJ. Moje naturalne rzęsy może nie były jakieś mega tragiczne, ale i tak bardzo chciałam cieszyć się długimi i gęstymi. Efekt zabiegu mnie po prostu zwalił z nóg! Niesamowicie mi się podobał! Do rzęs przyzwyczaiłam się niemal od razu i nosiło mi się je bardzo dobrze. Nie było osoby, która mnie znała wcześniej i nie zauważyłaby zmiany. Niewątpliwą zaletą było to, że praktycznie się nie malowałam. Przedłużone rzęsy robiły robotę. Eyeliner, cienie, kredki… wszystko odłożyłam w kąt. Mój makijaż oka ograniczał się do wytuszowania dolnych rzęs. Niesamowita wygoda i niesamowity komfort. Uwielbiałam moje przedłużane rzęsy pod każdym względem.

image
(Przypominam moje zdjęcie PRZED zabiegiem)

image
(I moje rzęsy PO przedłużaniu)

Jak wszystko na tym świecie, nawet przedłużanie rzęs na swoje wady i zalety. Obok oczywistych i niekwestionowanych zalet, plasują się także niedogodności natury finansowej i praktycznej. Po pierwsze u mnie pierwsze kępki rzęs zaczynały zawsze wypadać po około tygodniu. Po dwóch i pół tygodnia zawsze należało je uzupełnić. To był taki optymalny czas, po którym dało się w godzinę/półtorej doprowadzić rzęsy do ładu. Tu parę zdjąć, a tu przykleić nowe. Niestety dla mnie jest to dość krótki odstęp czasu. Jestem osobą z natury dość zajętą i dwa tygodnie mijają mi jak z bicza strzelił. Tak więc wydawało mi się, że co chwilę muszę jechać na uzupełnianie. Minusem jest także odległość od salonu. Niestety mieszkam w ścisłym centrum, więc podróż w dwie strony do Lush Baru, który znajduje się na poznańskim Chartowie zajmowała mi średnio godzinkę. Niby nie dużo, ale jak dodać do tego na przykład 2,5 godziny nakładania rzęs, to praktycznie wieczór zmarnowany. 

Drugą ważną kwestią jest aspekt finansowy. Nie oszukujmy się… trzeba mieć odpowiedni budżet, żeby bawić się w przedłużanie rzęs dobrej jakości. Oczywiście, że możecie znaleźć salony, w których robi się rzęsy za nieprzyzwoicie małe pieniądze. Zgadzam się, ale pamiętajcie o tym, że liczy się przede wszystkim jakość i efekt końcowy. Mi zależało na naturalnie wyglądających rzęsach, które nie będą się błyszczały, nie będą wchodziły przede mną do pomieszczenia i będą założone w sterylnych i higienicznych warunkach. Nawet nie wiecie ilu chorób można się nabawić przez nieodpowiednie warunki sanitarne w salonach! Lush Bar jest miejscem, w którym o takie rzeczy nie musicie się martwić. Dziewczyny stawiają czystość i jakość na pierwszym miejscu. Jak wiadomo właśnie za takie rzeczy trzeba płacić. Powiem szczerze, że jak na razie moja sytuacja finansowa nie pozwala mi na takie szaleństwa, więc z ponownym nałożeniem rzęs na razie muszę się wstrzymać. Niestety…

Wspomnę Wam jeszcze o zdejmowaniu takich rzęs. A więc… zrobiłam to sama. Tak, jestem głupia. Niestety potrzebowałam bardzo pilnie, aby moje oczy wyglądały dobrze, a zapomniałam o tym, że są święta i salon będzie zamknięty. Ze względu na brak czasu, postanowiłam zaryzykować i zrobić to sama. Poczytałam trochę i stwierdziłam, że dam radę. Generalnie dałam radę, ale ucierpiały na tym trochę moje rzęsy. Muszę zaznaczyć, że gdy samoistnie wypadały mi kępki praktycznie zawsze wypadały wraz z moją naturalną rzęsą. Stworzyłam domową mieszankę, dzięki której zdjęłam rzęsy sama. Płyn micelarny, olej kokosowy, olej jojoba i olej marula. Taką mieszankę na płatek kosmetyczny i trzymałam przyciśnięte przez jakiś czas. Niektóre rzęsy zeszły od razu, sukces! Ale reszta wymagała delikatnego, a czasem mniej delikatnego tarcia. Koniec końców udało się, ale po przebudzeniu rano moje powieki były mega spuchnięte i podrażnione. Okład z lodu i korektor pomogły co prawda, ale nie polecam. Następnego dnia przy linii rzęs miałam wręcz mini strupki. Bardzo nieodpowiedzialnie, wiem. Nie zrobię tego więcej. I Wam również polecam jednak udać się do salonu, żeby ktoś kompetentny Wam to zrobił. Samo odczucie po zdjęciu… tragedia. Miałam wrażenie, że w ogóle nie mam rzęs, że oko jest małe, że spojrzenie bez wyrazu… Na szczęście po dwóch dniach zaczęłam na nowo się przywyczajać. Wróciłam też do tuszu i eyelinera!

Jak wyglądają moje rzęsy po przedłużaniu? Otóż nie najlepiej. Całkiem sporo ich wyleciało wraz z kępkami. Pewnie moje beznadziejne ściąganie się do tego również przyczyniło. Oprócz tego rzęsy są też krótsze. Mam wrażenie, że te sztuczne trochę je obciążyły i przez to te normalne nie urosły tak jak powinny. Koniec końców na razie robię przerwę od przedłużonych rzęs. Wracam do odżywki 4 Long Lashes i mam zamiar je trochę zregenerować. Ale jak tylko zdobędę odpowiednie środki i podleczę rzęsy z pewnością przedłużę je sobie nie raz, nie dwa. Generalnie polecam Wam bardzo przedłużanie rzęs, w szczególności w Lush Barze! Bądźcie pewni, że nie raz mnie tam jeszcze zobaczycie. Pamiętajcie jednak, że na taką zabawę z rzęsami potrzeba dużo czasu, cierpliwości i pieniążków!

img_5246
(Inwestycje: odżywka i nowy tusz) 

Jakie są Wasze doświadczenia w temacie przedłużania rzęs?

Buziaki:*

HIGHEELS

Przedłużanie rzęs metodą objętościową- moje wrażenia!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dobrze wiecie, że moje naturalne rzęsy nie należą do najdłuższych i najgęstszych. Zawsze chciałam móc pochwalić się pięknym, zalotnym spojrzeniem znad firanki rzęs. Niestety nigdy mi się to nie udało. Ok raz czy dwa przykleiłam sobie sztuczne, ale nie bardzo mi się to podobało :P. Od dłuższego czasu myślałam nad przedłużeniem rzęs metodą wolumetryczną. Bałam się jednak komukolwiek zaufać. Niedoświadczone dziewczyny bez kursów, ciężkie rzęsy złej jakości, nieestetyczne salony, brak zachowania odpowiednich warunków higienicznych- to wszystko oddalało mnie od zrobienia sobie rzęs. W końcu, zupełnym przypadkiem, podjęłam współpracę z salonem LUSH BAR w Poznaniu i… nie mogłam trafić lepiej! Zapytana o to, jaki zabieg mnie interesuje, od razu powiedziałam, że rzęsy! No i tak dosłownie po paru dniach mogę cieszyć się efektem dokładnie takim, jaki sobie wymarzyłam. Ale może najpierw od początku.

Co to jest ten Lush Bar? A więc jest to bardzo schludny i przyjemny salon urody, który znajduję się w Poznaniu na ulicy Chartowej 27 (swoją drogą ciche, spokojne miejsce, idealne, żeby się zrelaksować!). Prowadzą go bardzo kompetentne, przemiłe dziewczyny, które ukończyły odpowiednie kursy i są w 100% przygotowane, żeby zrobić nam paznokcie, rzęsy, brwi, woskowanie, a nawet… nitkowanie (o którym opowiem Wam w osobnym poście). Salon jest bardzo przytulny i pięknie urządzony. Dziewczyny zrobiły go dosłowne własnymi rękoma! Jest bardzo schludny, czyściutki, estetyczny, trafia każdym szczegółem w mój styl. Zostałam umówiona na poniedziałek na godzinę 17. Weszłam do salonu i zostałam przywitana przez przemiłą Edytę, która to właśnie wykonywała mi zabieg przedłużania rzęs. Jako że kompletnie się na tym nie znałam, Edyta wytłumaczyła mi co i jak, co mogę robić, czego nie mogę robić z nowymi rzęsami, że istnieje ryzyko wystąpienia uczulenia i co najważniejsze dobrała mi ich odpowiednią długość. Będąc kompletnym laikiem w tej kwestii, nie potrafiłam powiedzieć nic. Tylko to, że zależy mi na naturalnym efekcie. Chcę wydłużyć i zagęścić rzęsy, ale nie daj Boże nie mogą wyglądać sztucznie i nie mogą być zbyt ciężkie i rzucające się w oczy. Edyta dokładnie wiedziała, co będzie dla mnie najlepsze.

Wybrałyśmy metodę objętościową (Russian Lash), która polega na przyklejeniu kępek rzęs składających się z 2 d- 8 włosków do pojedynczej, naturalnej rzęsy. Kępki są stworzone z delikatnych, cieniutkich rzęs (wiem, bo mogłam je pomacać przed nałożeniem :P), którą są wykonane z włosia syntetycznego zmieszanego z jedwabiem i jakościowo są petardami! Edyta wybrała dla mnie rzęsy o długości 11. Nie za długie i nie za krótkie. Nie ukrywam, że bardzo obawiałam się efektu. Bałam się, że rzęsy będą mi przeszkadzać, że mnie uczulą, że będą wyglądały nienaturalnie… ale na szczęście nic z tych rzeczy się nie stało!

image
(Moje beznadziejne rzęsy PRZED)

Zostałam ułożona na całkiem wygodnym fotelu i poinformowana, że zabieg może trwać nawet do 3 godzin. W razie czucia dyskomfortu w kręgosłupie w pogotowiu czekał wałek pod głowę, kocyk do przykrycia itp. W Lush Barze używają sterylnych narzędzi, więc jeśli chodzi o zachowanie zasad higieny, zupełnie nie ma się o co martwić. Edyta przygotowała mnie do zabiegu, używając przyjemnych w dotyku płatków pod oczy i zabezpieczając wszystko, żeby się nie ruszyło, delikatnym plasterkiem i przystąpiła do pracy. Na szczęście okazało się, że mówiąc nie ruszam za bardzo gałką oczną, więc w ciągu trwania zabiegu mogłam swobodnie rozmawiać sobie z Edytą. Całe szczęście, bo dzięki temu zabieg minął mi bardzo szybko. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało. Okazało się, że moje rzęsy rosną w jednym rzędzie (oprócz paru wyjątków) i założenie rzęs było łatwiejsze. Po 2 godzinach z hakiem Edyta powiedziała, że kończymy! Edyta jako profesjonalistka, która kocha to co robi, pięćset razy sprawdzała czy wszystko jest okej. W momencie, w którym jedna rzęsa, jej zdaniem, dziwnie się układała, nie odpuściła, tylko postanowiła ją zdjąć i założyć od nowa, aby było perfekcyjnie! Po skończonym zabiegu Edytka zrobiła mi zdjęcia (bardzo dziękuję, wyszły super!) i dała do ręki lusterko. No nie uwierzycie, jak bardzo byłam (i jestem nadal) zachwycona! Przepiękny, naturalny efekt. Dokładnie taki, o jaki mi chodziło! Dostałam specjalny grzebyk, którym mogę rozczesywać włoski, gdyby się skleiły, więc nie mam czym się martwić. 

image
(Moje piękne rzęsy PO)

Pamiętajcie, że nie można założyć takich rzęs profesjonalnie w godzinę! Nie dajcie się nabrać na takie hasła reklamowe. Jeżeli rzęsy mają być zrobione porządnie, potrzeba do tego sporo czasu! Jeśli chodzi o cenę… nie jest to zabieg najtańszy na świecie. Kosztuje 210 zł. Co jakieś 3 tygodnie należy uzupełniać rzęsy. Koszt takiego uzupełniania to 130 zł. Same rzęsy trzymają się do 15 tygodni. Aż 3 miesiące bez malowania się tuszem i wychodzenia z domu bez makijażu! Powiem Wam, że efekt, który otrzymałam jest wart każdej, naprawdę każdej złotówki. Pamiętajcie też, że płacicie przede wszystkim za JAKOŚĆ i KOMFORT. Możecie być pewni, że dziewczyny pracują na materiałach najwyżej jakości. Nie ufajcie salonom, które oferują rzęsy za grosze. Mogą to być rzęsy kupione na bazarze. Grube i twarde, które tylko mogą Wam zaszkodzić. Jak na razie jestem 2 dni po zabiegu i odpadła mi tylko jedna rzęsa. Nie wystąpiło żadne uczulenie i wszystko wygląda tak, jak po wyjściu z salonu. Będę Was informować na bieżąco zresztą.

image
Ja cenię sobie bardzo jakość usług kosmetycznych. Przyznam się, że nie chodzę prawie nigdzie na zabiegi. Przyznaję rację Edycie, która nazwała mnie „urodową Zosią Samosią”. Po prostu boję się zaufać danemu salonowi i uważam egoistycznie, że jestem w stanie zrobić sobie sama lepiej. Cieszę się niezmiernie, że odważyłam się poddać zabiegowi w Lush Barze. Urzekło mnie w nim wszystko! Obsługa, wystrój, atmosfera, jakość usługi i sam efekt! Jestem zakochana i już teraz wiem, że wpadłam w pułapkę przedłużanych rzęs i szybko się z niej nie wydostanę. Nigdy nie miałam tak pięknego spojrzenia i takich wielkich oczu! Rzęsy w ogóle mi nie przeszkadzają. Nie czuję ich wcale na oczach! Edyta, dziękuję raz jeszcze! Przytuliłabym Cię jeszcze z milion razy za to co wyczarowałaś na moich oczach! 

image
(A tak właśnie wygląda Higheels w całej okazałości!)

Dziewczyny z Poznania i okolic, jeśli szukacie godnego polecenia i zaufania salonu, to wiecie gdzie się udać. Polecam Wam z całego serca Lush Bar! Ja na pewno zagoszczę tam nie raz nie dwa! Kuszą mnie też hybrydy <3! A Wy jakie macie doświadczenia z przedłużaniem rzęs?

Buziaki:*

HIGHEELS

L’Oréal Volume Million Lashes Extra-Black mascara- co myśli Higheels?

2 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Najwyższy czas, żeby napisać kilka słów o tuszu do rzęs, który dostałam jakiś czas temu od firmy L’Oréal. Mowa oczywiście o jednej z licznych maskar z serii Volume Million Lashes. Jako że dostałam do przetestowania aż dwie z nich, najpierw postanowiłam wypróbować wersję Extra Black. Kiedyś bardzo dawno temu używałam wersji pogrubiającej w złotym opakowaniu i byłam z niej umiarkowanie zadowolona, więc z przyjemnością sięgnęłam po jej czarne wydanie. 

12750192_995895573829452_1554211477_n

image

Tusz pięknie wydłuża i rozdziela rzęsy. Do tego stopnia, że mój narzeczony zauważył, że mam coś innego na oczach niż zazwyczaj i spytał, o co chodzi :P. Faktycznie efekt jest inny niż daje mój ulubiony tusz z Lovely. Bardzo podoba mi się to, że nie skleja rzęs. Oczy wydają się optycznie większe i bardziej otwarte. Po aplikacji tworzy się przepiękna, delikatna firanka rzęs. Jest to efekt dość subtelny i powiedziałabym ‚lekki’. Nie ma uczucia ciężkich, obciążonych włosków. Kolor jest faktycznie Extra Black. Pierwsza warstwa bez problemu sprawia, że możemy cieszyć się pełnią koloru. Dzięki kształtowi szczoteczki rzęsy można też ładnie podkręcić. Jeśli chodzi o działanie to jedyny czego można by się czepiać, to brak efektu pogrubienia. Ale może to i dobrze, bo dzięki temu osiągamy właśnie pożądany (przynajmniej ostatnio przeze mnie) efekt lekkości. 

image

Tusz utrzymuje się na rzęsach przez cały dzień. Nie kruszy się, nie osypuje. Wygląda ładnie wieczorem tak samo jak i rano zaraz po aplikacji. 

Opakowanie bardzo schludne, estetyczne i porządnie wykonane. Jak wszystkie tusze z serii Volume Million Lashes. Szczoteczka silikonowa. Rzęsy maluje się szybko, bo tusz szybko pokrywa dokładnie każdy włosek i całe szczęście, bo nienawidzę, jak na przykład rzęsy u nasady nie są do końca pomalowane. Jedyną wadą szczoteczki jest to, że jest zbyt duża w stosunku do mojego oka. Musiałam nauczyć się z nią pracować, tak aby nie ubrudzić sobie powiek. Z górną powieką jako tako nie ma problemu, ale jeśli chodzi o rzęsy na dolnej powiece jest gorzej. Moje są po prostu zbyt krótkie i zawsze gdzieś tam się ubrudzę. Niestety wolę trochę mniejsze szczoteczki. 

Tusz jest też wydajny. Na pewno bardziej niż ten z Lovely, który po dwóch/trzech miesiącach jest już do wywalenia. Moje opakowanie otworzyłam pod koniec lutego i jak na razie wszystko jest tak jak na początku. 

Niewątpliwym minusem jest jego cena. W Rossmannie widziałam go za ok. 60 zł (!). Na szczęście są też drogerie internetowe, gdzie tusz ten można dostać w rozsądniejszych cenach. No chyba, że skusicie się na promocje -49%, która nadchodzi wielkimi krokami! Słyszałyście? 

Podsumowując, uważam że jest to naprawdę przyzwoity produkt. Bardzo przyjemnie mi się z niego korzysta. Podoba mi się ten efekt, którego już bardzo dawno na swoich rzęsach nie widziałam. Niesamowicie kobiecy i zmysłowy. Rzęsy wydłużone do maksimum, ale jednocześnie pięknie rozdzielone i podkręcone. Dziękuję L’Oréal za możliwość przetestowania Waszych produktów!

Buziaki:*

HIGHEELS

Pomadka do ust z Alterry i poprawa kondycji brwi i rzęs?! Ale jak to?!

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Tak, nie pomyliłam się. Pomadka z Alterry, naprawdę :P. Chyba od zawsze wiedziałam, że niektóre olejki, jak na przykład olej rycynowy, czy arganowy warto używać, aby wydłużyć i wzmocnić rzęsy. Długi czas właśnie tak robiłam. Codziennie wieczorem smarowałam rzęsy mieszanką oleju rycynowego i arganowego. Pamiętacie? Pisałam Wam kiedyś o naturalnych sposobach na ładniejsze rzęsy. Ale nigdy nie pomyślałam o tym, że przecież niektóre pomadki to właśnie mieszanka olejów i można by je stosować właśnie, aby wydłużyć i pogrubić rzęsy. Dopiero moja kochana koleżanka mnie oświeciła i poleciła mi pomadkę marki Alterra, Kamille Lippenpflege. Bez wahania poszłam do Rossmanna, kupiłam i przetestowałam. Dodam, że koszt tej pomadki to jakieś 5 zł. Najwyższy więc czas, żebym podzieliła się z Wami przemyśleniami. 

image

Może najpierw trochę o samej pomadce. Dostaniecie ją w każdym Rossmannie za naprawdę małe pieniądze. W składzie znajdziemy dużo naturalnych olejków: olej rycynowy, kokosowy, jojoba, słonecznikowy, olej z marchwi. Dodatkowo wyciąg z rumianku, wosk pszczeli, wosk candelilla, oliwa z oliwek i na koniec witamina A i E. Podsumowując= rewelacja! Wszystko, co potrzebne, żeby regularnie nawozić rzęsy i brwi! Zapach jest dość specyficzny: ziołowo-rumiankowy. Pewnie nie każdemu przypadnie do gustu, ale mi zupełnie nie przeszkadza. Teraz efekty.

A więc, pomadkę stosowałam zarówno na rzęsy, jak i na brwi. Robiłam tak przez bardzo długi czas zaraz po kuracji Long4Lashes, której rezultaty mogłyście zobaczyć TUTAJ. Dzięki temu mogłam dłużej cieszyć się efektem pięknych, długich rzęs po Long4Lashes! Rzęsy nie zaczęły mi drastycznie wypadać i nadal (chociaż minęło już tyyyyle czasu efekty są widoczne). Po jakimś czasie przestałam smarować je pomadką i po przerwie znowu zaczęłam. Po miesiącu zauważyłam, że rzęsy zdecydowanie się wzmocniły i wydłużyły! Widać od razu, że wyglądają lepiej i jest ich więcej! Zdecydowanie ta pomadka im służy! Oczywiście nie jest to taki efekt jak po odżywkach typu Realash albo Revitalash, gdzie po miesiącu możemy pochwalić się przepiękną firanką rzęs. Nie, nie, nie. Ale poprawa kondycji rzęs jest naprawdę widoczna. Co więcej pomadka w ogóle nie podrażnia moich oczu i mogę czuć się bezpiecznie, że nie ma w jej składzie świństw, które mogą powodować poważne konsekwencje zdrowotne, co mnie bardzo cieszy. Bo tak szczerze powiedziawszy jest to jedyna rzecz, która powstrzymuje mnie przed kupnem tych wszystkich odżywek. Nie chce zaszkodzić moim oczom! Tutaj nie mam żadnych oporów, bo wiem, że skład tej pomadki jest rewelacyjny. No i są efekty, to najważniejsze!

image

Dodatkowo stosuję też pomadkę na brwi. Jak dobrze wiecie, mam (albo też nie) beznadziejne brwi. Dzięki tej pomadce zauważyłam, że wyrosło mi więcej włosków, a te które już miałam wzmocniły się i… uwaga…. stały się bardziej czarne. Jeeeeej! Nareszcie! Oczywiście jest to subtelny efekt, ale ja to widzę i bardzo mnie to cieszy, a jakże!

Generalnie uważam, że ta pomadka to super alternatywa dla sztucznych odżywek. Oczywiście na efekty trzeba dłużej czekać, no i nie są takie spektakularne. Nie oszukujmy się. Ale są i to jest najważniejsze. Regularnie stosując, możemy liczyć na zagęszczenie, wydłużenie i pogrubienie rzęs. A i brwi zagęszczają się i stają się mocniejsze. Jestem z niej zadowolona i na pewno będę wracać do takiej kuracji. Myślę, że teraz na jesień znów zacznę codziennie rano ją nakładać. 

Polecam spróbować każdemu, kto stroni od sztucznych odżywek czy też serum. Jest to kolejne naturalne rozwiązanie, które do mnie przemawia. W ogóle bym nie wpadła na to, że przecież można stosować pomadkę do ust na rzęsy! Dziękuję jeszcze raz mojej kochanej koleżance! Poza tym, jak wszyscy wiemy, wszystkie sera i odżywki do rzęs są raczej drogie. Tutaj mamy przed nosem rozwiązanie problemu za 5 zł! Naprawdę spróbujcie, bo stracicie co najwyżej 5 zł, a nie 150, czy nawet więcej. Polecam- ja, Higheels :).

Buziaki:*

HIGHEELS

Oceanic AA LONG 4 LASHES- recenzja i efekty

4 komentarze Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Przyszedł w końcu czas na długo wyczekiwaną recenzję odżywki przyśpieszającej wzrost rzęs AA Oceanic Long 4 Lashes! Minęło dokładnie pół roku od kiedy zaczęłam ją używać i myślę, że to najwyższy czas, żeby Wam wszystko opisać!

Wybrałam Long 4 Lashes, bo moje rzęsy od zawsze były krótkie, cieniutkie i nie było ich wiele. Był to taki mój mały kompleks. Zawsze zazdrościłam dziewczynom, których spojrzenie było wręcz zabójcze. Oczywiście nie chciałam wydawać zbyt dużej ilości pieniędzy, dlatego Revitalash, czy inne bardzo drogie odżywki zupełnie nie wchodziły w grę.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Może najpierw kilka wiadomości technicznych. Za mały, elegancki kałamarzyk o pojemności 3 ml płacimy 49 zł (przynajmniej w aptekagemini.pl). A więc moim zdaniem niezbyt drogo. Serum nakładamy wygodnym pędzelkiem, takim jak do eyelinera wykonanym z włosia syntetycznego. Pędzelek jest bardzo precyzyjny i dość giętki, dlatego narysowanie cienkiej kreski tuż nad linią rzęs nie sprawia żadnego problemu. Aplikujemy produkt raz dziennie przed zaśnięciem. Konsystencja jest wodnista, ale produkt nie spływa nam z powieki do oka. Dodatkowo bardzo szybko się wchłania, więc nic nie zostanie nam na poduszce. Jest meeeega wydajny! Po sześciu miesiącach nadal zostało go trochę w opakowaniu, ale nie przeciągam kuracji, bo termin ważności już minął.

Działanie! Najważniejsze! Już po dwóch miesiącach zobaczyłam, że rzęsy się wydłużyły. Stopniowo stawały się coraz gęstsze i gęstsze. Zauważyłam też, że stały się grubsze i bardziej czarne. Po zakończonej kuracji mogę pochwalić się piękną (oczywiście według mnie) firanką rzęs! Są meeega długie (aż haczą mi o okulary i pomalowane dotykają brwi) i gęste! Takie o jakich zawsze marzyłam. Nadały moim oczom charakter i to mi się bardzo podoba. Już nie muszę nakładać 2 lub nawet 3 warstw tuszu, żeby moje rzęsy stały się widoczne. Czasami wcale ich nie tuszuję, tylko podkręcam zalotką. Czuję się teraz bardziej kobieca i pewna siebie. Jestem oczarowana efektem końcowym i coraz częściej słyszę komplementy na temat moich rzęs. Niestety nie mam zdjęcia ‚przed’, ale musicie mi zaufać, że rzęsy były nawet o połowę krótsze i wyglądały beznadziejnie.

Zdjęcie 15.04.2015, 18 45 29

Po lewej bez tuszu, po prawej już wytuszowane.

Zdjęcie 15.04.2015, 18 46 14

 

Zdjęcie 15.04.2015, 18 52 34

A tutaj po lewej tusz, a po prawej bez.

Warto wspomnieć, że serum zawiera związek aktywny zwany bimatoprostem, który jest uważany jako jeden z najbardziej efektywnych stymulatorów wzrostu rzęs i brwi. Niestety tę substancję stosuję się też u chorych na jaskrę, aby obniżyć ciśnienie wewnątrzgałkowe oka. Trzeba pamiętać, że zawsze trochę kosmetyku może dostać się do oka i spowodować jakieś skutki uboczne (swędzenie, pieczenie, zaczerwienienie, zaburzenia ostrości wzroku itp.). U mnie nic złego się nie wydarzyło. Oczywiście czytałam, że skutki uboczne mogą pojawić się nawet po paru latach, ale jestem dobrej myśli, że nic takiego się nie stanie :). Pamiętajcie, żeby podczas kuracji nie ignorować żadnych objawów i jeśli się takie pojawią skontaktować się z okulistą!

Dla utrzymania efektu i żeby zapobiec wypadaniu rzęs (bo i tak może się zdarzyć), stosuję teraz jako bazę pod tusz odżywkę  z Eveline Advance Volumiere, a w trakcie kuracji nakładałam Eveline SOS Lash Booster. Dodatkowo smaruję na noc rzęsy pomadką z Alterry, która ma w  składzie same naturalne olejki, które odżywiają rzęsy. Mam nadzieję, że dzięki temu efekty kuracji będą dłużej się utrzymywały.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Podsumowując, jestem bardzo, bardzo zadowolona! Nigdy nie myślałam, że mogę mieć takie rzęsy! Same musicie ocenić, czy chcecie zaryzykować i poddać się takiej kuracji. Ja zaryzykowałam i nie żałuję :). Koniecznie dajcie znać, czy stosujecie jakieś odżywki do rzęs.

Buziaki:*

HIGHEELS