Przedłużanie rzęs- wady i zalety. Odczucia po zdjęciu.

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Wiecie, że dzięki współpracy z Lush Barem w Poznaniu byłam szczęśliwą posiadaczką pięknych, naturalnie wyglądających, przedłużonych rzęs metodą objętościową. W porównaniu z moimi  był to istny kosmos! Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Co zresztą mogliście podziwiać w postaci pierwszego ever selfie na moim blogu! 😀 Teraz już rzęs nie mam i postanowiłam podzielić się z Wami moją refleksją na ten temat.

Jak wyglądał sam zabieg, jakie to były rzęsy i jakie uczucie… wszystko opisałam Wam w osobnym poście TUTAJ. Moje naturalne rzęsy może nie były jakieś mega tragiczne, ale i tak bardzo chciałam cieszyć się długimi i gęstymi. Efekt zabiegu mnie po prostu zwalił z nóg! Niesamowicie mi się podobał! Do rzęs przyzwyczaiłam się niemal od razu i nosiło mi się je bardzo dobrze. Nie było osoby, która mnie znała wcześniej i nie zauważyłaby zmiany. Niewątpliwą zaletą było to, że praktycznie się nie malowałam. Przedłużone rzęsy robiły robotę. Eyeliner, cienie, kredki… wszystko odłożyłam w kąt. Mój makijaż oka ograniczał się do wytuszowania dolnych rzęs. Niesamowita wygoda i niesamowity komfort. Uwielbiałam moje przedłużane rzęsy pod każdym względem.

image
(Przypominam moje zdjęcie PRZED zabiegiem)

image
(I moje rzęsy PO przedłużaniu)

Jak wszystko na tym świecie, nawet przedłużanie rzęs na swoje wady i zalety. Obok oczywistych i niekwestionowanych zalet, plasują się także niedogodności natury finansowej i praktycznej. Po pierwsze u mnie pierwsze kępki rzęs zaczynały zawsze wypadać po około tygodniu. Po dwóch i pół tygodnia zawsze należało je uzupełnić. To był taki optymalny czas, po którym dało się w godzinę/półtorej doprowadzić rzęsy do ładu. Tu parę zdjąć, a tu przykleić nowe. Niestety dla mnie jest to dość krótki odstęp czasu. Jestem osobą z natury dość zajętą i dwa tygodnie mijają mi jak z bicza strzelił. Tak więc wydawało mi się, że co chwilę muszę jechać na uzupełnianie. Minusem jest także odległość od salonu. Niestety mieszkam w ścisłym centrum, więc podróż w dwie strony do Lush Baru, który znajduje się na poznańskim Chartowie zajmowała mi średnio godzinkę. Niby nie dużo, ale jak dodać do tego na przykład 2,5 godziny nakładania rzęs, to praktycznie wieczór zmarnowany. 

Drugą ważną kwestią jest aspekt finansowy. Nie oszukujmy się… trzeba mieć odpowiedni budżet, żeby bawić się w przedłużanie rzęs dobrej jakości. Oczywiście, że możecie znaleźć salony, w których robi się rzęsy za nieprzyzwoicie małe pieniądze. Zgadzam się, ale pamiętajcie o tym, że liczy się przede wszystkim jakość i efekt końcowy. Mi zależało na naturalnie wyglądających rzęsach, które nie będą się błyszczały, nie będą wchodziły przede mną do pomieszczenia i będą założone w sterylnych i higienicznych warunkach. Nawet nie wiecie ilu chorób można się nabawić przez nieodpowiednie warunki sanitarne w salonach! Lush Bar jest miejscem, w którym o takie rzeczy nie musicie się martwić. Dziewczyny stawiają czystość i jakość na pierwszym miejscu. Jak wiadomo właśnie za takie rzeczy trzeba płacić. Powiem szczerze, że jak na razie moja sytuacja finansowa nie pozwala mi na takie szaleństwa, więc z ponownym nałożeniem rzęs na razie muszę się wstrzymać. Niestety…

Wspomnę Wam jeszcze o zdejmowaniu takich rzęs. A więc… zrobiłam to sama. Tak, jestem głupia. Niestety potrzebowałam bardzo pilnie, aby moje oczy wyglądały dobrze, a zapomniałam o tym, że są święta i salon będzie zamknięty. Ze względu na brak czasu, postanowiłam zaryzykować i zrobić to sama. Poczytałam trochę i stwierdziłam, że dam radę. Generalnie dałam radę, ale ucierpiały na tym trochę moje rzęsy. Muszę zaznaczyć, że gdy samoistnie wypadały mi kępki praktycznie zawsze wypadały wraz z moją naturalną rzęsą. Stworzyłam domową mieszankę, dzięki której zdjęłam rzęsy sama. Płyn micelarny, olej kokosowy, olej jojoba i olej marula. Taką mieszankę na płatek kosmetyczny i trzymałam przyciśnięte przez jakiś czas. Niektóre rzęsy zeszły od razu, sukces! Ale reszta wymagała delikatnego, a czasem mniej delikatnego tarcia. Koniec końców udało się, ale po przebudzeniu rano moje powieki były mega spuchnięte i podrażnione. Okład z lodu i korektor pomogły co prawda, ale nie polecam. Następnego dnia przy linii rzęs miałam wręcz mini strupki. Bardzo nieodpowiedzialnie, wiem. Nie zrobię tego więcej. I Wam również polecam jednak udać się do salonu, żeby ktoś kompetentny Wam to zrobił. Samo odczucie po zdjęciu… tragedia. Miałam wrażenie, że w ogóle nie mam rzęs, że oko jest małe, że spojrzenie bez wyrazu… Na szczęście po dwóch dniach zaczęłam na nowo się przywyczajać. Wróciłam też do tuszu i eyelinera!

Jak wyglądają moje rzęsy po przedłużaniu? Otóż nie najlepiej. Całkiem sporo ich wyleciało wraz z kępkami. Pewnie moje beznadziejne ściąganie się do tego również przyczyniło. Oprócz tego rzęsy są też krótsze. Mam wrażenie, że te sztuczne trochę je obciążyły i przez to te normalne nie urosły tak jak powinny. Koniec końców na razie robię przerwę od przedłużonych rzęs. Wracam do odżywki 4 Long Lashes i mam zamiar je trochę zregenerować. Ale jak tylko zdobędę odpowiednie środki i podleczę rzęsy z pewnością przedłużę je sobie nie raz, nie dwa. Generalnie polecam Wam bardzo przedłużanie rzęs, w szczególności w Lush Barze! Bądźcie pewni, że nie raz mnie tam jeszcze zobaczycie. Pamiętajcie jednak, że na taką zabawę z rzęsami potrzeba dużo czasu, cierpliwości i pieniążków!

img_5246
(Inwestycje: odżywka i nowy tusz) 

Jakie są Wasze doświadczenia w temacie przedłużania rzęs?

Buziaki:*

HIGHEELS

Ulubieńcy ostatnich miesięcy by Higheels!

1 komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Już dawno u mnie na blogu nie było ULUBIEŃCÓW. Ostatni taki wpis pojawił się na początku roku (!). Zdecydowanie hańba, Higheels! Tak być dalej nie może. Tak więc dziś zapraszam wszystkim na krótkie recenzję kosmetyków, które ostatnimi czasy przypadły mi szczególnie do gustu. Wybrałam pięciu najlepszych, z czego o jednym rozpiszę się szczególnie. Zaczynamy!

image

1. Golden Rose- korektor kamuflaż w kolorze

Po tym jak życie mojego ukochanego korektora Prolonger Concealer z MAC dobiegło końca postanowiłam poszukać czegoś dorównującego jego jakości, ale jednak trochę tańszego. Zachęcona wieloma pozytywnymi opiniami, skusiłam się na produkt z Catrice. Wiedziałam, że musi być dobry, bo po wielu próbach nie udało mi się go zdobyć w żadnej drogerii. Ciągle był wyprzedany! W takim przypadku nie zawiódł mnie Mintishop. Przy okazji większego zamówienia wrzuciłam do koszyka właśnie ten kamuflaż. Powiem Wam, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Bardzo duża pojemność. Mam wrażenie, że on nigdy się nie skończy. Miałam dwa kolory. Najpierw kupiłam najjaśniejszy Ivory, ale okazał się niestety za jasny, więc powędrował do mojej siostry. Dla mnie idealny okazał mnie Light Beige. Stosuję go głownie, aby przykryć niedoskonałości i cienie pod oczami. Tak, stosuję go pod oczy. Absolutnie nie roluje się, nie nie waży. Wiem, że dużo osób miało z tym problem. Może jest to kwestia pudru albo jego braku. Ja zawsze dodatkowo wklepuje (wklepuje, a nie rozcieram) puder na warstwie korektora. Krycie produktu oceniłabym na porównywalne z korektorem z MAC, czyli bardzo bardzo mocne. No może MAC jest odrobinę mocniejszy. Konsystencja kosmetyku z Catrice jest zbita, ale jednocześnie dość tłusta, więc bardzo łatwo się z nim pracuje. Nie zasycha zbyt szybko, więc na spokojnie można go jeszcze rozprowadzić. Chociaż jeśli doprowadzimy do zaschnięcia, może być ciężko. Trzyma się w niezmienionym stanie przez cały dzień. Nie roluje się, nie ściera. Wiadomo, jeśli będziemy pocierać zakryte miejsce ręką, może zejść, ale przy normalnym noszeniu nic się z nim nie dzieje. Nie wysusza mojej skóry. Nawet pod oczami. Stosuję go również jako bazę pod cienie na powieki. Też bardzo dobrze się sprawdza. Jeśli nakładam go pod oczy lub właśnie na powieki robię to palcami. Jeśli zakrywam niedoskonałości zawsze robię to pędzelkiem, bo wtedy uzyskuje największe krycie. Podsumowując, bardzo, bardzo polecam! Nie dość, że dobry, to jeszcze tani (ok. 13 zł bez promocji). Koniecznie go wypróbujcie!

2. Bielenda- nawilżające serum z kwasem hialuronowym.

O tym serum pisałam Wam już TUTAJ. Jestem naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczona jego działaniem! Idealnie nawilża moją skórę! Przekonuje mnie jego konsystencja lekko żelowa, ale nie lepiąca. Bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia po sobie żadnego śladu na twarzy. Pięknie pachnie! Stosuję go rano razem z kremem z Make Me Bio i moja twarz więcej nawilżenia już nie potrzebuje. Muszę przyznać, że jest to naprawdę dobre drogeryjne serum nawilżające w przystępnej cenie. Aktualnie czekam na promocje, żeby kupić właśnie to i na próbę jego brata z kwasem migdałowym. Zdradzę Wam w tajemnicy, że nawet mój narzeczony, który ma wiecznie problem z suchą skórą twarzy, się do niego przekonał. Jego recenzja: „No nareszcie coś czego nie czuję na twarzy!”. To już o czymś świadczy, prawda?

3. ECOSPA- algowa maseczka typu peel off.

W sumie jest to moja pierwsza maseczka algowa. Nie wiem dlaczego wcześniej się nie zdecydowałam na wypróbowanie tego typu masek, bo ta to istna rewelacja! Wystarczy zmieszać ja z wodą, rozmieszać i nałożyć na twarz. Nie nakładajcie na brwi! A jak już nałożycie to nie zrywajcie, tylko zmyjcie wodą. Inaczej za jednym pociągnięciem możecie pozbyć się brwi! 😛 Nie, na szczęście mi się to nie zdarzyło! Wtedy to już na pewno by mi nigdy nie odrosły brwi. Maska super chłodzi i odświeża skórę. Po 20 minutach na twarzy skóra jest ściągnięta i rozjaśniona. Pomaga przy gojeniu się ran i przyspieszania redukcję niedoskonałości. Niestety nie udało mi się nigdy za jednym razem ściągnąć jej z twarzy. Trzeba robić to mniejszymi fragmentami, bo zasycha na konturach. Jestem w stanie jej to wybaczyć, bo działanie jest zauważalne od razu po użyciu. Zakochałam się w maskach algowych! Koniecznie polećcie mi jakąś. Słyszałam, że te z Organique są w porządku. Szczególnie kusi mnie borówkowa!

4. Golden Rose Liquid Matt Lipstick- kolor 03.

Przez ostatnie miesiące na moich ustach prawie zawsze gości właśnie kolor nr 3 Liquid Matt Lipstick z Golden Rose! Przepiękny, nienarzucający się kolor. Pasuje do wszystkiego i nadaje świeżości twarzy. Uwielbiam te aplikatory! Dzięki ich kształtowi nakładam kosmetyk w kilka sekund. Produkt zasycha w ciągu kilkudziesięciu sekund i tak już zostaje na ustach przez długie godziny. Jednocześnie równiutko się ściera, więc nawet wtedy kiedy nie chce nam się poprawiać ust tragedii naprawdę nie ma. Raz pomalowane usta, wyglądają dobrze przez cały wieczór. Uwielbiam konsystencję, zapach, kolor, opakowanie, WSZYSTKO! Te pomadki naprawdę skradły moje serce. Bardzo polecam! Pisałam o nich oddzielny post TUTAJ.

Tak prezentują się moi Ulubieńcy ostatnich miesięcy! Nie jest ich wiele, ale są to absolutne HITY, z którymi nie pożegnam się przez dłuższy czas. Czekam na Waszych Ulubieńców!

Buziaki:*

HIGHEELS

Zimowa pielęgnacja mojej skóry- dobre rady cioci Higheels

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Dziś chciałabym Wam trochę opowiedzieć o mojej pielęgnacji twarzy zimą. Jako że różni się ona znacznie od tej, którą stosuję w ciągu lata, myślę że warto jest Wam co nieco o niej opowiedzieć.

image

A więc zawsze w okresie późnej jesieni i zimy stosuję terapię kwasami. Dlaczego? Żeby przede wszystkim rozjaśnić przebarwienia po lecie no i oczywiście pozbyć się zanieczyszczeń. W tym roku moją kurację kwasami zaczęłam dość późno z uwagi an to, że we Włoszech w listopadzie jeszcze świeciło ostre słońce i bałam się powstania przebarwień. Około grudnia zdecydowałam się zużyć krem, który dostałam dawno temu w beGLOSSY z Bandi. Jest to krem z kwasami migdałowym i polihydroksykwasami (PHA). Z założenia jest to krem nawilżający o działaniu złuszczająco- biostymulującym, który nie podrażnia skóry. Na stronie firmy Bandi czytamy, że krem ten:

  • delikatnie usuwa nagromadzone, martwe komórki warstwy rogowej
  • oczyszcza i zwęża rozszerzone pory oraz ogranicza błyszczenie skóry
  • łagodzi objawy aktywnego trądziku
  • głęboko i długotrwale nawilża

Ogólnie muszę powiedzieć, że jestem zadowolona z niego. Stosowałam go zawsze raz dziennie wieczorem (nie stosujcie kremów z kwasami częściej, bo może to przynieść efekty zupełnie odwrotne do tych pożądanych). Krem faktycznie oczyścił moją skórę. Pozbyłam się męczących mnie wcześniej zaskórników zamkniętych na policzkach. Zgadzam się, że zwęził rozszerzone pory. Teraz ich praktycznie wcale nie widać, co mnie niezmiernie cieszy. Zredukował również ilość zaskórników otwartych. W ogóle stan mojej skóry zdecydowanie się poprawił w czasie stosowania tego kremu. Skóra się rozjaśniła, wygładziła (mimo tego, że nie mam zmarszczek wydaję mi się, że to się właśnie z nią stało :P). Wygląda na zdecydowanie bardziej zadowoloną z życia. W ogóle jej nie podrażnił. Generalnie polecam go wszystkim tym, którzy zaczynają przygodę z kwasami. Jest on naprawdę delikatny w swoim działaniu. Tylko pamiętajcie zawsze, że przy kuracji kwasami warto nakładać codziennie krem z wysokim filtrem, bo kwasy maja działanie fotouczulające i niszczą (szczególnie te mocne, jak retinoidy) naturalną zdolność skóry do obrony przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. Nie stosując filtrów narażamy się na ryzyko wystąpienia przebarwień na skórze. 

Jedyny minus kremu z Bandi był taki, że nie nawilżył mojej skóry. W życiu nie nazwałabym go kremem nawilżającym. Dlatego też stosowałam go co dwa dni na  przemian z moim niezawodnym nawilżaczem skóry, który zawsze w takich sytuacjach mi pomaga. Mowa o arganowym serum nawilżającym z witaminą E ze Starej Mydlarni (Argan & Neroli, Organic Face Serum with Vit. E). Uwielbiam ten produkt i sięgam po niego zawsze wtedy, gdy moja skóra potrzebuję szybkiego nawilżenia. Jest to serum, które składa się tylko z olejku arganowego, olejku z neroli (co nadaje mu przepiękny pomarańczowy zapach), witaminy E i lecytyny, która jest świetnym składnikiem odżywczym ze względu na obecność kwasu linolenowego, ale też emulgatorem, który umożliwia mieszanie się wody z tłuszczem. Dzięki temu serum ma jednolitą konsystencję. Tak więc dokładnie takie składy Higheels lubi najbardziej. Krótkie, naturalne i bez zbędnych dodatków. Oprócz tego, że serum genialnie nawilża skórę, to na dodatek dzięki witaminie C i E rozjaśnia skórę, hamuje procesy starzenia się i neutralizuje wolne rodniki. Jest to już moja druga buteleczka i nie zamierzam na niej poprzestać. Swoją drogą buteleczka jest bardzo wygodna w użyciu. Ciemne szkło i pipetka, którą odmierzymy idealną ilość produktu. Uwielbiam moją skórę rano po użyciu tego kosmetyku! Jest mięciutka, odżywiona i promienna. 

image
(tak, to małe pudełeczko to krem Bandi :P)

Rano z kolei przemywałam twarz tylko wodą lub przecierałam wacikiem zwilżonym hydrolatem (najczęściej oczarowym) i nakładałam krem nawilżający. Wróciłam do kremu z Tołpy- Tołpa Botanic czarna róża, odzywczy krem-miód regenerujący, bogaty. Uwielbiam przede wszystkim jego zapach. Tak bardzo kojarzy mi się z Panadolem, którego kochałam w dzieciństwie :P. Tołpa bardzo dobrze nawilża moja skórę w ciągu dnia, odżywia i idealnie sprawdza się pod makijaż. Jest to już drugie moje opakowanie. Pod koniec (o ile o tym pamiętałam) nakładałam filtr. Wiem, że jestem trochę hipokrytką. Ciągle powtarzam, żeby stosować krem z filtrem przy kuracji kwasami, a samej mi się zdarza o nim zapomnieć. Ale nie martwcie się, dostałam za swoje- 2 nowe przebarwienia na policzku :P. Najbardziej lubię oczywiście krem z Vichy Capital Soleil, chociaż ostatnio też stosowałam jego tani zamiennik, czyli krem z Sun Ozon. Niestety nie jest on tak niezawodny pod makijaż jak Vichy.

Od czasu do czasu oczywiście w ciągu dnia zdarzały się też peelingi i maseczki. Najczęściej opisywane Wam jużz wcześniej saszetki od Banii Agafii. Możecie o nich poczytać TUTAJ.

I tak mniej więcej wyglądała moja pielęgnacja skóry podczas tych chłodniejszych miesięcy. Dogłębne oczyszczenie przy jednoczesnym zachowaniu nawilżonej skóry. Jestem ciekawa, jakich produktów Wy używałyście. Dajcie znać koniecznie!

Buziaki:*

HIGHEELS

Higheels radzi: Jak pozbyć się przebarwień po lecie?

Zostaw komentarz Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Lato to czas, kiedy bardzo często pojawiają nam się przebarwienia na skórze. Niestety nie zawsze pamiętamy o nałożeniu filtrów i później, gdy tylko zrobi się zimniej staramy się zwalczyć szkody na naszej skórze, które wywołały promienie słoneczne. Na to postawić? Ja często stawiam na witaminę C! Dlaczego? Bo jest ona idealna dla młodej skóry! Po pierwsze jest bardzo silnym antyoksydantem. A po drugie hamuje rozwój wolnych rodników, które z kolei są małymi, wrednymi szkodnikami, które odpowiadają na starzenie się skóry. Nie można zapomnieć, że witamina C wspomaga też produkcję kolagenu, dzięki czemu skóra odzyskuje swój blask, jest bardziej napięta i wygładzona. 

Jakiś czas temu zdecydowałam się na zakup serum antyoksydacyjnego flavo+C15EF w wersji oryginalnej z Biochemii Urody. Zestaw do przygotowania serum kosztuje 26,50 zł, ale warto dokupić również kompleks silikonowo-malinowy, który sprawia, że konsystencja produktu jest mniej tłusta i lepiej się rozprowadza, ale wzmacnia stabilność witaminy C i E. Ja zdecydowałam się jeszcze dodać parę kropel alkoholu, żeby zmniejszyć lepkość serum i wzmocnić działanie składników.

image

Co dostajemy w zestawie:

  • hydrolat z czarnej porzeczki EKO
  • potrójny żel hialuronowy 1,5%
  • kompleks na naczynka
  • witamina C (kwas L-askorbionowy)
  • kwas ferulowy w płynie
  • witamina E
  • glikol butylenowy
  • butelka z pipetką, plastikowa pipetka, plastikowa bagietka i etykietki

Oczywiście serum musimy zrobić sobie same, wykorzystując dostarczone nam składniki. Nie, nie jest to skomplikowane :P. Na stronie dostępna jest instrukcja i wystarczy po kolei, punkt za punktem, podążać za wskazówkami. Po zrobieniu, całe serum znajduję się w dużej plastikowej butelce. Termin ważności wynosi 4 miesiące i butelkę należy trzymać w lodówce. Do podręcznej butelki z pipetką należy wlać trochę produktu i można wtedy przechowywać ją w temperaturze pokojowej przez tydzień. Ja zawsze przelewałam ok. 6/7 pipetek do środka. W ten sposób całą podręczną buteleczkę zużyłam w ciągu tygodnia i mogłam sobie na bieżąco uzupełniać.

kolaz

higheelsblog-biochemia-13

Jakie jest zadanie tego serum? Po pierwsze ma wzmacniać ochronę przeciwsłoneczna. Jakim cudem? Dzięki związkom antyoksydacyjnym, czyli lewoskrętnej witaminie C o stężeniu 15%. Składniki serum są tak dobrane, że witamina C nie ulega tak szybko rozpadowi. Serum ma nadać blasku skórze, rozjaśnić przebarwienia. Co więcej, hamuje proces starzenia się skóry. Skóra staje się bardziej jędrna i napięta. Producent zapewnia też, że powierzchowne zmarszczki ulegną zmniejszeniu, ale nigdy za bardzo nie wierzę :P. No i najważniejsze: wspomaga walkę z przebarwieniami powstałymi na skórze! I te śladami, które pozostają po wypryskach i tymi spowodowanymi słońcem. Działa też antyzapalnie i łagodząco. Aha i jeszcze nie wysusza, a wręcz nawilża! 😛 Produkt idealny prawda? Muszę jednak sprostować parę rzeczy. A i warto dodać, że produkt przeznaczony jest zarówno dla skóry młodej jako prewencja przeciwzmarszczkowa, jak również dla osób z cerą dojrzałą, aby zredukować zmarszczki i wyrównać koloryt skóry. 

Konsystencja serum jest bardzo lekka i przyjemna w aplikacji. Delikatnie się klei, ale nie przeszkadza mi to zbytni, bo serum nakładam zawsze na noc. Nie wiem, jakby spisywało się w ciągu dnia, pod makijażem. No dobra, a teraz najważniejsze, czyli działanie. Serum jest rewelacyjnym, genialnym, przewspaniałym rozświetlaczem skóry! Uwierzcie mi, że już po paru użyciach widać różnicę. Skóra promienieje i odzyskuje swój blask. Zgadzam się w stu procentach, ze wyrównuje koloryt skóry! Przebarwienia po wypryskach znikają bez śladu, a i te wywołane słońcem ulegają rozjaśnieniu. Własnie dlatego uważam, że jest to idealny kosmetyk, aby „ogarnąć” swoją skórę po lecie, to znaczy rozjaśnić ją i zniwelować przebarwienia.

image

Po miesiącu stosowania skóra widocznie się napięła i stała się bardziej jędrna. Nie ma co ukrywać, wyglądała po prostu o niebo lepiej. Zdecydowanie poprawiła się też jej struktura i mam wrażenie, że również niektóre niedoskonałości poznikały. Jeśli chodzi o nawilżenie to uważam, że producent trochę się zagalopował, bo serum samo w sobie nie nawilża skóry. A nawet wydaje mi się, że czasem delikatnie ją przesuszył, ale wystarczyło nałożyć raz maseczkę nawilżającą i wszystko wracało do normy. Jeśli chodzi o zmarszczki, to niestety nie miałam żadnej przez rozpoczęciem kuracji, także nie jestem w stanie powiedzieć, czy likwiduje zmarszczki. 

Podsumowując, muszę przyznać, że jest to jedno z lepszych serum jakie kiedykolwiek używałam. Uwielbiam efekt promiennej i zdrowej skóry, a dzięki temu produktowi właśnie tak wyglądała. No i bardzo się cieszę, że moje przebarwienia nareszcie się rozjaśniły! Dodatkowo serum nie zapchało mnie, ani nie podrażniło. Niestety zużyłam już je do cna, ale zamierzam je odkupić i stosować teraz po lecie. Dziewczyny, polecam Wam z całego serca ten produkt! Jest genialny! Pamiętajmy, że nie ma nic lepszego dla młodej skóry niż witamina C!

Znacie może jeszcze jakieś fajne kosmetyki, które zawierają w składzie witaminę C? Jeśli tak, to czekam na porady! Może jakaś maseczka?

Buziaki:*

HIGHEELS

Denkowy szał vol. 4!

12 komentarzy Udostępnij na Facebooku

Cześć wszystkim!

Najwyższy czas na kolejną odsłonę Denkowego Szału! Po raz kolejny prezentuję Wam 10 produktów wraz z krótkimi recenzjami, które zużyłam w ostatnim czasie. Zaczynamy!

denko1

denko3

1. Lovena- delikatny kremowy żel do mycia twarzy z ekstraktem z piwonii i d-panthenolem.

To już moje drugie zużyte opakowanie. Kupuję go w Netto za niecałe 5 zł (!). Myłam tym żelem twarz zaraz po wstaniu, żeby oczyścić skórę z resztek kremu i ewentualnego brudu i kurzu i muszę powiedzieć, że nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia. Bardzo fajny, delikatny produkt. Nie podrażnił mnie, nie uczulił, nie wysuszył skóry. Do delikatnego oczyszczania nadaje się idealnie! Teraz przerzuciłam się na coś innego, ale na pewno jeszcze do niego będę wracać. Naprawdę warto wypróbować za tak niską cenę.

2. Olejek myjący pomarańczowy z Biochemii Urody.

Mój absolutny ulubieniec i kosmetyk bez którego nie wyobrażam sobie demakijażu. Połączenie oleju słonecznikowego, olejku pomarańczowego  i witaminy E jest według mnie genialne. Nie dość, że tani, to jeszcze super skuteczny i naturalny. Żadnej zbędnej chemii! Używam go do metody OCM, o której pisałam tutaj. Zmywam nim pokład, korektor, puder i nigdy mnie nie zawiódł. Delikatny kilkudziesięciu sekundowy masaż i pozbywamy się całego makijażu. Spisuje się rewelacyjnie i jestem już prawie w połowie kolejnego opakowania. Muszę powiedzieć, że jest meeega wydajny! Myślałam, że nigdy się nie skończy. I kocham ten pomarańczowy zapach! Moim zdaniem nie znajdziemy tu żadnych, absolutnie żadnych wad. Jeśli jeszcze go nie miałyście, to koniecznie musicie spróbować.

3. Alantan Dermoline- lekki krem.

Jest to kolejny tani jak barszcz, a zarazem bardzo dobry produkt. Możemy go dostać w aptekach za ok. 6 zł. Jest to produkt przeznaczony dla niemowląt, dzieci i dorosłych. Jest to moje drugie zużyte opakowanie. Ładnie nawilża, koi skórę i przyspiesza jej regenerację. Dodatkowo nie zapycha, nie podrażnia i na pewno nie uczula. Nadaje się do pielęgnacji skóry wrażliwej. Często nakładałam go po maseczkach oczyszczających, żeby skóra się nie przesuszyła, ale też często robił za krem na noc. Bardzo szybko łagodził wszelkiego rodzaju podrażnienia i zaczerwienienia. Nie wchłania się za szybko, więc nie za bardzo nadaje się pod makijaż, ale na noc jest idealny. Nie wiem czy za taką cenę dostaniemy lepszy krem nawilżający. Polecam każdemu!

denko2

4. The Body Shop- serum nawilżające z witaminą E.

Ten produkt zupełnie  mnie nie zachwycił. Jest bardzo przeciętny i na pewno nie kupię go ponownie. W cenie regularnej kosztuje jakieś 90 zł (JAK TO MOŻLIWE?!)! Ja kupiłam go na allegro za mniej więcej połowę tej kwoty. Bardzo podoba mi się opakowanie. Czyste, proste, higieniczne i z pompką, która jest genialnym rozwiązaniem. Stosowałam rano przez nałożeniem kremu. Serum błyskawicznie się wchłaniało, ale samo w sobie nie bardzo nawilżało, a więc postanowiłam mieszać je z kwasem hialuronowym 1% i wtedy faktycznie nawilżenie było większe. Oprócz tego nie zauważyłam żadnych oznak jego pozytywnego działania. Za taką cenę oczekiwałam czegoś zupełnie innego i niestety się zawiodłam.

5. Organic Shop- maseczka do twarzy algi i błoto z Morza Martwego.

Jak widać zużyłam do cna. Fajna maseczka o jeszcze fajniejszym, naturalnym składzie. Bardzo praktyczne i wygodne opakowanie. Maseczka pachnie świeżo, trochę jak męski perfum. Tak przynajmniej myślę :P. Po 10/15 minutach na twarzy oczyszcza i odżywia skórę. Na pewno ją regeneruje i przyspiesza gojenie się mniejszych niedoskonałości. Mam wrażenie, że też delikatnie nawilża. Po zabiegu skóra jest gładka, oczyszczona, ale nie ściągnięta. A i jest super wydajna! Na początku myślałam, że szybko się skończy, ale nic bardziej mylnego. Starczyła na bardzo długo. Naprawdę fajny produkt!

6. Vichy- woda termalna.

Co tu dużo mówić o wodzie termalnej. Nawilża, koi i odżywia skórę przekazując jej cenne minerały. Skóra jest odświeżona, ochłodzona (szczególnie przydatne latem) i przy dłuższym stosowaniu wygląda na bardziej zdrową. Z całego serca mogę polecić wodę termalna tej marki! 

denko4

7. Isana- suchy szampon.

Produkt, który wielokrotnie ratował moje włosy, kiedy nie miałam czasu ich umyć. Moim zdaniem działa identycznie jak Batiste, a jest jednak tańszy, dlatego to właśnie jego zawsze wybieram. I zapach nie jest mocny i męczący, tak jak w przypadku niektórych wersji Batiste. Robi dokładnie to co ma robić, czyli odświeża i podnosi włosy. Jeśli odpowiednio go zaaplikujemy, to nie zostawia żadnych białych śladów. Nie mam mu nic do zarzucenia i polecam gorąco!

8. Ziaja Kozie Mleko- krem do rąk i paznokci.

Bardzo lubię jego zapach i to chyba wszystko, co mogę dobrego o nim powiedzieć. Nawilża, ale tylko chwilowo. Po godzinie dłonie są na nowo suche. Tani, ale niestety zupełnie go nie polecam.

9. Sephora- czarny eyeliner w kałamarzu.

Dość fajny produkt z cieniutkim i precyzyjnym pędzelkiem. Czerń jest intensywna, a więc nie trzeba domalowywać paru warstw, żeby uzyskać pożądany efekt. Jest bardzo wydajny i długo utrzymuje się na powiece. Niestety rozmazuje się. Wystarczy łezka w kąciku oka i już plama gotowa. Nie jestem z niego w stu procentach zadowolona i pewnie nigdy już po niego się sięgnę. Zdecydowanie wolę eyeliner w kałamarzu z Maybelline!

10. Bomb Cosmetics- Lipology balsam do ust.

Niesamowicie wydajny balsamik o pysznym zapachu czekolady z pomarańczami i naturalnym składzie. Niestety nie sprawdził się za bardzo na moich baaardzo wymagających i często skrajnie przesuszonych ustach. Zbyt mało nawilżał i w ogóle nie regenerował ust. Myślę, że osoby z normalnymi, nawilżonymi ustami mogłyby go używać ochronnie i wtedy może by się sprawdził. Ja niestety nie jestem zadowolona, tym bardziej, że zapłaciłam za niego 19,90zł…

To już wszyscy zdenkowani! Napiszcie koniecznie, jakie kosmetyki Wy ostatnio wykończyłyście!

Buziaki:*

HIGHEELS